G0054702
1 marca 2015

Złośliwość rzeczy martwych

- Sto trzydzieści tysięcy colones. Sto trzydzieści tysięcy colones, to dwieście pięćdziesiąt dolarów – szybko kalkulowałem w myślach – Toć to miesiąc życia na bogato w Kostaryce i co najmniej dwa dwa w Ameryce Południowej.

Nawet nie wiem, jak to się stało. Do szkoły, w  której odbywały się niedzielne msze przyszedłem godzinę wcześniej. Trzeba było rozłożyć krzesła, nagłośnienie, rzutnik, a że zwykle Efren zajmował się tym sam, to postanowiłem mu pomóc. Wszystko szło jak z płatka. O dziesiątej zaczęły schodzić się pierwsze osoby. Przywitania, uściski dłoni i wielki misiak z Krysią, która mnie tu tydzień temu przywiozła. Msza wyśpiewana i całkiem ciekawe kazanie. Bez szaleństw, ale ciekawe. Cały ten czas mój nieszczęsny telefon, przez nikogo niepokojony, leżał sobie na stoliku i się ładował.

Czytaj więcej

Yeti pod wodą
19 lutego 2015

Topielec w raju

Po zakończeniu mszy Krysia zaczęła rozmawiać ze znajomymi, więc nie chcąc być niezręcznym ciężarem, po przywitaniu się z nimi, wyszedłem przed kościół. Nie byłem pewny, czy mam na nią czekać, czy po prostu się zawinąć, ale nie chciałem odchodzić bez pożegnania. Nie mając ze sobą co zrobić, oparłem się o ścianę budynku i czekałem.

Ledwo zdążyłem się oprzeć tak, żeby wyglądać na w miarę wyluzowanego turystę, a już zagadała do mnie pierwsza osoba. Młoda dziewczyna, której imienia niestety nie pamiętam, ze śmiechem oznajmiła, że widziała mnie jak łapałem. Mieli pełne auto, więc nie mieli mnie gdzie wcisnąć. Zaraz po mniej zaczęły podchodzić kolejne osoby, to się przedstawiając i zagadując skąd jestem  i co tu robię. Po dwudziestu minutach rozmów, byłem już zaznajomiony z większością członków kościoła. W końcu jako ostatni przyszedł się przywitać Denis, który do tej pory był rozchwytywany:

- Hej Pasha! Miło, że nas odwiedziłeś! Podobało Ci się? – radośnie wykrzyknął na powitanie  pastor.

Czytaj więcej

Debata
17 lutego 2015

Kostarykański bezplan

Na międzynarodowym lotnisku Santamaria, wylądowałem o 20 lokalnego czasu. Sprawnie minąłem tłumy czatujących na bogatych turystów taksówkarzy i znalazłem się na drodze prowadzącej do San Jose. W pierwszej kolejności nieco zaskoczył mnie ruch samochodowy, który mimo późnej godziny, na nieodległej drodze szybkiego ruchu, był niemalże, jak w godzinach szczytu.

 Po chwili sprawdzania mapy, znalazłem na niej całkiem przyjemnie wyglądający park. Sprawnie przeskoczyłem dwupasmową ekspresówkę po której co chwilę, to w jedną to w drugą stronę śmigały potężne, niemiłosiernie głośne i niemalże na pewno sprowadzane ze Stanów  TIRy i zacząłem się rozglądać w poszukiwaniu miejsca do rozbicia namiotu.

Czytaj więcej

PicsArt_1421024175001
12 lutego 2015

Zdrada ideałów

Stałem na nadbrzeżu karaibskiego portu i patrzyłem się na znikającą sylwetkę Nimbusa.

- Miałem szczęście – pomyślałem po raz chyba setny w przeciągu ostatnich trzech tygodni. Gdybym trafił na jakiegoś kapitana palanta lub wyjątkowo nieznośną załogę, to rejs byłby mordęgą, a tak był jedynie okropnie nudny.

Jeszcze kilka dni temu, jak tylko okazało się, że Matt z rodziną płyną prosto do Stanów, zacząłem się zastanawiać co dalej. Tak naprawdę opcje były trzy, ale dwie wiązały się z ponownym dwutygodniowym żeglowaniem, na które nie miałem ani trochę ochoty.

Pierwsza opcja, to poszukiwanie łodzi na południe. W kierunku Grenady, Trynidadu, a później próba przeskoczenia do Wenezueli i byłbym na kontynencie. Plan dobry, jednak problem było to, że raczej niewiele łodzi zbliżało się do Wenezueli z powodu nieciekawej sytuacji politycznej po śmierci Cheveza i coraz to częstszych przypadków piractwa na wybrzeżu. Do tego pewnie skakałbym z wyspy na wyspę, które w zgodnej opinii wszystkich, z którymi rozmawiałem, nie różniły się specjalnie od siebie.

Druga opcja, to kierunek północno-zachodni. Najlepiej całkowicie zachodni w kierunku Ameryki Centralnej. Jednak znaleźć łódź płynącą już w styczniu bezpośrednio w tamtym kierunku graniczy z cudem, bo zdecydowana większość łodzi korzysta z sezonu na Karaibach. I rejs znowu trwałby przynajmniej dwa tygodnie.

Trzecia opcja? Zdradziecka, oszukańcza, najłatwiejsza i przede wszystkim nieautostopowa, czyli samolot. I właśnie tę opcję wybrałem. Czemu? Ano powodów było kilka.

Czytaj więcej

Marina i ja!
3 lutego 2015

Saint Maarten – Karaiby

Wigilia różniła się od pozostałych dni tym, że Molly na kolację przygotowała pizzę, oraz murzynka na deser, a ja zamiast czytać lub pisać, obejrzałem trzy filmy. Prawdopodobnie najgorsze z możliwych. Zacząłem jak typowa dziewczyna – „Love Actualy”. Świąteczna tematyka filmu sprawiła, że postanowiłem po raz drugi sięgnąć po pudełko z filmami, które mieliśmy na łodzi. Do reki wpadł mi kolejny film z Hugh Grantem i z akcją w Londynie. Wprawdzie nie związany ze świętami, ale po części nawiązujący do wcześniejszego – „Notting Hil”. A po wszystkim dobiłem się jeszcze Marley&Me. Możecie sobie tylko wyobrazić w jakim byłem stanie pod wieczór. Na szczęście zjedzenie murzynka zrobionego na patelni (piekarnik nam się popsuł) poprawiło mi humor, a gdy już zawiesiliśmy lampki na maszcie, to wszystko wróciło do normy. Wprawdzie o północy zaczynałem wachtę, ale dzieciaki namówiły mnie na wspólne oglądanie czwartego tego dnia filmu -  Polarnego Ekspresu.

Czytaj więcej