Birma 2013 – 10

Kierunek Indie

Dzień 82 Projektu Podróżniczego ” Postcards From Europe”

Klimatyzacja ma jeden minus. Jak sie zrobi pranie, to rzeczy w pokoju nie wyschna w jeden wieczor. Nie ma nic gorszego niz wsadzic wilgotne ciuchy do plecaka, wiec po prostu ubralem na siebie mokry T-shirt i spodenki. W ogole nie wiem co mi do glowy strzelilo, zeby brac w podroz 3 biale t-shirty.  Praktycznie za kazdym razem pranie ich ograniczalo sie do skromnego namydlenia i 5 minutowego szorowania, wiec w tym momencie sa one bardziej szaro-zolte niz snieznobiale.

Tak czy inaczej hotel opuscilem o 2.30 i zwawo ruszylem w kierunku nabrzeza. Ulice kompletnie ciemne, zero ludzi i tylko od czasu do czasu gdzies w oddali slyszalem przejezdzajacy motor. Jednak zblizajac sie do rzeki, w jednej z uliczek zobaczylem ruch, a nastepnie warczenie. Z ciemnosci wylonilo sie okolo osmiu, powolnie zblizajacych sie w moim kierunku, psow. Na oko kazdy wazyl nie wiecej niz 20kg, ale niespecjalnie mnie to pocieszalo. Zatrzymalem sie i przez chwile myslalem, zeby zwrocic i sprobowac znalezc jakas inna droge, ale zgraja pochodzila coraz blizej. W tym momencie sie wystraszylem. W najgorszym wypadku troche pogryza, ale bedzie to oznaczalo serie zastrzykow w lokalnym szpitalu i blisko 2 tygodnie w plecy., Sprawnie wyciagnalem z plecaka palke teleskopowa i gaz. Pierwsza zasada „zero gwaltownych ruchow”. Dlatego po prostu zszedlem na bok drogi i probowalem spokojnie ominac watache.  Druga zasada „Nie okazywac strachu”. Z tym bylo gorzej, ale nie odwracajac sie do nich plecami i trzymajac w dloniach gaz i palke czulem sie pewniej. W pewnym momencie bylem juz przekonany, ze je minalem, ale jeden z nich nagle sie zerwal i w blyskawicznym tempie pokonal dzielace nas 5 metrow. Odruchowo machnalem palka i strzelilem go w pysk. Zaskomlal, ale w tym momencie dwa inne psy skoczyly w moim kierunku. Nie myslac wiele nacisnalem spust gazu i skierowalem go w strone calej watachy. Poskutkowalo. Wszystkie trzy trafione z bliskiej odleglosci zaczely skomlec i uciekac, a pozostale nie palily sie do sprawdzenia jak bardzo skuteczny jest gaz.

Jeszcze przez 50 metrow szedlem tylem obserwujac caly czas psy, ktore po chwili zniknely za rogiem po czym zaczalem jeszcze szybiej isc w strone nabrzeza. Psy, glupota o ktora sie nikt nie martwi w podrozy, a jakiego wielkiego stracha moze napedzic, to glowa mala.

Po 10 minutach poszukiwania wlasciwego doku, zaladowalem sie na lodz pelna ludzi, bagazow i jedzenia. Po chwili przyszedl jeszcze policjant, ktory na poczatku chcial mnie naciagnac na dodatkowe 10$ za „pozwolenie” na przeplyniecie lodzia do Kalewa, ale powiedzialem mu, ze bylem wczoraj w biurze imigracyjnym i nie ma mowy o zadnych dodatkowych oplatach, wiec odpuscil i spokojnie wcisnalem sie miedzy dwie walizki, trzech wspolpasazerow, slup i noge osoby siedzacej za mna.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jesli cokolwiek w Birmie ma odjechac o np. 3 w nocy, to badzcie pewni, ze wystartuje dopiero godzine pozniej. Ruszylismy o 4 i postanowilem, ze do wschodu slonca sobie pospie. Na poczatku bylo to dosc trudne i bynajmniej nie dlatego, zeby bylo niewygodnie, ale dlatego, ze z glosnikow dobywala sie podkrecona na full regulatror modlitwa buddystow. Gdyby nie sluchawki i muzyka z mp3, to chyba bym zwariowal.

Obudzilem sie dokladnie w momencie gdy zaczynalo switac. Ostroznie usunelem z brzucha noge wspolpasazera i zaczalem sie przemieszczac w kierunku burty.

Rzeka Chindwin wije się mniej więcej 400km na północ w okolice birminskiej części Himalajów, ale przed sobą miałem do pokonania ‚jedynie’ połowę tej trasy. Usiadłem sobie na burcie i patrzyłem na wschód słońca rodem z filmów o dzikich, niezbadanych terenach. Krwistoczerwone słońce wpierw nieśmiało przebijalo się przez niskie partie chmur, żeby w końcu z pełną mocą unieść się nad wszechobecne palmy. Mimo wczesnej pory, na rzece znajdowały się już drewniane łodzie rybaków z okolicznych wiosek.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z burty zostałem przegoniony przez marynarzy, ale po chwili zaprosili mnie na dziub, więc siedziałem sam między mostkiem, a kotwica dziobowa i oniemialy podziwialem to co rzeka miała do zaoferowania za każdym kolejnym zakrętem.

Co mniej więcej 30 minut, na jednym lub drugim brzegu, pojawiała się mała wioska rybacka. Kilkanaście bambusowych chat, pokrytych wysuszonymi lisciami palm, prowizorycznie zbitymi ogrodzeniami i schodami prowadzącymi do rzeki. Przy niej od samego rana krecili sie ludzie ladujacy sieci do lodek. Część z nich służyła do połowu ryb, a część jedynie do transportu ludzi. Otóż wbrew pozorom połów ryb zapewnia jedynie przetrwanie, a źródło dochodów generuje handel żywnością z lodziami kursujacymi po rzecze. Gdy tylko łódź zbliża się do wioski, jej mieszkańcy wybiegaja z małymi pakunkami, wskakuja do łodek i jak najszybciej próbują się dostać na łódź z pasażerami. Często wygląda to jak wyścig smoczych łodzi, bo wszystkie łódki idą łeb w łeb, a szansę na sprzedanie czegokolwiek, ma ze reguly tylko pierwsze kilka osób, które pojawią się wśród pasażerów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jednak sama podróż jest nuzaca i trwa blisko 13 godzin. Pierwsze 8 dość szybko mija, ale gdy dochdzi południe, to skwar robi się nie do wytrzymania. Chcialem się posmarowac kremem z filtrem, ale moj plecak byl  ‚gdzieś’ i nie miałem pojęcia jak się do niego dostać, więc próbowałem łapać jakikolwiek cień. Wychodziło mi to średnio.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

O 16 łódź dotarła do Kalewy. Ledwo się z niej wydostalem, bo ludzie znajdujący się na brzegu, dosłownie walczyli o to, żeby na nią wejść. Wydostanie się dodatkowo utrudniało grząskie błoto na przy wysiadce. Oczywiście w żadnej miejscowości nie było żadnego mola czy portu, tylko łódź wbijala się dziobem w brzeg i kto mial wysiadać to wyskakiwal i lądował po kolana w błocie. Nie inaczej było ze mną. Wyskakując z dwoma plecakami wyladowalem w błocie tak głęboko, że miałem problemy żeby wyciągnąć z niego nogi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na brzegu splukalem z siebie największe błoto wodą z butelki i ruszyłem dalej. Od granicy z Indiami dzieliło mnie ostatnie 140km.
Wyszedłem za miasteczko i zacząłem łapać. Po 20 minutach pojawiła się taxowka z żołnierzami w środku, ale okazało się, że mogą mnie podwiezc za darmo do krzyżówki, z której prowadzi już ostatnia prosta do Tamu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jechałem z nimi blisko 2h, bo trasa była w tragicznym stanie. Wyrwy w postaci kilkumetrowych dziur wyplukanych przez wodę, czy koleiny takie, że musieliśmy wysiadać i przepychac nasze auto. Na ostatnią prostą trafiłem o równo ze zmierzchem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Sprawa była prosta. Albo uda mi się złapać coś teraz albo dopiero jutro rano, ale znowu miałem szczęście i po chwili pojawiła się ciężarówka jadąca prosto do Tamu. Jaralem się okrutnie, ale jednocześnie gorąco modlilem, żeby nigdzie mnie nie cofnęli, bo byłem już zbyt blisko.

Trasa z Kalewa do Tamu jest delikatnie mówiąc średnia nawet jak na birminskie warunki. Pełna stalowych, wojskowych mostów i tak wąska, że miniecie się dwóch aut wymaga zjechania na pobocze. Między innymi dlatego pokonanie dystansu 100km zajęło nam ponad 2 godziny. Do tego doszła 30 minutowa przerwa na posiłek.

W czasie kolacji, w barze, wzbudziłem większą niż zwykle sensację, bo biali po prostu tu już nie trafiają. Niektórzy z miejscowych, mówiący lamanym angielskim, zaczeli mnie wypytywac o wizę, więc odpowiedziałem, że mam, ale w głowie znowu zapaliło się ostrzegawcze światełko. Jeżeli pytają o wizę, to znaczy, że mogą mieć na myśli specjalne pozwolenia. Postanowiłem się tym nie martwić do momentu ewentualnej kontroli.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gdy wróciliśmy do ciężarówki, to uciąłem sobie drzemkę, ale w pewnym momencie zostałem obudzony przez kierowców powtarzających w kółko ‚Imigration’. Rozejrzalem się dookoła, ale poza malutkim sklepikiem z jedną zarowka nie widziałem nic. Dopiero gdy wysiadlem z szoferki zobaczyłem ledwie widoczny napis ‚Imigration’, ale nie było tam nikogo. Zaczęliśmy szukać i wołać, ale odpowiedziała nam cisza, więc po prostu po 5 minutach, w absolutnej ciemności, ruszyliśmy dalej.

Sprawdziłem mapę i zobaczyłem, że do Tamu brakuje nam mniej niż 30km. W pełni rozbudzony siedziałem już jk na szpilkach. Był punkt kontrolny i nie zostałem na nim spisany, więc oznacza to, że jestem tu nie dokonca legalnie i lekko naginam zasady odpowiedzialnego podrozowania, ale w razie czego są ze mna kierowcy, którzy poswiadcza, że szukaliśmy i nikogo po prostu tam nie było.

Po jakimś czasie przez lewe okno szoferki zacząłem dostrzegać maleńkie, jasne punkty wyznaczajace linię graniczną pomiędzy Birma a Indiami. GPS poinformował mnie, że do granicy zostało mi mniej niż 15km, gdy nagle zatrzymaliśmy się, bo na drodze pojawił się żołnierz z latarką. W tym momencie żołądek skurczył sie i instynktownie wyczulem, ze to koniec.

Oczywiscie ktos moglby pomyslec, ze bedzie groznie, ale wbrew pozorom bylo raczej spokojnie. Zolnierz byl tak zaskoczony, moim widokiem, ze przez chwile sie na mnie patrzyl z otwartymi oczyma i dopiero po chwili odezwal sie, kazal czekac i znikl w ciemnosciach. Minute pozniej wrocil z wyraznie zaspanym przelozonym, ktory poprosil mnie o pozwolenie, ale po prostu zgrywalem glpa i pokazalem paszport, a moja przepustka do granicy miala byc wbia juz w paszporcie wiza do Indi. Wtedy zaczely sie telefony. Po kolejnych 5 minutach dookola nas bylo juz mniej wiecej 15 zolniezy, ktorzy z zaciekawieniem przygladali sie calemu przedstawieniu. W koncu oficer wytlumaczyl mi lamanym angielskim, ze musze sie cofnac do Khampat i zaliczyc tamten punkt kontrolny, ale nie odpuszczalem. Tlumaczylem, ze jest pozno i musze nocowac w hotelu w Tamu i ze nie mam jak wrocic i generalnie robiac wszystko, zeby puscili mnie jeszcze te ostatnie 15km, I znowu telefony i dzwonienie, ale w koncu zaczeli mnie przepraszac i mowic, ze bardzo im przykro, ale nie moga. Bardzo chetnie za to beda mnie odtransportuja wstecz.

Wtedy juz wiedzialem. Porazka. Jesli wojsko mnie nie puscilo, to z pewnoscia nie zrobi tego imigracyjny. Zaladowalem sie wiec na skuter jednego z zolnierzy i zawrocilismy do Khampat.

Gdy ponownie pojawilismy sie w punkcie imigracji dalej nie moglismy znalezc oficera, wiec pojechalismy do centrum wioski i znalezlismy go w barze w najlepsze bawiacego sie nad szlanka „Royal Whisky”. Gdy nas zobaczyl usmiechnal sie tylko izaprosil do stolika. I znowu pomyslalby kto, ze jeden drugiego ochrzani, ze zaniedbal obowiazkow, ale oni po prostyu w najlepsze usiedli i zaczeli spokojnie rozmawiac. Po chwili Imiracyjny przeszedl na angielski i zaczal mnie wypytywac o pozwolenie, a dalej rozmowa miala taki sam przebieg jak z wojskowymi. Nimozliwe. Przymajmniej do 2015 roku.

Po 20 minutach pozegnalem sie z Wojskowym i z Imigracyjnym poszlismy do jego domu, gdzie zaleglem na drewnianej podlodze i zaczalem myslec.

Nie wiem czemu, ale nie bylem ani troche smutny. Ktos pewnie skwituje „A, nie dojechal do Indi, ciota!”, albo „Przeciez bylo wiadomo od poczatku, ze to niemozliwe” i maja troche racji. Nie udalo sie, ale bylem na swoj sposob z siebie zadowolony. Dotarlem daleko, nie bylo prosto, sprawdzilem wszystkie opcje i na wlasnej skorze sie przekonalem, ze poki co po prostu nie da rady. Czy zaluje, ze sie nie udalo? Jasne. Dojechac do Indii stopem z Gdanska, to juz osiagniecie, za ktore (przyznaje sie!) myslalem sobie, ze jak wyroznienia na Kolosach nie dostane, to je sobie sam wystrugam, ale bylem pyszny i dostalem nauczke. Wpierw ciezka, kilkudniowa droga, a pozniej cmoknalem przyslowiowa klamke. Podroz uczy pokory, a prawda jest taka, ze czasami mam z nia problem i znajomi zartuja, ze z moim ego, to sie nie mieszcze w pokoju. Ktos madry powiedzial mi kiedys, ze „czlowiek ma w zyciu dwa wyzwania. Pierwsze, to pokonac swoje slabosci, a gdy juz to sie uda, to poskromic swoje ego”. Dostalem lekcje i lekcje ta zapamietam na dlugo.

Nastepnego dnia okazalo sie jeszcze, ze obszar Indii, ktory mialem przejezdzac, nawiedzil najpotezniejszy od 100 lat cyklon, wiec koniec koncow, to mi sie poszczescilo.

P.S.
Przepraszam za brak wpisow w ostatnim czasie, ale odwiedzalem ostatnio obszary, w ktorych nie ma pradu, a ludzie czesto o internecie nawet nie slyszeli:)

Strony:1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18

Dodaj komentarz