Birma 2013 – 16

Byle do Yangonu

Dzień 91 i 92 Projektu Podróżniczego ” Postcards From Europe”

Nie licząc tego, że mój gospodarz w nocy się rzucał i donośnie harchlał, to spało się wybitnie dobrze. Jedyne co mi się dało we znaki, to paskudny zapach ciuchów, które miałem na sobie. Nie dość, że cały dzień zasuwałem wczoraj na piechotę, w pytle i słońcu, to jeszcze w tych samych ciuchach spałem. Smrodek taki, że aż sam go czułem, a to już znaczy, że kierowcom taki zapach już przeszkadza.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nie chcąc tracić czasu, pożegnałem się z rodzinką i po szybkim wypiciu herbaty ruszyłem na drogę. Od Gwa dzieliło mnie ostatnie 10 kilometrów, więc szacowałem, że w najgorszym wypadku do miasta dotrę za dwie godziny, czyli o 8.

I znowu szło się całkiem znośnie, a jedyną pozostałością po wczorajszych 20 kilometrach były lekkie zakwasy. Chłodny wiaterek i brak słońca, które dopiero powoli wyłaniało się zza horyzontu sprawiły, że pierwszą godzinę szedłem naprawdę dobrym tempem i nawet specjalnie się nie spociłem. Mało tego, równiutko po godzinie, na drodze, pojawiła się pierwsza od dwóch dni osobówka, która podwiozła mnie do Gwa.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Samo miasto na mapie wyglądało na spore, ale w rzeczywistości było wielkim rozczarowaniem. Ot taka mała mieścinka na rozdrożu. Jedyne co mnie pocieszało, to fakt, że gdy przechodziłem przez miasto, to minąłem sporo (jak na Birmę) zaparkowanych na ulicach aut. Za miastem klasycznie, nie było już kompletnie żadnego ruchu, więc rozwaliłem się na ziemi  i czekałem. I to długo. Pierwsze auto pojawiło się po godzinie. Podjechałem z nim niecałe 10km do pierwszej na trasie wioski i tam czekałem kolejne 2 godziny. Po dwóch godzinach złapałem pierwszą rozklekotaną cieżarówkę, która podskoczyłem kolejne 20km do małej wioski znajdującej się w pobliżu kamieniołomu. Pewnie nie wspomniałbym o niej ani słowa, bo była to zwykła wioseczka. Dosłownie 10 chat na krzyż wśród porośniętych dżunglą wzgórz, ale przez jej środek przepływał potok. Cudny, płytki potok z chłodną wodą. Nie myśląc wiele i mając w głębokim poważaniu, to czy przepadnie mi jakieś auto pobiegłem na brzeg i wskoczyłem do wody. Było idealnie. Cały brud, pot i zmęczenie odpłynęły. Mało tego, to nie miałem już żadnej wody, wiec po prostu piłem wodę z potoku. Gdy już się wymoczyłem, to znowu wyszedłem na trasę i dalej czekałem. Dopiero po kolejnych dwóch godzinach podjechała zdezelowana ciężarówka przewożąca beczki z benzyną, która jechała akurat na drugą stronę gór. Zapakowałem się na pakę i rozpocząłem jedną z dłuższych przejażdżek stopem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jechaliśmy w sumie blisko 5 godzin, ale te 5 godzin ciągnęło się w nieskończoność. Setki zakrętów, wzniesień i spadków, przy których modliłem się tylko, żebyśmy nigdzie nie spadli. Do tego dziura z dziurą, na których cała ciężarówka oraz znajdujące się na niej beczki, podskakiwała do góry. I najgorsze ze wszystkiego, to palące słońce przed którym nijak można było się schować. Jakby tego było mało, to mniej więcej w połowie trasy dołączyli dwaj lokalni, którzy stojąc nad beczkami, w najlepsze palili lokalne skręty. Każdy kolejny wertep sprawiał, ze nie musieli kipować, a żar z końca skręta po prostu leciał gdzie chciał, a ja tylko się modliłem, żeby  nie wpadł do otworów beczek, pachnących benzyną.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

Z gór zjechaliśmy o zmierzchu skąd złapałem stopa do pierwszej większej miejscowości. Było już późno i miałem trzy opcje co robić dalej. Pierwsza, to jechac do Yangonu od którego dzieliły mnie już tylko 4 godziny drogi, ale była to słaba opcja, bo przyjazd do miasta równałby się wydaniu 15$ na hotel za samą noc. Druga opcja to nocleg gdzieś na dziko, a ostatnia to hotel w mieście, do którego właśnei dojechałem. Po szybkim rekonesansie i ustaleniu, że za hostel w mieście musiałbym zapłacić tylko 3$ postanowiłem spędzić noc własnie w nim, ale gdy dojechałem pod wskazany mi przez miejscowych adres, to okazało się, że owszem 3$, ale mogą przyjmować tylko lokalnych. Próbowałem negocjować, ale facet uparcie tłumaczył mi, że ma komplet. Zdawałem sobie sprawę, że ściemnia w żywe oczy, ale nie chciało mi się już z nim spierać, więc postanowiłem, że idę szukać miejsca do spania na dziko. Wyszedłem kawałek za miasto i znalazłem idealne miejsce. Mała wiata przystankowa, znajdowała się kawałek za miastem i była po prostu perfekcyjna. Czysta, sucha i wygodna. Popelniłem tylko jeden klasyczny błąd i poszedłem tam zdecydowanie za wcześnie. Mimo absolutnych ciemności, to jeden z miejscowych, przypadkiem zaświecił w moim kierunku latarką. Oczywiście mnie zauważył, więc grzecznie się przywitałem, ale już wiedziałem, że zaraz będę świadkiem niezłego cyrku. Miejscowy na chwilę znikł, ale po pięciu minutach pojawił się z kolejnymi 5 osobami, które zaczęły debatować na ulicy, aż w końcu zleciało się około 50 osób, które stały przede mną i usiłowały ustalić co ja tu robię. W końcu, z ich rozmów wyłowiłem słowo „policja” i się nawet ucieszyłem. Znowu dało o sobie moje znać lekkie zmanierowanie. Jeśli przyjedzie tu policja, to będzie oznaczać, że mnie cofną do miasta i będą chcieli wcisnąć do hotelu lub autobusu, ale wystarczy powiedzieć, że nie mam już pieniędzy, to nie dość, że mi pomogą, to jeszcze wszystko załatwią za darmo.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

No i stało się tak jak przewidywałem. Policja, spisywanie paszportu, ciepły posiłek, masa wspólnych zdjęć i wciśnięcie na siłę do autobusu jadącego do Yangonu, do którego dotarłem o 2 w nocy. Nie było w ogóle opcji, żebym jechał do hostelu i marnował 15$, więc po prostu znalazłem całkiem dobrze ukryty kat, w którym stał motor z przyczepą i się rozłożyłem w środku. Było całkiem wygodnie, ale nie miałem już sprayu na komary, więc dziabały jak głupie i spać nie dawały.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na autobus ruszyłem się o 5 rano i w hotelu pojawiłem się dopiero o 7. Wziąłem prysznic, przegoniłem karaluchy i poszedłem na miasto zjeść oraz nadrobić zaległości na blogu. Do hotelu wróciłem około 12 i padłem jak zabity. Dopiero o 20 wyszedłem coś zjeść i znowu wrodziłem i odsypiałem, żeby jutro z samego rana ruszyć w kierunku granicy z Tajlandią.

Strony:1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18

Dodaj komentarz