PicsArt_1414997703948[1]
3 listopada 2014

Camino – lekcja pierwsza

Ruszając na Camino nie wiedziałem o nim nic. Niczego nie szukałem, ani nawet nie czułem potrzeby wyszukiwania o nim informacji. Przeczytałem jedynie legendę o ciele apostoła Jakuba, które to łodzią przetransportowano w miejsce, gdzie obecnie znajduje się Santiago de Compostela. Camino było dla mnie po prostu jednym z szlaków pielgrzymkowych w Europie. Jest Jerozolima, jest Rzym, jest Polska Częstochowa i jest Santiago. Camino było drogą.

Myśl, żeby pójść na pielgrzymkę kiełkowała we mnie od kilku lat. Pójść, ale gdzie? Na Jasną Górę? W tłumie ludzi? Przez Polskę? Nie wiem czemu, ale wydawało mi się to mało atrakcyjne. Mniej więcej półtora roku temu mój kumpel ruszył do Santiago w intencji chorego chłopca. Wtedy usłyszałem o El Camino pierwszy raz. Przeglądałem jego zdjęcia, czytałem relację i gdzieś we mnie pojawiła się myśl – „Hiszpania na piechotę – to brzmi ciekawie”. Jednak wciąż nie mogłem znaleźć sensu w miesięcznym parciu przed siebie. Jak to mówi mój brat – „Szkoda masy”. Jednak przez ubiegły rok w moim życiu wydarzyło się mnóstwo niesamowitych rzeczy, w które wciąż ciężko mi uwierzyć. Nie licząc kilku gorszych niedzielnych poranków, nie miałem żadnego powodu do narzekania. Zdecydowanie więcej było powodów do dziękowania za wszystko, co mnie spotkało. Kiedy pojawił się pomysł pojechania stopem do Ameryki Południowej, myśl o Camino powróciła. „Mam czas, to w sumie mogę iść” – pomyślałem. Jednak do ostatniego dnia wahałem się czy aby na pewno iść. Czemu? Bo zwyczajnie brakowało mi odwagi. Przede wszystkim ciężko było mi uwierzyć, że dam radę przejść blisko 900km na piechotę i z plecakiem. Że wystarczy mi cierpliwości i siły skoro wielokrotnie narzekałem, jak musiałem przejść się 5 kilometrów pod górkę do domu, gdy cała gdańska Słowackiego stała w korkach. W końcu zdecydowałem, że spróbuję.

Po kilku dniach codziennego marszu, było jasne, że droga staje się czymś więcej.  Staje się banalną, ale dość trafną, alegorią życia. Człowiek dzień w dzień brnie przed siebie, czasami pogrążony we własnych myślach, czasami zapatrzony w krajobrazy, a czasem noga w nogę, zagadany z innymi pielgrzymami. Cała sztuka jednak polega na tym, żeby w całej drodze nie przegapiać znaków. Muszli oraz charakterystycznych, ale często poukrywanych w niespodziewanych miejscach, żółtych strzałek.

Charakterystyczna muszla

Charakterystyczna muszla

DSC_0496[1]

Follow the yellow arrows

Czy mogę powiedzieć, że już wiem co dokładnie tu robię i co mi Camino dało? Nie, zdecydowanie nie. Ktoś ładnie powiedział, że „Camino nigdy nie daje Ci tego czego szukasz, a tego co naprawdę potrzebujesz”. Potwierdzeniem tych słów jest sytuacja, która mnie spotkała na mniej więcej na 15 kilometrze, po opuszczeniu Lourdes. Naprzeciw mnie wyszedł facet, nie oszukujmy się, wyglądający jak bezdomny. Nie miałem zamiaru zgadywać, ale gdy go mijałem, zobaczyłem jak się uśmiecha i wymawia magiczne słowa „Buen Camino, my friend”. Zdębiałem. Odwróciłem się do niego i zapytałem, czy idzie do Santiago. Okazało się, że już stamtąd wracał. Luka, pierwszy pielgrzym, którego poznałem na trasie, jest wykładowcą ekonomii we Florencji. Do Santiago poleciał, bo obiecał sobie, że jeśli jego żona pokona raka, to podziękuje właśnie tam. Mimo, że był niewierzący, gdy żona wyzdrowiała, spełnił obietnicę i poleciał. Jednak na miejscu postanowił, że podziękowanie obejmie również trasę powrotną do Florencji. Na piechotę. El Camino, ale w drugą stronę. Spędziliśmy na rozmowie przeszło trzydzieści minut, bo miałem do niego dziesiątki pytań, na które cierpliwie odpowiadał, aż w końcu zreflektowałem się, że go zatrzymuje, dlatego przeprosiłem i pierwszy raz pożegnałem kogoś słowami „Buen Camino”. Ponownie się uśmiechnął i powiedział: „Buen Camino Pasha.” i po chwili zastanowienia, wciąż trzymając mnie za rękę „Jak dojdziesz, to proszę, podziękuj też za mnie”. Następnie się odwrócił i poszedł w kierunku Lourdes.

Luca

Luca

Paradoks tej lekcji polega na tym, że mimo, że staram się słuchać uważnie tego co droga chce mi powiedzieć, ale kompletnie tego jeszcze nie rozumiem. Wiem, że to głupie, ale taka prawda. Tym spostrzeżeniem, z nijakim żalem, podzieliłem się z Panią Ireną, która na Camino wraca od dwudziestu jeden lat. W odpowiedzi usłyszałem przypomnienie o czymś o czym zdecydowanie za często zapominam:
- Przemek, prawie ćwierć wieku wracam do Hiszpanii. Zaczynałam w 93′ z mężem, a teraz, mając blisko siedemdziesiąt lat, kończę sama i powiem Ci jedno. To czym jest Camino, zrozumiesz dopiero w domu. Wrócisz odmieniony mimo, że początkowo tego nie zauważysz. Jak bardzo, to już zweryfikuje Twoje otoczenie. Camino otwiera oczy na rzeczy banalne i oczywiste. Doceniasz posiłki, wodę, cień, odpoczynek, schronienie a przede wszystkim ludzką pomoc, o którą czasami, w szarej codzienności, tak bardzo ciężko. Tu jest trochę, jak na wieży Babel. Z tą różnicą, że pomieszanie kultur i języków nikomu nie przeszkadza, bo ludzie prowadzeni są przez i ku Niemu. Nawet, gdy o tym nie wiedzą i zrozumienie tego niektórym zajmie całe życie. Jednak najpiękniejsze jest to, że dopiero gdy wrócisz, zaczniesz prawdziwie doceniać przyjaźnie i to co one Ci dają. Zaczniesz doceniać uśmiechy, dobre słowo i pomocną dłoń z siłą jaką nigdy tego nie robiłeś. Mój powód, dla którego wracam co roku na ten szlak jest jeden – żeby nigdy, ale to nigdy, o tym nie zapomnieć. A nic Ci o tym tak mocno i zmamienie nie przypomni jak droga. I to jest jej celem.

Pani Irena

Pani Irena

Jeśli spodobał Ci się post, to przypominam, że wśród nas jest całe mnóstwo potrzebujących. Jednymi z nich są podopieczni Hospicjum oraz Funduszu Dzieci Osieroconych, na które chcę zebrać sumę 100 tysięcy złotych. Jeśli chcesz pomóc, nie jutro, nie w przyszłym tygodniu, a dzisiaj, to kliknij tutaj i przekaż na akcję dowolną kwotę. Nawet symboliczną złotówkę.
Zawsze możesz też podzielić się tym linkiem ze znajomymi, a może uda nam się wspólnie zrobić coś niezwykłego.
http://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

14 komentarzy dodanych:

  1. pięknie napisane, mam nadzieję, że kiedyś samej uda mi pójść szlakiem św. Jakuba :) Gorąco pozdrawiam i wspieram w modlitwie!

  2. Chce się Ciebie czytać… Ja Camino zaplanowałam na wiosnę 2015 roku, dlatego śledzę z ciekawością Twoje poczynania… i widzę, że jeszcze bardziej niż dotąd chcę to zrobić… :-)
    Szerokiej drogi… i samych niosących piękne lekcje życia ludzi na szlaku :-)

  3. Zrobilem te droge ponad cztery lata temu i co chwile marze zeby przejsc ja jeszcze ne raz. Im dluzsza droga tym lepiej, polecam wszystkim i gwarantuje placz z radosci. BUEN CAMINO PEREGRINO

  4. Niesamowicie wzruszajace. Sama mam przejscie El Camino na mojej liscie marzen. Ze wzgledu na czas potrzeby do przejscia pewnie bedzie musiala ona jeszcze troche poczekac, ale jestem pewna, ze kiedys na nia dotre. A Pani Irena: piszesz, ze ma ona niemal 70 lat, a musze powiedziec, ze na zdjeciu, ktore zamiesciles nie wyglada na wiecej niz 40 moze 40- pare. Jak to wedrowki dobrze trzymaja czlowieka w formie! Powodzenia w dalszej drodze!
    Pozdrawiam

  5. Naprawdę piękne słowa, dające do myślenia, no i, co tu dużo mówić, wzruszające… chyba do tej pory nie doceniałam odpowiednio wartości pielgrzymek, długiej drogi, marszu. Teraz rozumiem je chyba trochę bardziej.

  6. Post bardzo mi się spodobał, a takie osoby jak Ty zyskują sobie u mnie szacunek. Aby zrobić sobie taką podróż trzeba mieć wiele odwagi i mimo wszystko odłożyć wszystkie sprawy codzienne na dalszy plan. Będę zaglądać tu częściej i sprawdzać czy dodajesz nowe posty. Dodatkowo polecam Cie moim znajomym. Pozdrawiam serdecznie !

Dodaj komentarz