Chiny autostopem 10

Pobudka w bojowym nastawieniu. Budzik dzwoniłn o 6.30 i nawet nie skorzystałem z opcji ‚drzemka’, tylko sturlalem się z łóżka i poszedłem pod prysznic. Bolało, ale chcialem jak najszybciej dostać się do Terakotowej Armii, bo w południe synoptycy zapowiadali niemiłosierne upały.

Według przewodnika, na sam dojazd do muzeum należało poświęcić ponad godzinę, ale nie uwzględnili w nim czasu, który byłpotrzebny na przedarcie się przez dworzec autobusowy. Tego wielkiego molocha mijałem o godzinie 7.30, a wokół niego już były dzikie tłumy. Po raz kolejny cieszyłem się, że podróżuje autostopem, bo w tym momencie kupno biletu wydało mi się co najmniej niemożliwe.

Na szczęście autobusy jadące do muzeum było dość łatwo znaleźć, bo wyróżniały się wielkim, angielskim napisem ‚Autobus do muzeum Terakotowej Armii’ z boku. Wsiadłem do środka i z założonymi na uszy sluchawkami, drzemałem.

O 9.30 byłem na miejscu. Jak tylko wyszedłem z autobusu, zostałem zaczepiony przez pierwszego z wielu przewodników, którzy oferowali ‚niezapomniane przeżycie z Terakotowa Armią’. Usługa kosztowała 100zł, czyli nie dla mnie.

image

W ogóle kto jak kto, ale Chińczycy potrafią robić hajs na turystach. Tutaj podam dwa przykłady. Pierwszym będzie jedna z pustyń na mojej trasie. Otóż cała frajda w zwiedzaniu pustyni polega na wejsciu na piaskowa wydmę i zrobieniu sobie zdjęcia. Chińczycy postanowili ogrodzić pustynię, żeby przypadkiem nikt nie zrobił sobie zdjęcia za darmo. Drugi przykład z muzeum, do którego właśnie wchodziłem. Oczywiście trzeba kupić bilet (koszt rzędu 60zł), ale nie można wejść główną bramą, jeśli nie dokupi się przejażdżki taksówką. Jak Cię na to nie stać, to musisz iść na około dodatkowe 2km.

image

Na teren muzeum wszedłem równo o 10, a i tak już widziałem przed sobą las parasolek, pod którymi chowają się wszyscy Chińczycy. Bynajmniej nie korzystają z nich w obawie przed poparzeniami slonecznymi, ale przed opalenizna. Otóż w kulturze Państwa Środka, głęboko zakorzenione jest przekonanie, że człowiek opalony, to człowiek pracujący fizycznie, a biała skóra jest przejawem pracy umyslowej. Drugi sposób, którym starają się podkreślić fakt, że nie pracują fizycznie, jest przynajmniej jeden, paskudnie długi paznokiec u ręki( taki plus minus 3-4cm).

W pierwszej kolejności poszedłem do muzeum, w którym znajdowała się wystawa poświęcona historii muzeum, odkryciom oraz samej armii. Co jest takiego niezwykłego w tej całej Terakotowej Armii? Kilka rzeczy.

Historia jest taka, że jeden z chińskich cesarzy, po śmierci chciał też podbić zaswiaty(chociaż niektórzy mówią, że po prostu bał się tam iść sam) i zlecił stworzenie dla niego armii. Jest to kilka tysięcy postaci, ludzkich wymiarów z unikatowymi fryzurami, twarzami i strojami. Carscy doradcy zlecili wykonanie posągów w całym kraju, więc w każdym z nich można się doszukać lokalnych elementów. Dwóch identycznych nie znajdziecie. Do kompletu również różne stopnie wojskowe, konnica i łucznicy. Krótko mówiąc byłem niesamowicie podjarany możliwością zobaczenia ich wszystkich.

image

image

image

W pierwszej części zwiedzania, poprzepychalem się na siłę, żeby zobaczyć jednego z wystawionych powozow i galerię zdjęć partyjniakow, którzy już to miejsce odwiedzili. Wrażenia negatywne. Dzikie tłumy chińskich turystów. Głośnych, kompletnie niezainteresowanych historią i zwiedzających na zasadzie ‘zdjecie miejsca, zdjecie miejsca i ja.’ dalej. Po obejrzeniu wystawy wszedłem do potężnego hangaru z największą częścią Terakotowej Armii. Kilkaset metrów długości, szerokości i kilkadziesiąt wysokosci. Turyści z całego świata, przewodnicy przekrzykujacy sie wzajemnie, w różnych językach i masy napierajace na barierki, żeby zrobić zdjęcie i ruszyć dalej.

image

A ja stoję i mam wrażenie, że trafiłem do czeskiego filmu. W końcu dopchalem się do jednego z filarów podtrzymujacych strop i patrzę. Patrzę na armię milczacych wojowników, przygotowywanych przez kilkadziesiąt lat, przez jeszcze większą armię robotników i niewolników. Widzę przed sobą historię mającą ponad 2000 lat, ale wydaje się, że wszyscy na około mają to w głębokim powazaniu. Przychodzą tu nie po to żeby podziwiać tylko dlatego,że jest to tzw. ‘must see’ w Chinach. Zrobić zdjęcie i pójść dalej.

image

Po raz kolejny spojrzałem na wojowników, na konne zaprzegi, a następnie na turystów i nagle mnie olsnilo. Nie tego szukam, nie tego chcę, nie dla mnie to. Jestem podroznikiem nie turysta. Szukam rzeczy zwykłych, w które dla jednych sa codzinnoscia, a dla innych tradycja, historią, kultura. Tego szukam i to chcę poznawać. Historia jest piękna, ale zabytki dla turystów. Jasne, plul bym sobie w brodę gdybym nie zobaczył Muru Chinskiego czy Terakotowej Armii. Zobaczyłem co miałem zobaczyć, ale nic więcej. Zwiedzanie w chińskim wydaniu jest ciężkie do zniesienia dla kogoś kto przywykł do wolności. Dlatego obrocilem się na piecie, spojrzałem w kierunku wyjścia i ruszyłem w poszukiwaniu codzinnosci. Z usmiechem, bo mimo, że zapłaciłem za bilet majątek, to podróże są jedyną rzeczą za które się płaci, a które w rzeczywistosci sprawiają, że jesteśmy mądrzejsi.

Postanowiłem przeczekać największy skwar w hotelu i wyjść znowu dopiero wieczorem.

Na miejscu pozdejmowałem wszystkie rzeczy, napisałem kolejnego posta na bloga i przygotowałem sobie obiad w postaci zupki chińskiej. Nie zjeść zupki chińskiej w Chinach, to tak jakby nie odwiedzić Muru Chińskiego.

image

image

Gdy się sciemniło poszedłem jeszcze raz przejść się po dzielnicy muzułmańskiej. Tym razem było jeszcze lepiej. Tysiące ludzi, świateł, zapachów, kolorów i wszystko do jedzenia czego tylko dusza.

image

image

image

image

image

image

Strony
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17

Dodaj komentarz