Chiny autostopem 12

Jak trzeba do roboty lub na uczelnię, to nigdy nie mogę wstać o 7 rano, a w podróży zawsze mi wychodzi i to bez przymusu.

Kolejny dzień padało, ale specjalnie się tym nie przejmowałem, bo po nocy spędzonej na stacji miałem suchy namiot, a kolejny nocleg zapewniony. Żwawo się spakowałem i po przeskoczeniu barierki, byłem na trasie. Klasycznie minuta machania kciukiem i już transport do miasta, więc zadzwoniłem do Tomka i ustaliliśmy miejsce spotkania.

image

image

Tutaj kilka zdań o Tomku, bo dzięki niemu tak naprawdę zacząłem poznawać Chiny, chińską kuchnię, zwyczaje i tradycje. Otóż Tomek jest moim rówieśnikiem z Lublina, który na studia pojechał do Londynu, a po zrobieniu licencjatu wyjechał na staż do Chin i przepadł. Tak się w Chinach zakochał , że siedzi już tam od roku. Co więcej, łamiąc wszystkie stereotypy, że chiński jest trudny, opanował go w rok ucząc się wyłącznie samodzielnie. Od 8 miesięcy mieszka w Chengdu, gdzie jest nauczycielem angielskiego, ale o tym później.

Spotkaliśmy się równo o 11.30 na przystanku autobusowym, z którego ruszyliśmy do jego mieszkania. W sumie zostawiłem tylko swoje klamoty i Tomek zaprosił mnie na obiad. Przeszliśmy się kawałek piechotą i weszliśmy do klasycznej chińskiej knajpy. 8 stolików na krzyż, lekko nieogarniete kelnerki oraz zapachy smażonego tłuszczu i odgłosy buchajacego ognia. Tomek zamówił jedzenie i rozmawiając czekaliśmy.

Po mniej więcej 10 minutach pojawia się pierwszy talerz. ‚Trochę mały jak na dwóch’, pomyślałem, ale po kolejnej minucie na stole ląduje drugi, trzeci , czwarty i miska ryżu. W tym momencie wiedziałem, że się najem, ale zastanawiałem sie ile to wszystko będzie kosztowało.

Co do jedzenia, to chińczycy sprawiają, że nawet liście mi smakują. Na pierwszym talerzu znajdowała się wieprzowina z drobno pokrojona zieloną papryka, na drugim kurczak Gumbao, na trzecim grzyby mun z wieprzowia i na koniec najlepsze, czyli bakłarzan w sosie pomidorowym. ‚Sprzatnelismy’ wszystko, a mi tak zasmakował sos z bakłarzana, że zapytałem Tomka, czy nie ma nic przeciwko jak sobie przeleje go do miski z ryżem.

image

W końcu przyszło do płacenia okazało się, że za wszystko Tomek zapłacił 40 juanów, czyli 20 zł(później już się dzielislismy kosztami). Do pełni szczęścia brakowało jeszcze piwa, na które przeszliśmy się kawałek dalej. I znowu bomba. Wprawdzie było trochę drogie(5zł) ale za to przepyszne. Ciemne piwo o aromacie kawy, to jedna z rzeczy za które pokochałem Chengdu.

Do domu wróciliśmy tylko na chwilę, żebym się ogarnął i pojechaliśmy do centrum, gdzie Tomek miał zajęcia, a ja trochę czasu dla siebie na napisanie posta. W ogóle kolejna super rzecz u Tomka, to jego skuter, który dawał nam praktycznie nieograniczone możliwości przemieszczania się po mieście(tj. do 50km dziennie, bo na tyle starczał akumulator)

image

image

Prawda jest taka, że Chengdu słynie z trzech rzeczy. Pierwszą i równocześnie największą atrakcją turystyczną są słynne w całych Chinach pandy. Wielkie czarno-białe stworzenia, które jak na złość są aktywne tylko do 9.30 rano, a następnie wracają się obijać do swoich klimatyzowanych klatek.

Druga rzecz, z której słynie miasto, to niezwykle ostre jedzenie. Jeśli prawdziwe chińskie piecze dwa razy, to syczuański pieprz i papryka sprawiają, że tutaj wszystko dosłownie pali 3 razy.

Trzecie rzecz, o której mowi się w kontekście Chengdu, to dziewczyny. Jak komuś w Chinach mówiłem, że jadę do stolicy Syczuanu, to słyszałem tylko ‚Aaa, w Chengdu są najpiękniejsze dziewczyny’. Wśród obcokrajowców mieszkających w mieście krąży nawet określenie stanu na takich co się w Chinach zakochuja- ‚yellow fever’.

Przez 8 dni odhaczyłem 66,6% rzeczy wartych zobaczenia w Chengdu. Jedzenie pokochałem i Chinki widziałem. Co do pand, to niestety, ale zawsze coś nam z Tomkiem stawało na drodze. Z reguły było to czwarte piwo, a raz paskudna pogoda. W pewnym momencie nawet właśnie po tym czwartym piwie zaczęliśmy sobie obiecywać – ‚Dobra stary, jeszcze jedno, ale jutro na 100% jedziemy zobaczyć pandy‘. To nigdy nie było jedno.

Tak czy inaczej siedząc w kawiarni pisałem w spokoju posta, a gdy dochodziła 20.30 poszedłem na umówione miejsce i z Tomkiem pojechaliśmy do jego znajomego Japończyka na kolację.

image

polska gora

Oczywiście nie wypadało, żebyśmy pojawiali się z pustymi rękoma, więc zaszlismy do sklepu, gdzie nie tylko sprzedali nam piwo po promocyjnej cenie, ale i również obsłużono bez kolejki. Czemu? Bo jesteśmy lałolaje, czyli obcokrajowcy, a Ci mają w Chinach naprawdę klawe życie. O tym też będzie później.

image

U Okinawy(nazywał się inaczej, ale zapamiętałem go tak) posiedzielismy godzinę i pogadalismy trochę o stosunkach chińsko-japoniskich, trochę o reinkadnacji(jak fajnie byłoby być panda z Chengdu), aż w końcu wyszliśmy do klubu. I żałowałem, że nie wziąłem aparatu, bo płakałem ze śmiechu.

Generalnie jest tak, że w typowo chińskich klubach, jeśli przyjdzie 5 lałolajow, to dostają darmowy stolik i wódkę, bo jeśli biali są w klubie, to znaczy, ż klub jest dobry. Natomiast sama impreza zakrawa o komizm.

Parkietu praktycznie nie ma, a jeśli jest, to tańczą na nim tylko dziewczyny, którym się za to płaci. Muzuka jest turbo głośna i leci mix zachodniochiński. Wszyscy faceci siedzą, piją na umór i pala fajkę za fajka, a dziewczyny z nosami w telefonach. O ile w zachowaniu facetów nie ma czego analizować, to zachowanie dziewczyn jest ciekawe. Otóż w Chinach istnieje aplikacja na telefon, która pozwala zrobićze swojego numeru ‚wizytówkę’, która każdy będzie mógł zobaczyć. Korzystając z opcji ‘look around’, dziewczyny mogą zobaczyć ‚wizytówkę’ ze zdjęciami każdego faceta w klubie, bez ruszania się z miejsca. Jak ktoś komuś podpasuje, to dopiero wtedy się do niego pisze i ewentualnie idzie na drinka. Taki chiński podryw. Ale nie to jest najsmieszniejsze.

Najsmieszniejszy jest ‚show’. Chińczycy uwielbiają szeroko pojęte ‚Show’, więco równo o północy, parkiet unosi się do góry, a na scene wkracza murzyn, ubrany w tradycyjne, świecące chińskie chiuchy i zaczyna rapowac po chińsku. W tak zwanym międzyczasie, po podeście, w jedną i drugą stronę wędrują Rosjanki i Roajanie ubrani w coś przeokrutnie kiczowatego. Pięć minut przedstawienia, wielkie fajerwerkowe bum i koniec , a ludzie powoli rozchodzą się do domów.

Gdy wychodzilismy z klubu, klasycznie włączyło się nam gastro, więc zaszlismy jeszcze do jednej z ulubionych knajp Tomka na kilkanaście szaszlykow z mięsem, tofu i korzeniem lotosu.

image

image

W domu byliśmy chwilę po pierwszej, więc wzięliśmy jeszcze po piwie i podskoczylismy na dach budynku, żeby w spokoju pogadać i o drugiej już spalismy.

Strony
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17

Dodaj komentarz