Chiny autostopem 13

Minęło blisko trzy tygodnie od ostatniego spotkania z dziećmi, więc chciałem w końcu jakieś zorganizować.

Gdy tylko wstalismy, zaczęliśmy z Tomkiem przeszukiwać sieć w poszukiwaniu domów dziecka w Chengdu. Zależało mi na tym mieście ponieważ, w jednym z filmów, które oglądałem, to właśnie Chengdu jawiło się jako jedno z najgorszych miejsc. Na filmie przedstawione były wychudzone, przywiązane do krzeseł, dzieci. Komentarz jednoznacznie wskazywał, że jest to efekt ‚polityki jednego dziecka’ i braku wystarczających nakładów na pomoc dla nich.

Po kilkudzesieciu minutach szperania w internecie znaleźliśmy jedno ciekawe miejsce o wdziecznej nazwie ‘Save the children’. Nie zastanawiając się wiele, wskoczylismy na skuter i ruszyliśmy na drugi koniec miasta.
image
image

Po blisko godzinnej jeździe trafiliśmy pod bramę główną, gdzie zatrzymał nas strażnik. Tomek wytłumaczył mu po krótce co tu robimy, ale okazalo się, że było chwilę po 12, więc wszyscy wyszli na godzinną przerwę. Nie mając nic do roboty, podjechalismy do pobliskiej herbarciarni, gdzie po prostu siedzieliśmy, piliśmy przepyszna herbatę jasminowa i rozmawialiśmy.
image
image

Gdy wybiła 13, zadzwoniliśmy do szefowej ośrodka i zapytaliśmy czy była by nam w stanie poświęcić chwilę. Zgodziła się, więc po kolejnych 5 minutach byliśmy już pod bramą ponownie witając się ze strażnikiem.

Samo miejsce przypominało ośrodek wypoczynkowy. Budynki z pobielanymi ścianami, drewniane podesty przed każdym wejściem i  czerwone dachy, ktore wyróżniały się na tle szarej okolicy.

W pierwszej kolejności skierowaliśmy się do biura i już wtedy coś mi nie pasowało. Wszystko wymuskane, świecące i błyszczące.Myślałem, że może to po prostu miejsce, gdzie nadzoruja pracę wolontariuszy w poszczególnych placówkach, ale prawda była kompletnie inna.

Po 5 minutach czekania, przyszla do nas, ubrana w szary żakiet,  szefowa ośrodka. Przedstawiłem jej swój projekt, pokazałem pocztówki i wytłumaczyłem jaki jest mój cel. Przez cały czas gdy mówiłem nie odzywała się ani słowem, a gdy skończyłem powiedziała tylko kilka zdań, które można streścić następująco:
‚Bardzo ciekawy projekt, ale nietrafiony. Nasz rząd dba o wszystkie dzieci. Nie trzeba im żadnego kontaktu z innymi ludźmi, ponieważ nasze dzieci mają sponsorów, do których raz w miesiącu piszą listy. Dodatkowo wszystkie nasze dzieci są zdrowe, chodzą do normalnych szkół i nie potrzebują żadnej pomocy, bo nasz rząd zapewnia wszystko’
Następnie spytała czy to wszystko, wstała i poszła. Zdezorientowani spojrzeliśmy na siebie z Tomkiem i po dopiero po chwili dotarło do nas, że zostaliśmy spławieni. Wyszliśmy na zewnątrz i ustaliliśmy, że wracamy do domu szukać dalej i dzwonić po znajomych Tomka w celu znalezienia jakiegoś innego miejsca.

W domu zaczęliśmy intensywnie szukać, ale dopiero po jakimś czasie ustaliliśmy, że po angielsku nic nie znajdziemy. Tomek wziął się za wszukiwanie po chińsku, ale chińska cenzura zrobiła swoje i sprawiała, że widzieliśmy tylko wcześniej wyszukane miejsca. Druga sprawa, że domy dziecka raczej nie mają swoich stron, ale nie mogliśmy znaleźć nawet listy placówek tego typu. Nic. Zero.

W pewnym momencie Tomek przypomniał sobie, że ma znajomą Chinke, która zajmuje się nadzorowaniem adopcji dzieci z domów dziecka. Zadzwonił do niej i wyszło na jaw parę rzeczy.

Po pierwsze takie miejsca istnieją, ale dostęp do nich jest ściśle kontrolowany. Nawet ona, jako Chinka zajmująca się adopcja, w momencie wybierania dzieci do adopcji, mogła wejść tylko do jednego pomieszczenia, gdzie znajdowały się wybrane przez pracowników dzieci. Pozostałe pomieszczenia były dla niej zamknięte. Okazało się, że ma namiary na jedno z takich miejsc, ale jeśli by nam je podała, to nie tylko my byśmy mieli problemy, że się tam pojawilismy, ale rownież ona, że nam je podała.

W tym momencie spasowalismy. Postanowiliśmy, że skoro domy dziecka są otoczne prawdziwym Murem Chińskim, to po prostu znajdziemy szkołę, gdzie uczą się biedne dzieci dzieci. Ale póki co postanowiliśmy spróbować jeszcze popytać na spotkaniu Couchsurfingowym, które miało odbyć się wieczorem.
image
Tomek miał zajecia od 17.30 do 19, więc poszliśmy coś zjeść, a później po prostu spędziłem czas pisząc bloga. Gdy wrócił ruszyliśmy prosto do Terrance‘a, Amerykanina mieszkajacego od kilku lat w Chengdu.

Na miejscu okazało się, że oprócz nas, jest tam blisko 30 osób. Wszyscy za wyjątkiem mnie, żyli i mieszkali w Chinach od co najmniej kilku miesięcy. Szwedzi, Amerykanie, Niemcy, Żydzi, Chińczycy i ja. Młodzi ludzie z całego świata, rozmawiający i dobrze się bawiacy, a nie walczący. Coś pięknego.

Największe nadzieję w spotkaniu kogoś kto może pomóc przy projekcie Postcards from Europe pokładałem w gospodarzu spotkania. Terrance, bo tak się nazywał, ma 27 lat a na koncie już wyleczonego raka i napisaną książkę. Po krótkiej rozmowie stwierdził, że mistrzowski projekt i popyta znajomych, a jutro da nam znać co i jak.
image

Po spotkaniu pojechaliśmy jeszcze zjeść przepyszne pierogi serwowane na środku skrzyzowania i grzecznie wróciliśmy do domu.

Strony
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17

Dodaj komentarz