Chiny autostopem 18

Spało się paskudnie, bo mój współlokator z Malezji oglądał film do 4, a później nie dość, że potężnie chrapal, to jeszcze nie wyłączył światła. O rano 7 czułem się jak zombie, a wyglądałem pewnie jeszcze gorzej.

Plusem opuszczenia hostelu o tej porze była kompletna pustka na ulicach, rzeskie powietrze i możliwość obserwowania porannego zamieszania na bazarze

image

image

image

image

Z miasta wydostawalem się jak zwykle na swój sposób, czyli pytałem o autobusy w moim kierunku, a jak nikt nie wiedział, to wsiadalem do każdego i jechałem nim jak najdalej. Gdy kończyły się przystanki, to szedlem przed siebie. W tej podróży już się tyle nachodziłem, że zaczynam się męczyć dopiero po 6 kilometrze z 30kg na plecach. Dokładnie równo po godzinie marszu, wyciągnąłem kciuk i zatrzymało się już trzecie auto.

Zabrał mnie Francuz, który w Chinach mieszka od 3 lat i jest przewodnikiem górskim. I to nie byle jakich wycieczek. Osoby, które zdecydują się na trekking z nim, maja codziennie zapewniony gorący prysznic, posiłki, łóżka i masaż. Wycieczka może być zorganizowana dla maksymalnie 8 osób i obsługuje ją 16 Tybetańczyków, 40 koni i wspomniany wcześniej Francuz. Ile kosztuje taka zabawa? 1500€ za 4 dni.

image

Na stopa chciałem tego dnia dojechać przynajmniej za Kunming, ale tak się złożyło, że coś ciężko się łapało i było dużo chodzenia.

Kolejne auto wyrzuciło mnie w centrum miasta, więc musiałem drałowac przez kolejne 6km. Po drodze uświadomiłem sobie, że nie wspominałem Wam o czymś co się nazywa ‚Czinglisz’ i nieustannie wywoływało na mojej twarzy usmiech. Nie wiem jak Chińczycy, to robią, ale niektórych tłumaczeń niepowstydzilby się nawet Google Translator

image

image

image

image

Gdy w końcu udało mi się wydostać z miasta złapałem kolejne auto z przesmiesznym psem, który nie mógł przestać gryźć mnie w rękę, a gdy w końcu przestał, to tylko po to, żeby zostawić to co zjadł wczoraj, za siedzeniem kierowcy.

image

Jego właściciele byli miła parka, która wprawdzie nie znała ani słowa po angielsku, ale dzielnie sobie radzilismy rozmawiając przy pomocy słowników w telefonach

image

Oprócz tego, w połowie trasy, zaprosili mnie na klasyczny, blisko dwugodzinny obiad, na który była serwowana ryba. Pierwszy raz jadłem w Chinach rybę, więc nie specjalnie wiedziałem jak sobie z nią poradzić. Po chwili obserwowania innych po prostu zacząłem tak jak oni wszystko wypluwac pod stół.

image

image

image

Po zmroku dotarliśmy przed Kunming i gdy chciałem wysiąść w poszukiwaniu noclegu przy autostradzie, zaczęły się problemy. Oczywiście uważali to za niebezpieczny pomysł, więc musiałem im sklamać, że będę łapał dalej, do kolejnego miasta. Dopiero wtedy mnie wypuścili z auta.

Idealne miejsce na nocleg znalazłem między rozjazdami autostrady i po szybkiej toalecie zasnąłem.

Dzień 58

O 7 byłem na nogach i miałem mocne postanowienie dojechania na granicę, od której dzieliło mnie 500km. Zanim spakowałem namiot, zrobiłem jego zdjęcie i ruszyłem dalej.

image

Typowy dzień w trasie. Najpierw krótki odcinek 60km do skrzyżowania autostrad, później blisko 40 minut łapania i kolejny transport z mowiacymi po angielsku chłopakami plus zaproszenie na posiłek. Na obiad kurczak z peperonii, tufu z czymś zielonym i coś zielonego z chilii. Jeszcze kilka takich trafnych opisów jedenia, a zostanę blogerem kulinarnym:D

image

image

image

image

Później znowu 30 min stania, aż w końcu zabrało mnie terenowe auto, które jechało na skrzyżowanie ostatniej prostej na granicę. Pech jednak chciał, że była paskudna ulewa, więc postanowiłem ich poprosić, żeby mnie wysadzili 2 km przed zjazdem na stacji, gdzie przeczekałem deszcz. Dalej, to już komizm.

image

image

Idę z tabliczka, na której miałem napisane ‚Granica’, ale jakimś cudem pierwszy koles myślał, że to nazwa miasta na północy Chin i uparcie mi je pokazywał na mapie i kazał zawracać, a druga ekipa jeszcze lepsza. Mimo tego, że im tłumaczyłem, że ich miasto jest w kompletnie odwrotnym kierunku, to chcieli mnie wziąć i zawieźć na granicę. Dopiero po 10km zorientowali się, że rzeczywiście miałem rację, więc przeprosili i wysadzili.

Sciemnialo się i już byłem niemal pewny, że na granicę nie dojade. Dodatkowo wraz z ostatnimi 500km kompletnie zmienił się  krajobraz. Łagodne pagórki zastapiy duże wzgórza, a pola uprawne zamieniły się w dżunglę. Pierwszy raz w swoim życiu widziałem prawdziwą dżunglę i naprawdę robi wrażenie. Dosłownie sciana zieleni. Drzewa i zwisajace z nich pałaki innych roslin niemal łączą się z wysokimi krzewami, tworząc przeszkodę nie do przejścia.

image

Wprawdzie złapałem stopa, który podwiozł mnie do ostatniego miasta przed granicą, ale w trakcie jazdy obleciał mnie strach. Prawdziwy strach. Patrząc za okno, widziałem te ciemne wzgórza, na które powoli opadały chmury sprawiając i nagle sobie uświadomiłem, że jestem sam. Blisko 20 tys. km od domu, bez żadnego wsparcia na miejscu i zdany tylko na siebie. Dotarło do mnie, że wjezdzam do kraju, w którym istnieje ryzyko malarii, a lepsze szpitale znajdę dopiero w Tajlandii. Jeśli cokolwiek się stanie, to będę miał przechlapane. Bałem się, ale jednocześnie wiedziałem, że dopiero teraz rozpoczyna się prawdziwy sprawdzian samodzielności i odwagi. Zacisnąłem zęby, odmówiłem kilka dziesiątek różańca, poprosiłem Anioła Stróża, żeby wszedł na wyższy level i zaciskajac kciuk powiedziałem sobie tylko ‚Skokowski, weź się ogarnij i pokaż, że Polak potrafi’. Amen.

image

 

Jakby na uczczenie tego co sobie powiedziałem moi towarzysze zaprosili mnie na kolacje, po której trafilem do najtańszego hostelu w mieście, a tam zrobiłem ostatnie ładowanie i pranie przed Laosem. Do granicy zostało 8km.

image

Strony
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17

1 komentarz dodany:

  1. Czytam tego bloga i czytam… .
    Myślę, że chyba nie istniejesz :-)
    Tak, gdyby nie zdjęcia miałbym pełne prawo tak myśleć.
    A tak to jedynie myślę, że jesteś naprawdę odważnym człowiekiem.
    Masz odwage nie bac się codziennych trudów i odwagę do realizowania marzeń.
    - Życzę Ci wiele szczęścia!
    maciej*

Dodaj komentarz