Chiny autostopem 3

4 godziny sny w pozycji pół siedzącej-pół leżącej, dały mi się we znaki i gdy o 8 rano ruszyliśmy dalej czułem się jak wrak. Na domiar złego, spałem w soczewkach, które nie są stworzone po to, żeby w nich zasypiać, więc po kilku godzinach zaczęły mnie uwierać.

image

Tak czy inaczej, z moim kierowcą ujechałem kolejne 300km i się pożegnaliśmy 150km przed Turfanem. Tam złapałem jednego stopa z mlodymi chinczykami, którego w znacznej mierze przespałem, Tira przez pustynie, aż w końcu autobus z wycieczką.

image

image

image

Po co jechałem do Turfanu? Do dzisiaj nie wiem, ale każdy kogo spotkałem w Kashgarze polecał mi je. Ogólnie rzecz biorąc jest to miasto słynne z dwóch naj. Pierwsze, to największa depresja w Chinach( i druga na świecie), a drugie to rownież najgorętszy region, gdzie temperatury codzinnie przekraczają 40 stopni. Oprócz tego miasto słynie z winogron i arbuzów.

Atrakcje Turfanu były rozsiane po całej okolicy, ale miałem to szczęście, że wziął mnie na stopa autobus z wycieczką, która robiła sobie po nich objazdowkę. Na początku przewodniczka wycieczki powiedziała, że jeśli chcę, to mogę z nimi zwiedzić wszystko. Bardzo spodobała mi się ta opcja, ale gdy przyszło do płacenia, to się rozmyśliłem. Za 6 atrakcji 300 juanów, czyli nieco ponad 150zł. Powiedziałem, że to jest mój budżet na cały tydzień i mnie po ludzku nie stać. Cały autobus, dla którego miałem status maskotki, był tym faktem głęboko rozczarowany.

Okazało się, że pierwszym punktem zwiedzania były tak zwane ‚Płominenne góry’ znane z poematów chińskich i z tego, że wyglądają jakby płonęły (chociaż mi kompletnie tego nie przypominały). I teraz najlepsze. Na czym polega paradoks chińskiego zwiedzania? Otóż są to duże góry, jak najbardziej widoczne z drogi, ale nie zmienia to faktu, że chińczycy całe ogrodzili i zrobili z tego atrakcję turystyczną w wejściem za 10$. Co jest zawarte w cenie? Otóż za ogrodzeniem znajduje się ‚strefa biznes’, ‚wielbłądy’, ‚najlepsze miejsce do robienia zdjęć’, ‚ pomnik’, ‚przewodnicy’. Na oko rundka zajmuje mniej niż 5 min, ale i tak chińczycy siedzą tam 45 min.

image

Oczywiście jak na Polaka przystało, nie zapłaciłem, tylko po taniosci poszedłem za ogrodzenie i korzystając z opcji ‚zoom’ w aparacie, porobiłem zdjęcia.

Kolejnym punktem zwiedzania były winnice, położone na zboczach miasta. Tutaj wydałem 10$ na wejscie. Do tej pory były to najgorzej wydane pieniądze w Chiach. Wmawiam sobie, że każdy musi wydać czasami pieniądze na głupotę, żeby wiedzieć jak ich w przyszłości unikać.

Winnica okazała się być tragiczna i zrobiona pod turystów. Winogrona wysoko i bez możliwości ich zrywania. Mnóstwo stoisk z tandeta i sokiem z winogron, ale oczywiście ekstra płatnym. Jeśli dodamy do tego masę chińczyków przepychajacych się z parasolami, plujacych i robiących mnóstwo zdjęć na zasadzie ‚ja i krzak’ , ‚ja i drzewo’ powstaje nam coś co nazywam typowym chińskim zwiedzaniem.

image

image

image

image

image

Najsmieszniejszy był fakt, że po ‚zwiedzaniu’ winiarni pojechaliśmy do kolejnej tym razem ‚prawdziwej’. Na miejscu okazało się, że nie dość, że była za darmo, to jeszcze można było jeść do woli arbuzow i winogron.

image

image

Z autosbusem pożegnałem się po południu i z zamiarem zjedzenia mięsnego obiadu na bazarze, ruszyłem na miasto. Idąc przez centrum przyciągałem uwagę. Dorośli machali, dzieci podbiegaly uscisnać rękę, a ja szedłem uśmiechnięty i odpowiadałem każdemu.

image

image

Przeszedłem się na ostatni w mojej podróży, typowy bazar i po kilkudziesięciu minutach błądzenia w końcu znalazłem moje ukochane ciasto z mięsem. Odpoczywajac po ponad godzinie chodzenia z ciężkim plecakiem po mieście, w popołudniowym słońcu, wyciągnąłem lusterko, żeby zobaczyć jak wygląda oko.
Gdy tylko zerknałem w odbicie wiedziałem, że z noclegu pod namiotem nici, bo potrzebuję czystego miejsca, żeby ogarnąć całe zaczerwienione oko. Otworzyłem przewodnik i na szczęście niedaleko był tani hostel, więc skierowałem się tam i zaklinałem się, że to mój ostatni nocleg, za który płace.

image

image

image

image

image

image

Dzień 34 opiszę, a raczej o nim tylko wspomnę, bo był nudny. Wybitnie nudny. Wstałem z samego rana, żeby się wydostać z miasta zanim rozpocznie się slynny upał. Na mapie miałem do przejścia 6km, więc godzinka mocnym tempem, ale jakimś cudem udało mi się zatrzymać riksze, która za darmo wywiozła mnie za miasto. Stamtąd do Jiuquanu dojechałem na dwa stopy. Pierwszym był starszy jegomość, który bił rekordy w powolej jeździe, a drugim TIR z dwoma kierowcami. Podczas gdy jeden prowadził, drugi spał, więc zero rozmów, tylko słuchawki na uszach i jazda przed siebie. Tyle. Zero przygód, atrakcji, ciekawostek. Tylko pustynia. Ale to był już ostatni raz kiedy byłem zmuszony jechać cały dzień. Dopiero jutro zacznąsię prawdziwe Chiny!:)

image

image

Strony
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17

Dodaj komentarz