Chiny autostopem 5

Nie obudziło mnie ani słońce, ani deszcz, ani nawet trabienie samochodów na pobliskiej drodze. Obudziły mnie fajerwerki. Blady świt, a ktoś z niedalekiego gospodarstwa odpalił sobie peterdy.
‚Chiny…’ – westchnąłem i powoli zacząłem się pakować.

Po miesiącu podróży robię to już niemal automatycznie. Najpierw wyciagam polar z worka na śpiwór, który służył mi za poduszkę. Następnie do worka chowam śpiwór, do plecaka nóż i latarki, zwijam karimate, myje zęby i wszystko skladam. Na koniec zawsze siadam na plecaku, otwieram przewodnik i upewniam się gdzie i co muszę zobaczyć czy zrobić.

Dzisiaj chciałem zobaczyć wielkiego śpiącego Budde, ‚Tęczowe skały‚, a skończyć w ‚Mati Si’ – świątyni buddystów. Ale nie do końca mi wyszło.

Na początek musiałem się dostać do miasta, gdzie znajdowała się świątynia z Wielkim Budda. Trafiłem tam bez większych problemów, ale cmoknałem klamke. Nie wiedzieć czemu muzeum było zamkniete. Rozczarowany poszedłem do pobliskiej kafejki internetowej, żeby sprawdzić gdzie się znajdują słynne ‚Tęczowe skały’, ale i tam trafiłem na przeszkodę. Kierownik poprosił mnie o dokumenty, więc podałem mu paszport. Niestety, akceptował jedynie chińskie dowody osobiste. Dlaczego? Otóż w Chinach ludzie sa naprawdę dość mocno kontrolowani, a zwłaszcza gdy mówimy o Internecie. W kafejce potrzebują Twojego dowodu, żeby w razie czego partia wiedziała jakie hasła wyszukujesz. Ale o tym jeszcze będę pisał później.

image

Druga porażka jednego dnia, to zdecydowanie dużo, wiec nie poddając się, zacząłem szukać dalej i po kilkunastu minutach chodzenia po okolicy, znalazłem pracownie graficzną, gdzie właściciele pozwolili mi skorzystać z komputera.

Szukając informacji o ‚Tęczowych Skałach’ znalazłem mnóstwo źródeł, ale niektóre wzajemnie się wykluczaly, więc nie miałem pojęcia gdzie jechać. Pytałem również pracowników pracowni, ale i oni pokazywali mi skrajnie różne miejsca. Została mi już ostatnia opcja w postaci ‚Mati Si’.

Podszedłem kawałek na bazar gdzie kupiłem melona, a później wydostałem się z miasta autobusem. Po 5 minutach łapania stopa na wylotówce, miałem transport aż do samych świątyń.

image

image

Dopiero na miejscu uświadomiłem sobie, że dosłownie nic nie wiem o Buddyzmie. Mój przewodnik wyszedł z założenia, że jest to oczywiste i słowem nie wspominał o wierze,tradycjach, zwyczajach czy historii. Moja niewiedza sprawiła, że byłem typowym turysta, który robi zdjecia, w większości przypadków nie mając pojęcia co fotografuje. W myślach obiecałem sobie poprawę.

image

image

image

image

image

Gdy już zobaczyłem wszystko co było do zobaczenia, znowu usiadłem na plecaku i zastanawiałem się gdzie dalej. Miałem kilka opcji, ale najsensowniejsza okazał się być klasztor Xiache, który zaraz po pałacu w Lhasie, jest drugim najważniejszym miejscem dla Buddystów.‚Brzmi jak dobre miejsce dla ignoranta ciężkiego kalibru’ – pomyślałem, uśmiechając się sam do siebie, na myśl o ilości pytań, którymi zasypie mieszkających tam mnichów.

Z Mati Si ciężko było się wydostać, bo jest położone w górach i tak naprawdę jedyne auta, które tam jeżdżą, to turyści, których i tak nie ma tutaj za wielu. Szedłem więc przed siebie, nie marudzac tylko się ciesząc, że mam z górki, a nie pod górkę. Grunt, to w każdej sytuacji cieszyć się z pozytywów. Nawet tych najmniejszych.

image

Po 30 minutach marszu, zabrała mnie rodzinka, która uparła się, że muszę z nimi wrócić do miasta, bo inaczej nie trafie na trasę. Generalnie nie chciało mi się spierać, bo rzeczywiście była to jedna z opcji, ale niestety musiałem jeszcze raz robić tą samą trasę, czego nie lubię.

Nie mniej jednak byłem świadkiem ciekawego zjawiska. Otóż w każdej wiosce, przez która przejeżdżałem, mieszkańcy specjalnie wyrzucali na ulicę zboze, żeby kierowcy po nim jeździli.

image

Na sam koniec wyglądało to mniej więcej tak, ale konia z rzędem temu co mi dokladnie opisze co to za metoda.

image

Gdy dotarłem do miasta, znowu musiałem drałować godzinę na piechotę, żeby się wydostać na wylotowke. ‚Kto nie ma w portfelu ten musi mieć w nogach’.

W końcu się udało, ale przed jazdą postanowiłem coś zjeść. Wszedłem do małej knajpy przy drodze i wzbudzając dużą sensację, usiadłem przy stoliku. Cała rodzina prowadząca interes, przyszła i stała nade mną czekając na mój wybór z menu. Nie miałem pojęcia co jest napisane na karcie, więc po prostu zdałem się na mój szczęśliwy palec i losowałem w najniższym przedziale cenowym. To był mój pierwszy raz, gdy poszedłem do knajpy w Chinach coś zjeść i dzisiaj nie rozumiem, czemu wtedy tak bardzo sie bałem. Patrzyłem na menu i wyobrażałem sobie, że na pewno połowa z tego to gotowane psy lub smażone koty i ewentualnie ryż. Na szczęście trafiłem na smaczne warzywa z mięsem.

image

Gdy już się najadłem, stanąłem na trasie i łapałem. Minęło 20 min zanim się w końcu coś zatrzymało, ale gdy wsiadłem do dużej, terenowej hondy, wiedziałem, że będzie ciekawie. Mój kierowca był strasznym gaduła i mimo jego podstawowej znajomości języka angielskiego, całkiem nieźle się dogadywalismy.

image

Zaprosił mnie na kolację, podczas której zapytał gdzie śpię. Jak mu wytłumaczyłem, że w namiocie, to zrobił wielkie oczy i zaczął mnie uświadamiać jak zimno i niebezpiecznie jest w nocy w Chinach. Następnie zaczął mnie namawiać, żebym się zatrzymał w hotelu. Cierpliwie mu tłumaczylem, że po pierwsze, nie stać mnie, a po drugie, wcale nie jest niebezpieczne. Dopiero po 5 minutach tlumaczenia sobie różnych rzeczy nawzajem, dotarło do mnie, że facet próbuje mi wytłumaczyć, że ma własny hotel.

image

image

Gdy w końcu, ku jego radości, zgodziłem się, pojechaliśmy do hotelu, gdzie dal mi klucz od pokoju i poprosił, żebym dal znać jak będę wyjeżdżał, to mnie zawiezie do kolejnego miasta. Byłem wniebowziety. Kładlem się spać wykapany, do czystego, wygodnego łóżka i ze świadomością, że jutro mam transport dalej, a to wszystko za darmo.

image

Strony
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17

1 komentarz dodany:

  1. Z tym zbożem na drogach to taka sprawa, że kiedyś w chinach do 2002 roku albo coś koło tego nie było zbyt dużo samochodów a drogi były i rolnicy młócili na nich zboże bo i równo i twarda powierzchnia. Po jakimś czasie zaczęto szerzej korzystać z samochodów i rolnicy się wycwanili, że wysypywali wszystko na drogę i kierowcy samochodami młócili zboże, znaczy się przejeżdżali po nim. Ot tak po krótce :) BTW. świetny blog :)

Dodaj komentarz