Chiny autostopem 6

Czułem się nieswojo schodziącn rano do recepcji. Miałem niełatwe zadanie wytłumaczenia pracującej tam dziewczynie, żeby zadzwoniła po swojego szefa. Już na wstępie zrobiła wielkie oczy, bo zobaczyła obcokrajowca, ktorych tutaj praktycznie nie ma. A jak jeszcze z pomocą Google Translate zacząłem jej tłumaczyc, ze chce zeby przyszedl tu jej szef, to myslałem, ze dziewczyna zacznie uciekac.

W koncu jednak sie dogadaliśmy i po 15 minutach siedziałem już w aucie gotowy do dalszej drogi. Plan jak był prosty – przejechac co najmniej 500km, zeby rano byc w klasztorze w Xiache. Ruszyliśmy o 8 rano, więc byłem optyistycznie nastawiony, ale jak zwykle wyszło inaczej.

Byc może i by sie udało pokonac 250km dzielace mnie od Xiningu dośc szybko, gdyby nie to, że własciciel hotelu i mój kierowca jednoczeście, chciał mi wszędzie robic zdjęcia i ciągle mnie karmic.

Ledwo ruszyliśmy, a już się zatrzymaliśmy na śniadanie i tutaj pierwsza z wielu kulinarnych ciekawostek. Otóz w Chinach na „Dzień dobry” je sie to samo co na obiad czy kolację. Tłusto, ciepło i ostro. Akurat tego dnia miałem szczęscie i się po prostu załapałem na „Bałdze”, które smakują trochę jak gruzińskie „Hinkali” oraz dziwną zupę z orzechami, ryżem i sezamem.
image

Dopiero wtedy ruszyliśmy i pomijając przerwy na zdjęcia, to zatrzymaliśmy się jeszcze na szaszłykach (18sztuk na głowę) i pieczonych ziemniakach (po 2 na głowę). Ale najgorsze miało dopiero nadejśc.
image
image
image
image
image

Do Xiningu dojechaliśmy o 1 po południu i nalegałem, żeby mnie wysadzil na bramkach,ale mój kierowca uparł się, żeby zabrac mnie jeszcze na obiad.  Mój żołądek aż stęknął z rozpaczy. Akompaniował mu poluźniony do granic możliwości pasek i biodrówka.
image
image
image

Tym razem zamiast przydrożnej knajpy podjechaliśmy do wypasionej restauracji i tam pierwszy raz od dłuższego czasu poczułem się jak menel. Zarośnięty, przepocony T-shirt i poplamione spodnie, a wszyscy dookoła w koszulach i garniturach. Z drugiej strony gdy się rozejrzałem, to widziałem tylko zaciekawione uśmiechy.

Gdy już siedzieliśmy przy stole, podeszła kelnerka i wręczyła menu. Mało co nie podskoczyłem z radości. „Po angielsku! I są obrazki! W końcu będę wiedział co jem!”.

Z grzeczności wybrałem sobie danie w niższym przedziale cenowym, ale facet tylko na mnie spojrzał i się roześmiał, a następnie zaczął żywo dyskutowa z kelnerką i pokazywac jej coś w karcie. Nie rozumiałem kompletnie nic, więc po prostu siedziałem modląc się, żebym nie dostał do jedzenia psa.

W końcu przyszło pierwsze danie. Potężna ryba. Poważnie potężna. Zajmowała jedną trzecia stołu. Gdy zaczeliśmy jeść, na stole zaczęły lądować kolejne dania. Wieprzowina z warzywami, kurczak z warzywami, ryz, rosół, sałatki, piwo. Zaczeło brakowac miejsca, a ja patrzę i płaczę, bo wszystko przepyszne, a po ludzku juz wiecej nie byłem w stanie zmiescic. Jedzenia wystarczyłoby i dla 4 głodnych studentów. I tutaj kolejna ciekawostka. Otóż w Chinach nigdy nie zamawia się jedzenia dla siebie, tylko zawsze na spółę z innymi. Druga ciekawostka, to z dobrym jedzeniem chińskim jest jak z dobrym kebabem – piecze co najmniej dwa razy.
image
image

Gdy już w końcu „zjedliśmy” (tutaj bardziej pasuje słowo „poskubaliśmy”) poprosiłem go, żeby wyrzucił mnie na bramki na autostradę. Wtedy zaczeły się problemy. Otóż nie mogłem mu wytłumaczyc, że łapanie przy wjezdzie na autostrade jest proste i bezpieczne. Uważał, ze na 100% tam ktos mnie potrąci i to nielegalne. Jasne, byłem gotowy po prostu sie tam przejsc, ale mój kierowca miał za punkt honoru mnie odstawic, wiec zadzwonil do znajomego, ktory jechal 50km w moim kierunku i ten mnie zgarnal. Czekalismy na niego 1,5h, wiec juz powoli zblizala sie 17 po południu i mój dojazd  do klasztoru wieczorem stawał sie coraz mniej prawdopodobny.
image

W końcu jednak wyskoczyłem na autostradę i zaczałem kombinowac, że lepiej jak pojadę skrótem. I to był kolejny błąd. Straciłem godzinę na zjazd do miasta, w ktorym okazało sie, że Google Maps kłamie i nie ma mostu nad rzeką, więc i tak muszę jechac na około. O 22 udało sie dotrzec do miasta Lanzhou, w ktorym autobusem podjechalem na drugi koniec i pieszo szedlem w kierunku wylotowki. Byla juz 1 w nocy, ale mialem szczescie, bo znaczna częśc drogi przez miasto, podwiózł mnie chłopak na motorze. Zatrzymał się z ciekawości i z dobrego serca pomógł mimo, że normalnie się płaci za mototaxi.
image

Łapiąc w kompletnych ciemnościach, zaczałem sie poważnie zastanawiac, czy jest jeszcze sens łapac, ale odblaskowa kamizelka zrobila swoje. Świecąc jak żarówka, po 20 minutach jechałem w strone Linxi, ostatniego wiekszego miast,a przed górskim klasztorem mnichów tybetańskich.

Strony
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17

Dodaj komentarz