widok z dziobu
23 stycznia 2015

Hollywoodzki Happy End

Nieco podłamany późnym popołudniem wróciłem do mieszkania Kai, gdzie zdałem jej sprawozdanie.

- Nie martw się, jak coś to przecież święta możesz spędzić tutaj – powiedziała pocieszająco

Jednak perspektywa spędzenia świąt na Wyspach Kanaryjskich niezbyt mnie przekonywała. Po pierwsze za blisko domu i za bardzo by mnie ciągnęło, żeby jednak spędzić je z rodzinką. Po drugie, dodatkowe trzy tygodnie tutaj, to trzy tygodnie mniej w Ameryce Południowej, a koniec końców też mam ograniczony czas i miesiąc zdecydowanie robi różnice.

Podjąłem decyzję, że jutro pojadę jeszcze pomóc Amerykanom, ale pojutrze, gdy wypłyną zabiorę się za poszukiwania kolejnego jachtu. Aby sobie jakoś osłodzić rozczarowanie, kupiłem dwa kilo owoców i przygotowałem dla siebie i dla Kai olbrzymią porcję naleśników z owocami i czekoladą.

Następnego dnia z rana śmignąłem stopem do San Miguel i od samego rana pomagałem Mattowi i Dale’owi w przygotowaniu łódki. A to wymiana elementów oształowania, a to czyszczenie części silnika i generatora, aż na końcu rozwinięcie i sprawdzenie stanu żagli. Nigdy żadnej z tych rzeczy nie robiłem, więc byłem szczęśliwy, że do żeglarskiego CV mogę wpisać nowe rzeczy.

Całość zajęła nam blisko pięć godzin, a gdy skończyliśmy, poszedłem jeszcze ostatni raz połowić ryby z Henry’m. Dopiero wtedy, po czterech dniach próbowania udało nam się w końcu złapać pierwszą rybę. Niedużą, bo niedużą, ale okrzyk radości młodego było chyba w całej marinie słychać. Gdy stwierdziłem, że misja łowienia ryb na chleb zakończyła się sukcesem, wróciliśmy na łódkę. Matt zarządził, że chcą wypłynąć jutro około południa, a że nie byłem pewny, czy dojadę przed ich wypłynięciem, to pożegnałem się tak, jakbym ich widział ostatni raz.

Idąc w kierunku wylotówki zacząłem sobie myśleć, że w sumie szkoda, że wypływają. Już nawet nie dlatego, że nie mogą mnie wziąć, ale dlatego, że naprawdę ich polubiłem.

Gdy tylko znalazłem się na fragmencie prostej drogi z poboczem, wyciągnąłem kciuk i zatrzymałem pierwsze auto, które nadjechało. I znowu – rodzina z mariny, która właśnie wróciła z regat i płyną w kierunku Karaibów.

„No way” – pomyślałem i znowu – zacząłem się przedstawiać starając się, żeby nie wypaść na nachalnego dupka. Wprawdzie jechaliśmy razem jedynie dziesięć minut, ale to wystarczyło, żeby się dowiedzieć, że jest ich jedynie trójka i żona kapitana ma jakąś operację w Santa Cruz, a jak wszystko będzie okej, to planują przekroczyć Atlantyk. Stwierdziłem, że koniecznie muszę z nimi pogadać na spokojnie, więc tylko obiecałem, że jak będę w okolicy, to możemy wyskoczyć wspólnie na piwo.

Plan na piątek miałem jeden – pojechać do San Miguel ostatni raz i przepytać wszystkie łodzie, które w czwartkowy wieczór w końcu wróciły z regat i szczelnie zapełniły wszystkie keje oraz pogadać z niemiecką rodziną, którą poznałem wczoraj. Po raz chyba dwudziesty pokonałem trasę „Mieszkanie Kai – marina” i około południa byłem na miejscu. Nieco się zdziwiłem, bo „Nimbus”, łódka Amerykanów, wciąż stał w swoim stałym miejscu. Nie myśląc wiele poszedłem się przywitać

- Hej Matt! Coś się stało, że jeszcze nie wypłynęliście? – zapytałem z ciekawością patrząc, że wykręca jedno z mocowań want.

- Hej Pasha! Tak, wczoraj wieczorem dowiedziałem się gdzie mogę kupić nowe mocowania, więc jeszcze dzisiaj je wymienię i ruszymy dopiero jutro. – odpowiedział, a w między czasie z kokpitu wyskoczyli Henry i Avery.

- Pasha! Już myśleliśmy, że nie przyjdziesz! Idziemy łowić ryby?! Wczoraj koło falochronu widziałem taaaaką wielką – powiedział Henry jednocześnie wizualizując mi rozmiary ryby pokazując odległość od ziemi do pasa.

- Jasne, czemu nie.

Wprawdzie miałem poczucie, że muszę jak najszybciej zacząć pytać inne łodzie, bo mi ktoś odpłynie, ale stwierdziłem, że godzina łowienia ryb jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Zwłaszcza, że zaczynałem to coraz bardziej lubić. Człowiek sobie siedzi, patrzy na spławik, myśli, a jak spławik zniknie pod wodą, to znaczy, że coś złapało. Fakt, że póki co spławik znikł nam tylko raz, na kilka dni łowienia, ale siedzieć i myśleć było przyjemnie.

Gdy zaczęliśmy łowić w pobliskiej „lagunie” podszedł do nas starszy Anglik.

- Widzę, ze mamy tu młodych adeptów wędkarstwa – powiedział, a następnie przywitał się z nami.

Oczywiście rozmowa zaczęła się toczyć wokół tego co łowimy i na co, a gdy się zorientował, że jesteśmy kompletnie zieloni, wyciągnął swoje pudełko z glizdami.

- Jeśli zaczniecie z nich korzystać, to momentalnie zaczniecie łapać wszystko co pływa w okolicy – i mówiąc to zaczął nabijać na haczyk po pięć glizd naraz, jednocześnie tłumacząc zasady łowienia w marinie i nie oszukujmy się – jak łapać ryby. Lekcja okazała się na tyle przydatna, że jak tylko odszedł (zostawiając nas z pudełkiem, w którym kręciło się około stu kolorowych glizd), że Henry zaczął łowić jak szalony. W pierwszej godzinie siedzenia na marinie udało mu się wyciągnąć czternaście sztuk. Wprawdzie były za małe, żeby je jeść, ale zabawę miał przednią.

Nie byłem mu już potrzeby, więc oddałem go pod opiekę Matt’a i poszedłem się rozglądać za łodziami. Po chwili krążenia po kei zobaczyłem młodego Niemca, który był synem kapitana i z którym wczoraj jechałem. Poszedłem się przywitać.

- Hej Andrew! Co tam u Ciebie? Masz ochotę na piwo?

- W sumie właśnie o tym samym myślałem. – odpowiedział, zeskakując z łodzi i się ze mną witając.

Okazało się, że żona kapitana jest de facto jego macochą a operacja jest czymś poważniejszym i nie wiadomo, czy ze szpitala wyjdzie przed świętami. I tak jak mówili – gdy tylko wyjdzie ze szpitala, będą chcieli przekroczyć Atlantyk. Po chwili rozmowy dołączył do nas jeszcze jego starszy brat, który był tu akurat na urlopie i spędziliśmy popołudnie rozmawiać.

Braciaki

Braciaki

Gdy powoli zbliżał się zachód słońca wróciłem na Nimbusa i zauważyłem, że Molly właśnie wróciła z zakupów ze świeżymi owocami i warzywami. Tym samym wiedziałem, że teraz będę się z nimi żegnał już po raz ostatni.

Podszedłem do łodzi, chwilę pogadaliśmy i po pożegnaniu życzyłem ich pomyślnych wiatrów, a Henry’ emu złowienia co najmniej kilkukilogramowego tuńczyka na oceanie.

I znowu. Wracając do domu zastanawiałem się co dalej. Wprawdzie młody Niemiec był jak najbardziej w porządku, ale po pierwsze nie wiadomo było kiedy wypływa, a po drugie nie do końca była między nami ta sama nić porozumienia co między mną a Mattem i jego rodziną. Dodatkowo pojawiła się opcja przepłynięcia na Gran Canarie z Polakiem, który akurat zacumował w San Miguel i planował na dniach ruszyć. Na chłopski rozum na tej drugiej największej wyspie archipelagu miałem dużo większe szanse coś złapać. Większe mariny – niższe ceny – więcej łodzi

Kilka opcji, ale wszystkie miały wspólny mianownik – samotne święta, które chcąc nie chcąc, zbliżały się coraz większymi krokami.

Jak zwykle na Teneryfie autostop mnie nie zawiódł i już po godzinie byłem w mieszkaniu Kai, która akurat wychodziła do znajomej. Po raz kolejny zdałem jej sprawozdanie co i jak i postanowiłem, że następnego dnia jadę się rozejrzeć do Santa Cruz, a jak nie to znikam na Gran Canarię i nie będę jej więcej wisiał na głowie. Oczywiście zapewniła, że jeśli chcę, to mogę u niej zostać tak długo jak chcę, ale sam wiem, że jeśli ktoś siedzi Ci w domu przez ponad tydzień, to może zacząć być to męczące. Nawet jak gotuje naleśniki z owocami i czekoladą.

Gdy tylko wyszła, usiadłem na kanapie i wziąłem się za przygotowywanie filmu z jachtostopa na Wyspy Kanaryjskie oraz zacząłem przeglądać wiadomości. Po chwili przewijania setek mniej lub bardziej ważnych informacji, wyskoczyło mi powiadomienie o nowej wiadomości na Facebooku. Otwieram i ze zdziwieniem patrzę, że napisała do mnie Molly:

- Pasha, przemyśleliśmy wszystko jeszcze raz i bylibyśmy bardziej niż szczęśliwi jeśli popłynąłbyś z nami. Jeśli wciąż chcesz, to bądź jutro z samego rana w marinie, bo wypływamy.

Przez pierwszą chwilę patrzyłem się jak wół w malowane wrota próbując ustalić, czy moja znajomość angielskiego mnie nie zwodzi i czy aby na pewno przeczytałem to co przeczytałem. Gdy tylko trzykrotnie się upewniłem, że mój -11 wzrok mnie nie myli – krzyknąłem niemal tak głośno jak gdy Błaszczykowski strzelił gola Rosjanom na Euro 2012 i zacząłem bez celu biegać po pokouj. Musisz się spakować! Musisz się umyć na zapas! Musisz kupić prezenty na święta! Wróć! Musisz przede wszystkim odpisać! I zadzwoń do rodziców! Tak, pamiętaj, żeby zadzwonić!

Usiadłem wziąłem głęboki wdech i używając pomagającego wyrazić emocje Caps Locka odpisałem Molly – „YES!!!!!!!”

True story

True story!

Następnie zadała pytania, które niewątpliwie ich nurtowały, czyli czy aby na pewno nie mam żadnej przeszłości kryminalnej oraz czy aby na pewno  mam ubezpieczenie, ważny paszport i żadnych chorób psychicznych. Zapewniłem ich, że z tego co wiem wszystko jest raczej okej i obiecałem, że będę skoro świt.

Szybko zadzwoniłem do rodziców i poinformowałem ich, że będę poza zasięgiem przez najbliższe 3 tygodnie, a następnie pobiegłem do sklepu, bo została mi mniej niż godzina przed ich zamknięciem. Musiałem kupić kupić prezenty. Tam pal sześć zapasy wody, ale święta bez prezentów, chociaż by tych symbolicznych to święta.

Wybiegłem z mieszkania i zacząłem spływ głównym deptakiem Playa Paraiso, gdzie się znajdowałem. Już po pięciu minutach wiedziałem, że jedyne  miejsca, gdzie mogę coś znaleźć to sklepy z pamiątkami. Wchodzę do pierwszego i myślę.

- Henry. Dla niego najlepszym prezentem byłby spławik, albo jakaś przynęta na ryby, ale takich rzeczy to ze świecą szukać w tej okolicy po 20. – pomyślałem i zacząłem szperać w kolejnych półkach. Koszulka z żaglowcem dla Dale, rozmiar XL. Pakuję. Szukam dalej. Avery nosi bransoletki na kostce i na dłoni, więc nie obrazi się jak dostanie ode mnie dwie dodatkowe. Check. Lily. Problem – co kupić dziewczynie, która za chwile będzie nastolatką? Ma przekute uszy! Kupię jej szkatułkę na biżuterię stylizowaną na skrzynię z pirackim skarbem! Dobra., wciąż mam do odhaczenia Matta, Molly i Henrego. Hmhmhm. Dobra, dla Molly kupię słomkowy kapelusz. Nie jest to super pomysł, ale ujdzie. Został kapitan i Henry. W sumie przydałoby się, żeby kapitan dostał coś ekstra. Hmhmhm. Przecież mam RayBan’y które dostałem od chłopaka, który podwiózł mnie w Belgii! Warte na lekko 150 euro z oryginalnym opakowaniem. Check. Został Henry. Jest! Jeden z najpopularniejszych prezentów w historii – kostka Rubika!

Zadowolony z zakupów wróciłem do mieszkania, gdzie czekała już Kaja.

- Gdybym nie odpaliła fejsa, to bym nawet nie wiedziała, że wyjeżdżasz. – przywitała mnie zdumionym uśmiechem – co się stało? Przecież jeszcze przed moim wyjściem mówiłeś kompletnie coś innego.

Zdałem jej szybko relacje i zacząłem się pakować i prać jedyną brudną koszulkę, żeby na rejs mieć wszystko czyste. Gdy już byłem spakowany, pożegnałem się z Kają dziękując jej za jej nieocenioną pomoc i gościnność i położyłem się spać, żeby o 7 rano być już na trasie do portu.

W łóżku wierciłem się już od piątej rano, ale bez sensu było się zrywać, bo wciąż było ciemno, a dodatkowo rozpoczął się weekend, więc było małe prawdopodobieństwo, że o tej porze ktoś mnie podwiezie. Z mieszkania wyszedłem dopiero o 7, gdy powoli zaczynała się szarówka.

Wyszedłem na drogę prowadzącą w kierunku autostrady i już po pięciu minutach zatrzymał się Ukrainiec, który jak usłyszał, że właśnie płynę na Karaiby, to podwiózł mnie aż do samego San Miguel.

mieszkanie Kai

mieszkanie Kai

Świąteczna szopka

Świąteczna szopka

Stanąłem przed łódką i spojrzałem na zegarek. 7.35. Niespecjalnie chciałem krzyczeć, czy pukać, więc po prostu stwierdziłem, że usiądę i poczekam na kei. Spuściłem nogi z pomostu i patrzyłem na łódkę, którą miałem przepłynąć ponad 5000 kilometrów.

I znowu, tak jak na HappyHours” nie mają znaczenia szczegóły techniczne, ale podstawowe rzeczy warto wiedzieć. Po pierwsze Nimbus był olbrzymi! Miał 17,5m długości oraz maszt od wysokości 23. Powierzchni żagli nie znam, ale była na tyle duża, że poradzić im mogły jedynie hydrauliczne kabestany(czyt. Naciskasz guzik i żagiel się bez wysiłku rozwija). Dodatkową rzeczą, która była strasznie wygodna, to pokryty drewnem pokład, który praktycznie uniemożliwiał poślizgnięcie.

Moje rozmyślania przerwał Dale, który pojawił się w kokpicie, uśmiechnął i powiedział:

- Wskakuj Pasha. Masz dużo rzeczy?

- Tylko ten plecak – odpowiedziałem przechodząc po trapie na pokład Nimbusa.

Jak tylko wszedłem do kokpitu, z kambuzu wyszedł Matt, który przywitał mnie słowami

- Witaj na pokładzie! Gotowy na Karaiby!

Załoga w komplecie

Załoga w komplecie

Mój uśmiech musiał wystarczyć za odpowiedź, bo aż mi słów brakowało, aż w końcu zebrałem się na poważne „Dziękuję Matt!”. Nie chciałem teraz zgłębiać co skłoniło ich do zmiany zdania, ale cokolwiek to było, byłem ogromnie szczęśliwy.

- Pasha, wypakuj z plecaka wszystko co potrzebujesz i schowaj do swojej koi, a plecak wrzucimy do schowka na dziobie.

Szybko wypakowałem cztery t-shirty, trzy pary spodni, bieliznę oraz sprzęt elektroniczny i dałem Mattowi prawie pusty plecak, a sam zszedłem pod pokład. Wcześniej ani razu nie miałem zaproszenia, żeby zejść dalej niż do kokpitu, więc gdy tylko zeskoczyłem z kilku schodków rozejrzałem się dookoła.

Chciałem napisać, że wylądowałem w kambuzie, ale był to raczej salon, a obok niego regularna kuchnia, której rozmiarów nie powstydziłaby się żadna kawalerka. Dalej, w kierunku dziobu łódki były dwie koje i dwie toalety. Jedna dla dzieci, a druga dla mnie i dla Dale’a. Sypialnia Matta i Molly znajdowała się na dziobie, a osobne pomieszczenie zajmował silnik i generator.

Rufa

Rufa

Bimbus

Bimbus

Kokpit

Kokpit

widok z dziobu

widok z dziobu

Kabestaniory

Kabestaniory

kuchnia

kuchnia

salon

salon

witaminki

witaminki

Włożyłem swoje rzeczy do szafki i ze zdziwieniem stwierdziłem, że Dale ma co najmniej cztery razy więcej rzeczy niż ja. Teraz już tylko pozostało czekać na sygnał do wypłynięcia.

W kierunku Karaibów wypłynęliśmy dopiero w południe, bo każdy chciał jeszcze wziąć ostatni prysznic, zjeść oraz trzeba było zatankować łódkę, a marina miała problemy z dystrybutorem.

W końcu, gdy już wszystko było zapięte na ostatni guzik, odcumowaliśmy, pochowaliśmy odbijacze i wypłynęliśmy z mariny zostawiając za sobą ląd. Ląd którego mieliśmy nie zobaczyć przez kolejne osiemnaście dni.

Jeśli się podobało, to przypominam, że wciąż można wspomóc akcję „Autostopem dla hospicjum”. Wystarczy wejść tutaj i dowolną kwotą pomóc najmłodszym podopiecznym oraz ich rodzicom. Wiem, że męczę Was o to niemalże każdego dnia, ale mam nadzieję, że zrozumiecie. Miesięcznie tego bloga czyta około czterdziestu tysięcy osób, a akcję wsparło „dopiero” niecałe 1400, więc potencjał jest, ale pewnie są wśród Was tacy co sobie powtarzają  - następnym razem. Nie! Teraz albo kurde nigdy ;)

P.S. No dobra, następnym razem też możecie, ale jeśli nie możecie wspomóc finansowo, to chociaż powiedzcie swoim znajomym o akcji. Tym którzy jeżdżą stopem, tym którzy nie mają z tym nic wspólnego oraz tym, co być może mogą pomóc w jakiś inny sposób ;)

5 komentarzy dodanych:

  1. Od razu przyszło mi na myśl, że rodzinka może dlatego Cię zabrała, bo do końca zachowywałeś się w porządku, nawet wtedy gdy dali Ci do zrozumienia, że nie ma szansy z nimi płynąć, to mimo tego nadal łowiłeś z dzieciakiem zamiast go totalnie olać :)

  2. Dobro zawsze wraca z podwójną siłą. Śledzę wpisy z podróży regularnie i jestem pod ogromnym wrażeniem dobroci Twojej jak i innych ludzi. Powodzenia… będzie dobrze i mam nadzieję, że uda się zebrać całą kwotę dla Hospicjum. Nawet jeśli nie, to i tak jest to ogromna pomoc.
    Trzymam kciuki!

Dodaj komentarz