PicsArt_1414997703948[1]
3 listopada 2014

Camino – lekcja pierwsza

Ruszając na Camino nie wiedziałem o nim nic. Niczego nie szukałem, ani nawet nie czułem potrzeby wyszukiwania o nim informacji. Przeczytałem jedynie legendę o ciele apostoła Jakuba, które to łodzią przetransportowano w miejsce, gdzie obecnie znajduje się Santiago de Compostela. Camino było dla mnie po prostu jednym z szlaków pielgrzymkowych w Europie. Jest Jerozolima, jest Rzym, jest Polska Częstochowa i jest Santiago. Camino było drogą.

Myśl, żeby pójść na pielgrzymkę kiełkowała we mnie od kilku lat. Pójść, ale gdzie? Na Jasną Górę? W tłumie ludzi? Przez Polskę? Nie wiem czemu, ale wydawało mi się to mało atrakcyjne. Mniej więcej półtora roku temu mój kumpel ruszył do Santiago w intencji chorego chłopca. Wtedy usłyszałem o El Camino pierwszy raz. Przeglądałem jego zdjęcia, czytałem relację i gdzieś we mnie pojawiła się myśl – „Hiszpania na piechotę – to brzmi ciekawie”. Jednak wciąż nie mogłem znaleźć sensu w miesięcznym parciu przed siebie. Jak to mówi mój brat – „Szkoda masy”. Jednak przez ubiegły rok w moim życiu wydarzyło się mnóstwo niesamowitych rzeczy, w które wciąż ciężko mi uwierzyć. Nie licząc kilku gorszych niedzielnych poranków, nie miałem żadnego powodu do narzekania. Zdecydowanie więcej było powodów do dziękowania za wszystko, co mnie spotkało. Kiedy pojawił się pomysł pojechania stopem do Ameryki Południowej, myśl o Camino powróciła. „Mam czas, to w sumie mogę iść” – pomyślałem. Jednak do ostatniego dnia wahałem się czy aby na pewno iść. Czemu? Bo zwyczajnie brakowało mi odwagi. Przede wszystkim ciężko było mi uwierzyć, że dam radę przejść blisko 900km na piechotę i z plecakiem. Że wystarczy mi cierpliwości i siły skoro wielokrotnie narzekałem, jak musiałem przejść się 5 kilometrów pod górkę do domu, gdy cała gdańska Słowackiego stała w korkach. W końcu zdecydowałem, że spróbuję.

Po kilku dniach codziennego marszu, było jasne, że droga staje się czymś więcej.  Staje się banalną, ale dość trafną, alegorią życia. Człowiek dzień w dzień brnie przed siebie, czasami pogrążony we własnych myślach, czasami zapatrzony w krajobrazy, a czasem noga w nogę, zagadany z innymi pielgrzymami. Cała sztuka jednak polega na tym, żeby w całej drodze nie przegapiać znaków. Muszli oraz charakterystycznych, ale często poukrywanych w niespodziewanych miejscach, żółtych strzałek.

Charakterystyczna muszla

Charakterystyczna muszla

DSC_0496[1]

Follow the yellow arrows

Czy mogę powiedzieć, że już wiem co dokładnie tu robię i co mi Camino dało? Nie, zdecydowanie nie. Ktoś ładnie powiedział, że „Camino nigdy nie daje Ci tego czego szukasz, a tego co naprawdę potrzebujesz”. Potwierdzeniem tych słów jest sytuacja, która mnie spotkała na mniej więcej na 15 kilometrze, po opuszczeniu Lourdes. Naprzeciw mnie wyszedł facet, nie oszukujmy się, wyglądający jak bezdomny. Nie miałem zamiaru zgadywać, ale gdy go mijałem, zobaczyłem jak się uśmiecha i wymawia magiczne słowa „Buen Camino, my friend”. Zdębiałem. Odwróciłem się do niego i zapytałem, czy idzie do Santiago. Okazało się, że już stamtąd wracał. Luka, pierwszy pielgrzym, którego poznałem na trasie, jest wykładowcą ekonomii we Florencji. Do Santiago poleciał, bo obiecał sobie, że jeśli jego żona pokona raka, to podziękuje właśnie tam. Mimo, że był niewierzący, gdy żona wyzdrowiała, spełnił obietnicę i poleciał. Jednak na miejscu postanowił, że podziękowanie obejmie również trasę powrotną do Florencji. Na piechotę. El Camino, ale w drugą stronę. Spędziliśmy na rozmowie przeszło trzydzieści minut, bo miałem do niego dziesiątki pytań, na które cierpliwie odpowiadał, aż w końcu zreflektowałem się, że go zatrzymuje, dlatego przeprosiłem i pierwszy raz pożegnałem kogoś słowami „Buen Camino”. Ponownie się uśmiechnął i powiedział: „Buen Camino Pasha.” i po chwili zastanowienia, wciąż trzymając mnie za rękę „Jak dojdziesz, to proszę, podziękuj też za mnie”. Następnie się odwrócił i poszedł w kierunku Lourdes.

Luca

Luca

Paradoks tej lekcji polega na tym, że mimo, że staram się słuchać uważnie tego co droga chce mi powiedzieć, ale kompletnie tego jeszcze nie rozumiem. Wiem, że to głupie, ale taka prawda. Tym spostrzeżeniem, z nijakim żalem, podzieliłem się z Panią Ireną, która na Camino wraca od dwudziestu jeden lat. W odpowiedzi usłyszałem przypomnienie o czymś o czym zdecydowanie za często zapominam:
- Przemek, prawie ćwierć wieku wracam do Hiszpanii. Zaczynałam w 93′ z mężem, a teraz, mając blisko siedemdziesiąt lat, kończę sama i powiem Ci jedno. To czym jest Camino, zrozumiesz dopiero w domu. Wrócisz odmieniony mimo, że początkowo tego nie zauważysz. Jak bardzo, to już zweryfikuje Twoje otoczenie. Camino otwiera oczy na rzeczy banalne i oczywiste. Doceniasz posiłki, wodę, cień, odpoczynek, schronienie a przede wszystkim ludzką pomoc, o którą czasami, w szarej codzienności, tak bardzo ciężko. Tu jest trochę, jak na wieży Babel. Z tą różnicą, że pomieszanie kultur i języków nikomu nie przeszkadza, bo ludzie prowadzeni są przez i ku Niemu. Nawet, gdy o tym nie wiedzą i zrozumienie tego niektórym zajmie całe życie. Jednak najpiękniejsze jest to, że dopiero gdy wrócisz, zaczniesz prawdziwie doceniać przyjaźnie i to co one Ci dają. Zaczniesz doceniać uśmiechy, dobre słowo i pomocną dłoń z siłą jaką nigdy tego nie robiłeś. Mój powód, dla którego wracam co roku na ten szlak jest jeden – żeby nigdy, ale to nigdy, o tym nie zapomnieć. A nic Ci o tym tak mocno i zmamienie nie przypomni jak droga. I to jest jej celem.

Pani Irena

Pani Irena

Jeśli spodobał Ci się post, to przypominam, że wśród nas jest całe mnóstwo potrzebujących. Jednymi z nich są podopieczni Hospicjum oraz Funduszu Dzieci Osieroconych, na które chcę zebrać sumę 100 tysięcy złotych. Jeśli chcesz pomóc, nie jutro, nie w przyszłym tygodniu, a dzisiaj, to kliknij tutaj i przekaż na akcję dowolną kwotę. Nawet symboliczną złotówkę.
Zawsze możesz też podzielić się tym linkiem ze znajomymi, a może uda nam się wspólnie zrobić coś niezwykłego.
http://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

Creatice concept image of setting sun reflected in still lake wa
5 października 2014

Pasja, to szczęście

Przygotowując ten wpis, zacząłem od sprawdzenia słownikowej definicji słowa „pasja” i aż parsknąłem śmiechem. Według Słownika Języka Polskiego jest to „wielkie zamiłowanie do czegoś”. Nie wiem, czy to nieścisłość, czy niewystarczające bogactwo naszego słownictwa, ale coś sprawiło, że brzmi to strasznie sucho. Nie, moi drodzy, pasja, to coś wielkiego.

Pasja, to radość,
to chwile, które wracają do Ciebie z uśmiechem.
To uczucia, wiedza i doświadczenie, które sprawiają, że jesteś tym kim zostałeś stworzony, żeby być.
To powód, dla którego jesteś wyjątkowy,
to satysfakcja z bycia sobą.
To lekcja, samodyscypliny, wytrwałości, zarządzania czasem, pieniędzmi i wyborami.
To akceptacja siebie.
To czas dla Ciebie.
To wiara w swoje możliwości.
To ogień, który płonie i jeśli o niego zadbasz, nie zgaśnie.
To ogień, który rozpali innych,
tych tak zwanych „szczęśliwych ludzi”.

Nie ważne kim byłeś, kim jesteś, ale to kim chciałbyś być. To kim będziemy definiuje między innymi pasja. Nie ma znaczenia co studiujesz, gdzie pracujesz, ani skąd jesteś. Jeśli znajdziesz swoją prawdziwą pasję, nagle odnajdziesz w sobie siły do robienia rzeczy, których nigdy wcześniej nie robiłeś. Do wstawania z samego rana, biegania, do czytania, do przekraczania kolejnych granic, wychodzenia ze swojej strefy komfortu i przyzwyczajeń. Do poświęcania setek godzin pracy, dla czegoś większego. Nagle przestaniesz obwiniać innych o swoje porażki i monotonne życie, bo uświadomisz sobie, że tak naprawdę wszystko zależy od Ciebie. Od Twojego zaangażowania, od poświęcenia, od chęci i od wiary. Musisz wierzyć. W siebie, w Boga, w Karmę, przeznaczenie w ciężką pracę – cokolwiek, bo wiara góry przenosi.

Znajdź swoją pasję, a znajdziesz wolność. Znajdź wolność, a znajdziesz szczęście. To prawdziwe, a nie wykreowane przez „szczęśliwych ludzi”.

Ja znalazłem i życzę Ci tego samego :)

P.S
Jeśli Ci się podobało, proszę, wspomóż akcję pomocy hospicjum dziecięcego oraz Funduszu Dzieci Osieroconych pod tym adresem :)

Creatice concept image of setting sun reflected in still lake wa

wpis
18 czerwca 2014

Przygotowania do wyprawy – czas start

Jednym z najczęściej zadawanych mi przez Was pytań na spotkaniach, jest pytanie o czas przygotowań do podróży. Przed pierwszą poważną podróżą, gdzie koszty,  jak na studenta, były już dość wysokie, poświęciłem około dwóch miesięcy. Wtedy jednak miałem odłożone zdecydowanie za mało pieniędzy i bawiłem się w szukanie sponsora. O tym możecie poczytać tutaj. Rok temu, przed wyprawą do Azji, połowę potrzebnej kwoty zaoszczędziłem, a drugą zebrałem dzięki portalowi Polak Potrafi, który opiera się na crowdfoundingu.

Teraz rozpoczynam przygotowania do następnej podróży. A od czego? Od zarobienia na to pieniędzy.

„Przecież podróże autostopem są darmowe!” – To prawdopodobnie będzie pierwsze zdanie większości osób, ale nie do końca się z nim zgodzę. Owszem, podróże autostopem są tanie i mogą być darmowe, ale osobiście uważam, że nie o to w nich chodzi.

Jasne, pierwszy raz pojechałem na stopa tylko i wyłącznie dlatego, że był darmowy. Dopiero z czasem, gdy zacząłem dostrzegać, że tak naprawdę nie chodzi o pieniądze, a o przygodę, możliwość poznawania nowych, ciekawych ludzi, miejsc, zdanie się na los i niespodziewane, kwestia pieniędzy zeszła na dalszy plan.

Podróże po Europie są tanie, ale nie należę do osób, które będą żałować 20 euro na zwiedzanie Luwru, Koloseum, Tower of London, czy poskąpią na lokalne specjały. Owszem, możesz zaopatrzyć się w zupki chińskie na cały miesiąc podróży, ale zadajmy sobie pytanie – „Czy podróżujemy dla samej przygody, czy dla chęci poznania i zwiedzenia świata?”.

Oprócz tego dochodzą jeszcze drobne koszty typu np. bilety na transport komunikacją miejską. Można jeździć na gapę, ale tego nie trawię. Czemu? Bo to taka trochę nasza polaczkowatość. „Nie kupię biletu, a jak mnie złapią, to będę mówić po polsku” – cebulactwo w najwyższym wydaniu. Robimy tak, a później się dziwimy i mamy pretensje, czemu o Polakach mają niezbyt pochlebne zdanie. Chcemy zacząć walczyć ze stereotypami, to zacznijmy przede wszystkim od siebie.

Druga sprawa, to podróże poza Europę. Jak słyszę, że ktoś podróżuje dookoła świata, kompletnie bez pieniędzy, to tylko się śmieję. Owszem, można żerować na gościnności i serdeczności podwożących nas osób, w kółko powtarzając, że jest się głodnym albo, że nie ma się pieniędzy, ale osobiście nigdy tego nie robię. Rzeczywiście za naszą wschodnią granicą ludzie dużo chętniej karmią i pomagają, ale nigdy nie zdarzyło mi się prosić o jedzenie. Czemu? Bo to jest trochę poniżej mojej godności. Jeśli ktoś z dobrego serca niczego nie daje, to znaczy, że nie chce lub po ludzku nie ma takiej możliwości. Dlatego właśnie nigdy się nie narzucam i nie powtarzam jak mantry „Jestem głodny daj mi jeść”(z ewentualnym słowem „proszę”, ale jeśli już ktoś tak robi, to z reguły o nim zapomina). Zwłaszcza, że jedzenie można kupić za niewielkie pieniądze.

Dodatkowo, również w przypadku podróży poza Europę, pojawiają się koszty wiz. I choćbyście nie wiem jak kombinowali, to za wizy trzeba płacić. Z reguły są to koszty rzędu od 15$ do 100$ (w zależności od długości pobytu w danym kraju). Dlatego znowu, jeśli ktoś Wam wmawia, że podróżuje za darmo do krajów, gdzie potrzebne są wizy, to szczerze mu winszuję. Głupoty albo nieziemskiego farta. Głupoty, bo jeśli nie ma wizy, to przebywa tam nielegalnie i w najlepszym wypadku wyda majątek na kary lub łapówki. Farta, jeśli ambasada jakimś cudem wydała mu wizę za darmo. Chociaż o takich przypadkach nie słyszałem. Pamiętajcie też, że pieniędzy, które płacimy za wizy są jednym ze sposobów wspomagania lokalnej turystyki.

Prawdopodobnie mniej więcej na tym etapie tekstu co drugi już się buntuje i oburza. Że się sprzedałem, że zapomniałem co znaczy podróżować bez kasy itp. itd. z tym, że nigdy nie twierdziłem, że podróżuję bez grosza przy duszy. Zawsze mam ze sobą pieniądze, choćby na samo zwiedzanie, które też jest czasami drogie, ale jest to jedna z rzeczy, na których przysiągłem sobie nie oszczędzać. Trzeba pamiętać, że być może już nigdy w życiu nie będę miał okazji zobaczyć danego miejsca. Jakiekolwiek by nie było. Monastyr w Gruzji czy Wielki Mur Chiński. Nie ma znaczenia. Jak jestem na miejscu, to płacę. Często dość dużo. I tak, mam też rezerwę pieniędzy, żeby w razie sytuacji awaryjnej móc sobie pozwolić na lepszy szpital, leki, czy szybki powrót do domu.

„Pewnie ma bogatych rodziców” albo „Książkę napisał i ma za to gruby hajs”

a) Nie mam bogatych rodziców. Ba, mają taki kredyt, że będą go spłacać jeszcze kilkanaście lat.

b) Tak, za książkę dostanę pieniądze, ale najwcześniej za rok, wiec póki co nie mam z tego nic.

Dziwne prawda? A mimo, to wydaję pieniądze na podróże. Skąd je mam? Zdradzę Wam sekret.

Ktoś kiedyś powiedział, że żeby podróżować trzeba sprzedać lodówkę. Głupota. Nigdy bym jej nie sprzedał.Nawet za góry złota, bo za bardzo lubię jeść, a lodówka jest mi do tego niezbędna. Żeby podróżować trzeba najpierw na to zarobić. Tak kochani. Trzeba pójść do pracy!

Mówi się, że podróże kształcą, czy też kształtują charakter i się z tym zgodzę, ale nie tylko w kontekście samej podróży. Jeśli mamy wizję podróży naszych marzeń, to jej realizacja wymaga poświęceń. Począwszy od odkładania złotówki do przysłowiowej świnki skarbonki, poprzez rezygnowanie z ekstra ciuchów, piwa czy nowej zabawki, na pracy kończąc. I nie mówcie mi, że pracy nie ma, że nie macie doświadczenia, że nie macie czasu. Dla chcącego nic trudnego. Owszem, będzie ciężko. Czasem trzeba będzie zasuwać po 14h dziennie za psie pieniądze. Czasem będzie trzeba zarwać nockę, albo zrezygnować z super imprezy, ale jeśli macie marzenie, to właśnie ono powinno być najważniejsze, bo dopiero gdy się całym sobą poświęcicie na jego realizację, to uda Wam się je osiągnąć. I to jest jeden z pierwszych elementów składających się na podróż ( a raczej przygotowanie do niej), które kształtuje charakter i kształci.

Gdy skończyłem promocję książki, pozdawałem egzaminy na studiach, poszedłem szukać pracy. Gdzie? Tam, gdzie w sezonie można najwięcej zarobić, czyli w restauracjach na gdańskiej starówce. Poszedłem bez niczego. Nawet CV nie wydrukowałem. Po prostu wszedłem do pierwszej lepszej knajpy i powiedziałem, że chcę tu pracować jako kelner. Szybka rozmowa, czy mam doświadczenie (takowego nie posiadam), kilka minut o tym co trzeba robić, czego potrzebują i bum! Jest praca. Wprawdzie 5zł za godzinę, ale nikt nie obiecywał, że będzie lekko.

Nie wysyłajcie jak głupi CV wszędzie, gdzie tylko pojawią się w necie ogłoszenia, ale pójdźcie tam osobiście. Pokażcie się, kim jesteście, opowiedzcie o swojej pasji i motywacji do pracy, a uwierzcie, ze Was wezmą, bo to właśnie motywacja jest kluczem do siły, która drzemie w każdym z nas, a nie każdy ma o niej pojęcie.

Sesja się kończy, sezon zaczyna, dlatego życzę każdemu z Was, żeby odnalazł swoją pasję, motywację i siłę do realizacji marzeń. I pamiętajcie, że marzenia nie realizują się „ot tak”. Realizacja marzeń, to ciężka i często niewdzięczna długotrwała harówka.A jeśli ktoś myśli, że to banialuki, to zapraszam serdecznie do restauracji Elepfhant na ul. Długiej w Gdańsku, gdzie przez najbliższe cztery miesiące będę zasuwać jak dzika świnia, żeby móc później realizować marzenia :)

P.S. Jeśli ktoś z Gdańska lub okolic będzie chciał wpaść po dedykacje na książce, to zawsze znajdę chwilę, żeby skrobnąć dwa słowa :) Tylko napiszcie do mnie wcześniej, żebyśmy się ugadali co do dnia i godziny :)

Przygotowania do kolejnej podróży – czas start! :)

Dont-Forget-To-Be-Awesome
15 kwietnia 2014

Życie codzienne pełne przygód

Życie codzienne, to też przygoda! Jednak to jaka ona będzie, zależy tylko i wyłącznie od nas. Nie rozumiem ludzi, którzy twierdzą, że życie w Polsce jest szare i nudne. Owszem, czasami można odnieść takie wrażenie, ale to tylko dlatego, że zbyt często tkwimy w szarości. Stoimy w miejscu, zamykając się w błędnym kole powtarzalnych czynności i rutyny, które każdego kolejnego dnia wyglądają tak samo. Nie próbujemy zaskoczyć codzienności nawet najmniejszym drobiazgiem.

WP_000022Między innymi takie spostrzeżenia oraz czas spędzony na przeszukiwaniu internetu i książek, skłoniły mnie do rozpoczęcia nagrywania krótkich ujęć z życia. Każdego dnia wybierałem jeden, około 2-3 sekundowy filmik, który moim zdaniem był najciekawszy lub wiązała się z nim jakaś przygoda. Robiłem tak przez ostatnie 29 dni.

Brzmi prosto i jest proste. Przecież w podróży każdy z nas uwiecznia piękne chwile, żeby mieć później co wspominać. Dlaczego tak samo nie miałoby być z naszym codziennym życiem?

Każdego dnia robimy coś o czym z biegiem czasu zapominamy. Dopiero jak ktoś nam przypomni konkretną sytuacje, mówimy – „Tak, rzeczywiście tak było!”, ale łapiemy się na tym, że zapomnieliśmy.

W czasie nagrywania poniższego filmu, uświadomiłem sobie dwie rzeczy.
1) Jest on nijako moim małym motywatorem do robienia codziennie czegoś interesującego.
2) Wizualizacja jest super sposobem na przypominanie sobie wspomnień, a w czasach, gdy prawie każdy z nas ma telefon z kamerą, możemy uwiecznić każdą chwilę.

Z miesiąca życia mam niecałe dwie minuty filmu. Jeśli tak dalej pójdzie to z całego roku będę miał 24 minuty filmu. Czy warto? Moim zdaniem tak i zachęcam Was do zrobienia tego samego.
Nie trzeba żadnych programów, muzyki czy składu i ładu. Film ma być taki jak życie. Bez ubarwień :)

Paint level - medium
1 kwietnia 2014

Wyloguj się do życia

Jest super. Wystarczy, że wejdziesz na mojego bloga lub poprzeglądasz mój profil na Facebooku i możesz odnieść wrażenie, że produktywnie spędzam dany mi czas. Książka, filmy, podróże do Pragi, Wiednia, Finlandii, festiwale, spotkania ze znajomymi itp. itd. Jednak przyznaję się szczerze - jestem leniwą bułą.

Update: 9 kwietnia 2014 r.

Minął już tydzień od kiedy nie byłem na Facebooku, który uparcie przypomina o swoim istnieniu. Dzień w dzień dostaję do Marka e-maila z informacją, że ominęło mnie wiele ciekawych rzeczy.

fejskik

Jednak czy poza tym coś się zmieniło w moim życiu? Otóż nie. Wcale nie odczuwam braku masy wiadomości na „tablicy” i ciągłego korzystania z czatu, który przecież był nierozerwalną częścią mojej rzeczywistości.  To co zauważyłem, to mnóstwo czasu, który w tym momencie wykorzystuję czytając książki, ciekawe artykuły lub zwyczajnie spotykając się ze znajomymi.

Ale zróbmy małe podsumowanie tygodnia:

1) Magisterka.
Tak, napisałem 19 stron i przeszedłem do etapu, gdzie biorę się za część praktyczną. Byłem na konsultacjach z promotorem i wierzę, że uda mi się zamknąć całą pracę do końca kwietnia. Pierwszy rozdział oddany, więc cel wykonany.

2) Długość snu
Nie zawsze wyszło sześć godzin snu, ale też ani razu nie przekroczyłem siedmiu, więc też jest nieźle.

3) Bieganie
Pierwsze pięć dni biegałem codziennie, ale niestety, później kolejne trzy byłem w rozjazdach po Polsce i zwyczajnie nie miałem na to czasu. Od jutra jednak wyciągam jeszcze rower i dorzucam intensywną siłownię.

4) Inspiracje
Udało mi się zainspirować do działania aż sześć osób, z którymi co dwa lub trzy dni wymieniamy się e-mailem, w którym podsumowujemy swoje dotychczasowe postępy :) Aniu, Michale, Agnieszko, Marysiu, Kamilo i Marto – dziękuję, bo mnie motywujecie do jeszcze cięższej pracy :)

Początek: 1 kwietnia 2014 r.

Facebook, serwisy informacyjne, filmy, seriale. To tylko kilku z moich największych złodziei czasu. Niby zawsze ścigają mnie kolejne terminy, ale ciągle jakimś cudem zawsze mam  do załatwienia sprawy ważne i „ważniejsze”.

Od blisko pół roku „najważniejszą” rzeczą, którą muszę dosłownie odfajkować jest praca magisterska. Wprawdzie zarówno studia jak i magisterka obecnie nie są mi do niczego potrzebne, ale napisać ją trzeba. Dla świętego spokoju rodziców i dziadków.

Zaczynałem wielokrotnie, jednak zawsze coś mi przeszkadzało. Każdego kolejnego dnia znajdowałem powód, dla którego można było zacząć „jutro”. Dzisiaj jednak powiedziałem sobie dość (no i 31 marca skończyła mi się ważna naklejka na legitymacji studenckiej). Biorę się za pisanie i mam zamiar skończyć możliwie najszybciej.

Naukowcy już lata temu udowodnili, że jeśli swoje cele, czy postanowienia, publikujemy lub oznajmiamy przyjaciołom, to zdecydowanie łatwiej jest je osiągnąć. Dlatego swoje planuję umieszczać tutaj. Razem z aktualizacjami dotyczącymi ich realizacji. Tysiąc osób czytających to codziennie, powinno mnie wystarczająco zmotywować do podołania pierwszym trzem wyzwaniom.

Wyzwanie nr. 1

Nie loguję się na Facebook’a dopóki nie skończę magisterki. Oczywiście nie podejrzewam się o aż tak silną wolę, więc kilku dłuższych chwilach zastanowienia jak sobie z tym poradzić, wpadłem na całkiem cwany pomysł. Niech ktoś zmieni mi hasło do konta, a następnie odblokuje je dopiero w ustalonym terminie! Oczywiście pojawiają się kwestie zaufania (tajemnica korespondencji i takie tam), więc pierwszą osobą, która wpadła mi do głowy jest Stef. Tak, ta sama Stef, z którą poznałem się w Laosie, z którą spałem za darmo w apartamencie prezydenckim w Pradze i kręciłem film do Red Bulla we Wiedniu. Jest Austriaczką, więc jej polski jest równie płynny jak mój niemiecki. Podzieliłem się z nią swoim pomysłem i też go podłapała. Ustaliliśmy, że wzajemnie wymieniamy się hasłami do kont, a następnie zmieniamy je, żeby żadne z nas nie uległo pokusie zalogowania „na chwilę”. Cel – chcemy wytrzymać co najmniej 10 dni. Oprócz tego rezygnuję z internetu w telefonie, czytania wiadomości, oglądania seriali i filmów. Tak na dobry początek.

P.S. Fanpage Autostopem przez życie przejmuje mój brat, więc jak napiszę coś nowego, to on będzie Was o tym informować  :)

facebook

Paint level – medium

Wyzwanie nr. 2

Drugim powodem, dla którego mam mało czasu jest zbyt długie spanie. Dlatego również począwszy od dzisiaj odbieram sobie prawo do drzemek dłuższych niż 30 min oraz spania więcej niż sześć godzin.

Wyzwanie nr. 3

Bieganie. Ostatnie miesiące ani nie biegałem ani nie ćwiczyłem, więc się spasłem. Strasznie. Okrutnie. Jak tak dalej pójdzie, to patrząc w lustro będę widział Jabbe z Gwiezdnych Wojen, a jego fanem nigdy nie byłem. Na początek biegać będę co drugi dzień, ale z tym będzie związana dłuższa historia. Już niedługo dowiecie się o nowym projekcie, który ma na celu przygotowanie mnie do kolejnej podróży.

Wyzwanie nr. 4

Zainspirować choćby jedną osobę do zrobienia tego samego. Być może Ciebie. Nie oszukuj się, że ten problem Cię nie dotyczy, bo w obecnym świecie większość osób w większym lub mniejszym stopniu. Jeśli nie uzależnienie od mediów społecznościowych, to być może od portali informacyjnych lub kwejkopodobnych. Jeśli nie od komputera, to może od czegoś kompletnie innego. Zadaj sobie trudne pytanie – „Co byś zmienił?” – i to zmień!. Nie jutro, nie od poniedziałku, ale dzisiaj.

Swoją drogą prze­raża mnie dzi­siej­szy świat. Prze­raża mnie to jak ludzie przes­tają roz­ma­wiać, jak związki i re­lac­je między­ludzkie spro­wadzają się do tych kil­ku ki­lobajtów wiado­mości dzien­nie, krótkich, ury­wanych połączeń i wiążącego lajkowania zdjęć czy postów na Facebooku.Dlacze­go? Bo tak szyb­ciej? Łat­wiej? Bo brak nam cza­su? Nie, bo mieliśmy go za dużo i zaczęliśmy uzależniać się od jego marnowania.

Zro­zum, że każdy z nas dos­tał dokład­nie od­mie­rzoną ilość dni i wiele już z nich stracił bezpowrotnie. Wystarczy ściągnąć proste wtyczki podsumowujące ile czasu spędziłeś ostatnio przed komputerem, a uświadomisz sobie, że to tak naprawdę 20% Twojego życia. Są spra­wy, rzeczy i prze­de wszys­tkim osoby ważniej­sze niż ten dzi­ki pęd, do które­go włączasz się codzien­nie ra­no wstając z łóżka. Niż setki nikomu do życia niepotrzebnych wiadomości, zdjęć, filmów, śmiesznych obrazków na tablicy.

Otwórz w końcu oczy. Życie jest tyl­ko jed­no.