9
12 sierpnia 2015

JA+ MOJA ZAJAWKA

Moja pasja, to jak większość osób śledzących tego bloga wie – podróże. Małe, duże, albo tylko palcem po mapie. Ewentualnie kursorem na Google Maps. Czasem też mi się jakaś przyśni, ale to w sumie też się liczy. Tak czy inaczej, swoją pasją, moim „ja plus”, staram się dzielić najlepiej jak potrafię.

Do tej pory ani razu nie podejmowałem próby jakiegokolwiek spójnego podsumowania wszystkich swoich podróży. Do dziś. Korzystając z okazji do podzielenia się swoją zajawką, stworzyłem listę moich TOP10 przygód wybranych spośród wszystkich wypraw. Tych po Europie, Azji i Ameryce Południowej. Niektóre z nich już znacie, o niektórych przeczytacie pewnie pierwszy raz. Zachęcam do krótkiej lektury oraz nieustannego dzielenia i wyrażania tego kim jesteśmy.

Ja+ burza na wyspie Hvar:
Mogłoby się wydawać, że banał. Kto kiedykolwiek pojechał w jakąkolwiek podróż, to pewnie burze przeżył niejedną. Jednak dla mnie była to pierwsza sytuacja, w której adrenalina podskoczyła grubo powyżej podróżniczej średniej.

Miała ona miejsce podczas mojej pierwszej podróży autostopowej. Zaraz po maturze, kiedy jeszcze nikt się nie pytał o wylotówki na fejsie, a jedynym źródłem informacji była strona autostopem.net. Już sama podróż do Chorwacji z dziewczyną, którą wcześniej widziałem raz w życiu na oczy, była przygodą. Jednak momentem kiedy najbardziej poczułem przypływ adrenaliny i dreszczyk emocji był nocleg w najwyższym punkcie wyspy Hvar.

Dojechaliśmy tam późnym wieczorem i z trudem znaleźliśmy kawałek ziemi niepokryty w całości skałami. Gdy zabraliśmy się za rozbijanie namiotu, nie wiadomo skąd, pojawiły się olbrzymie, czarne jak smoła, chmury. Ledwo schowaliśmy się z bagażami, a dookoła nas rozpętała się typowa wrześniowa burza. Namiot targało na prawo i lewo, a gdy zaczęło padać, to go spłaszczyło o dobrą połowę wysokości. Jak jeszcze zaczęło walić piorunami, to sobie uświadomiliśmy, że jesteśmy tuż obok jedynego w okolicy drzewa, które znajduje się w małej niecce. Nie dość, że waliło i wiało, a w każdej chwili mógł nas trzepnąć piorun, to jeszcze skaliste podłoże nie chłonęło wody, a ta wlewała się nam do namiotu. I tak trzy godziny.

Ja+ spływ kajakiem w północnej Finlandii:
Przygoda będąca kwintesencją spokojnej strony mojego charakteru i tego jaki jestem na co dzień. Nocleg w drewnianej chacie w środku lasu, łowienie pstrągów i smażenie ich na ognisku z okolicznymi wędkarzami oraz pasterzami reniferów. Noc zaprawiana rozgrzewającymi trunkami, które miały mnie uchronić przed niskimi temperaturami dominującymi za kołem podbiegunowym, zaprocentowała znajomością z traperem, który kolejnego dnia wypożyczył mi swój kajak. Dwa dni spływu aż pod samą granicę z Rosją, stada reniferów, spotkanie oko w oko z łosiem i kompletne pustkowia fińskiej tajgi.

Ja+ chiński miliarder:
Historia opowiadana i powtarzana setki razy na spotkaniach i prezentacjach. Przygoda, która każdemu autostopowiczowi zdarza się przynajmniej raz w życiu.

Ciemno, zero perspektyw na przyzwoity nocleg, aż nagle łapiesz stopa, w którym pasażerem okazuje się być CEO firmy produkującej podzespoły na potrzeby chińskiego programu kosmicznego. Gdy tłumaczysz, że chcesz spać w namiocie, to wydaje się nie rozumieć. Gdy w końcu załapie, przerazi się i zabierze Cię do pięciogwiazdkowego hotelu w centrum miasta. I zapłaci. Za cztery dni z góry.

Ja+ AK47:
Nie ma nic gorszego, niż pozostawienie paszportu w depozycie. No nie ma. Ostra biegunka na autostradzie bez stacji benzynowych mogłaby do tego aspirować, ale wciąż byłoby jej jeszcze daleko. Jeśli jeszcze do jego pozostawienia doda się rozróbę w barze i sprzeczkę z osobą, która ten paszport zabrała oraz fakt, że miało to miejsce w Laosie, to mamy przepis na awanturę. Taką po której wiejesz z miasta ile sił w nogach. No chyba, że po mieście Cię szukają z bronią, to wiejesz ile sił w nogach, ale po kolana w rzece, byle tylko nie iść główną droga.

Ja+ sierociniec w Birmie:
Przygody przygodowe mają to do siebie, że są zastrzykiem adrenaliny i po każdej kolejnej Twój poziom tolerancji na nią wzrasta. Jednak są też przygody mające zupełnie inny wymiar. Takie, które uzależniają w sposób inny. Sierociniec na Ziemi Niczyjej, do którego trafiłem kompletnym przypadkiem jest chyba najlepszym przykładem. Położony pomiędzy Birmą a Tajlandią, opiekujący się blisko trzema setkami dzieciaków, dla których nauka prostego fachu lub angielskiego, jest często jedyną opcją. Nie tylko uczyłem tam angielskiego, ale również pomagałem w budowie stołówki, mieszkałem, jadłem i zajmowałem się podopiecznymi po zajęciach.

Ja+ pierwszy jachtostop:
Złapać samochód, motor, bryczkę, konia – spoko. Fajna zajawka. Ale złapać jacht na Wyspy Kanaryjskie? Kosmos. Gdyby jeszcze zajęło mi to niewiadomo ile czasu, ale na Adama, Basię i Michała natknąłem się po nie więcej, niż trzydziestu minutach spędzonych w porcie. Od słowa do słowa i po godzinie siedziałem już na pokładzie, a po kolejnych trzech haftałem za burtę na Atlantyku. Przeżyłem dwa sztormy, wizytę w Maroko oraz trzech wyspach archipelagu Kanaryjskiego. Łowiłem tuńczyka, gotowałem obiady, czyściłem kibel, polerowałem dzwon, podziwiałem zachody i wschody słońca na nocnych wachtach oraz delfiny, które co dzień pojawiały się przy burtach łajby.

Ja+ przepłynięcie Atlantyku:
Tydzień zdobywania zaufania pięcioosobowej rodziny, a gdy się udało – blisko trzytygodniowy rejs osiemnastometrowym jachtem przez Atlantyk na Karaiby. Spokojny, bez większych przygód, poświęcony na pisanie, czytanie, podziwianie zachodów słońca pośrodku niczego i wpatrywanie się nocami na zielony radar i system nawigacyjny. Trzy tygodnie bez kąpieli, bez stabilnej toalety i nieśmierdzącego wszechobecną wilgocią, łóżka.

 Ja+ połów w Pacyfiku:
Plaża, palmy, hamak, owoce morza codziennie na obiad. Raj na ziemi. Raj, który mógł zamienić się w koszmar, gdyby wypłynięcie na otwarty ocean w małej łupinie zakończyło się utonięciem. Moim lub mojego kumpla. O ile nurkowanie z harpunem i złowienie sześciu, bez mała, pięciokilogramowych ryb, to coś magicznego, to jednak wracanie przed samym zmrokiem przy olbrzymich falach, to inna bajka. W momencie, gdy łódź wywraca się do góry nogami kilkaset metrów od brzegu, cały sprzęt i liny wpadają do wody i oplątują Cię, nie jest ciekawie. Serce pompuje krew, jak po godzinie interwałów, a wszystko wydaje się funkcjonować w zwolnionym tempie. Dopłynąć do brzegu przy potężnym odpływie? Łatwo nie było, ale wspomnienie do końca życia.

Ja+ ruiny Inków:
Machu Picchu? Nie, ale może kiedyś. Swoją przygodę z potężną budowlą Inków miałem ponad sto kilometrów dalej w mało znanych ruinach Choquequirao. Nie mniej ważne, a ponad dwa razy większe. Nieodkryte jeszcze w całości, częściowo zarośnięte przez gęstą roślinność, znajdujące się na ponad trzech tysiącach metrów, a jednak wciąż magiczne. Dotarcie tam zajęło trzy dni samotnego marszu przez maleńkie wioseczki ostatnich potomków rodu Króla Słońce. Dostanie się na najwyżej położony plac, z którego roztaczał się widok na całą okolicę awansował do jednej z największych przygód ostatniej wyprawy.

Ja+ Salar de Uyuni:
Co można robić na pustyni? Dużo rzeczy. Podziwiać pelikany, laguny, formacje solne, kaktusy. Jednak osobie będącej na wyczerpaniu finansowym pozostaje złapać stopa na jej środek, a następnie się przejść z powrotem. W sumie siedemdziesiąt kilometrów z dobytkiem na plecach przez największą pustynię solną świata, położoną na wysokości 3500m n.p.m. pustynię.

Dzielenie się pasją
Wszystkie te przygody i podróże na stałe zapisały się w mojej pamięci i miały wpływ na to kim jestem. Jednak to co sprawia mi najwięcej radości to możliwość dzielenia się swoją pasją z innymi. Możliwość inspirowania i czytania o innych, którzy zrobili to samo i postanowili wyrazić się poprzez to co robią. Podróże rowerem, hulajnoga, longbordem, czy nawet maluchem przez Afrykę. Człowiek czyta o takich asach i aż się sam do siebie pod nosem uśmiecha. Warto się swoją pasją dzielić i gorąco do tego zachęcam. Jeśli nie macie pomysłu jak zacząć, to wystarczy odwiedzić stronę - japlus.pl i ze zdjęć przedstawiających wasze zajawki i wyrażających Was, stworzyć własnego gifa. W sposób prosty i bez zbędnych pierdów możecie pokazać co Was kręci i podzielić się tym ze znajomymi. Dla tych którzy pokażą swoje hobby w maksymalnie pozytywny i kreatywny sposób organizatorzy akcji mają nagrody – telefony oraz akcesoria mobilne, które pomogą Wam jeszcze łatwiej, szybciej i w pełny sposób dokumentować Waszą pasję. Wystarczy stworzonym gifem podzielić się ze znajomymi, a Plus co tydzień będzie nagradzał najlepsze z nich.

W przeciwieństwie do prowadzenia bloga, tworzenia długich opowiadań, czy filmów wrzucenie kilku zdjęć w dowolnej kolejności zajmie Wam dosłownie chwilę. Nie ma się co zastanawiać, wchodźcie, twórzcie gify i wyrażajcie siebie z pasją i Plusem :)

4 komentarzy dodanych:

  1. Świetny wpis, historia z Laosu hunorystycznie opisana, choć podejrzewam, że wtedy daleko Ci było do śmiechu! Kilka zdań o Finlandii też podziałało na moją wyobraźnię, kolejny kierunek na mapie podróżniczych marzeń :)
    U mnie zdecydowanie królują wspomnienia ze stopowania i Couchsurfingowych spotkań! Nawet prosty wypad zmienia się wtedy w fantastyczną przygodę :)

    Cieszę się, że blog nadal funkcjonuje :)

  2. Czesc :) Szczerze Ci przyznam, ze nie spodziewalem się tego, ze spotkam jeszcze w polskiej sieci kogoś o tak wielkim talencie pisarskim :) no, no, no :) Chylę czoła przed mistrzem :) Pisz dalej, a wróże Ci naprawdę dobra kariere, choc wrozbita Maciejem nie jestem :) No nic, czekam na kolejny wpis, pozdrawiam serdecznie :)

Dodaj komentarz