Avery
28 stycznia 2015

Jachtostopem przez Atlantyk

 Przepłynąć Atlantyk – to brzmi dumnie. W CV pewnie wyląduje, ale. No właśnie – ALE. Ludzie wyobrażają sobie, że to wyzwanie nie z tej ziemi. Wielotygodniowy rejs, sztormy, niesamowita pustka, brak ratunku w przypadku choroby i zdanie na łaskę Boga. W rzeczywistości z ręką na sercu Wam mówię – przekroczenie Atlantyku, to jedna z najnudniejszych rzeczy jaką zrobiłem w życiu.

 Zanim ruszyłem w podróż wiedziałem, że będą w niej trzy trudne do zrealizowania momenty. Pierwszy, to przejście Camino de Santiago. Tysiąc kilometrów na piechotę, to jednak wyzwanie. Zarówno duchowe jak i fizyczne.  Drugi, to przepłynięcie Atlantyku, a trzeci i ostatni, to dostanie się na Antarktydę. Ostatnio pojawił się jeszcze czwarty, ale o nim napiszę za parę dni. Pierwszy udało się zrealizować, ale dało mi to zupełnie coś innego niż oczekiwałem. Teraz przyszła pora na zmierzenie się z drugim punktem planu.

Zdobycie zaufania pięcioosobowej rodziny w zaledwie tydzień było pierwszą częścią wyzwania. Całość opisałem tutaj, ale niektórzy z Was zarzucili mi manipulację i nieuczciwość. W tym jak myślałem, jak kombinowałem, jak próbowałem się przypodobać i pokazać, że będę przydatnym członkiem załogi, a nie tylko zbędnym balastem do wykarmienia. Udało się. Ba, mało tego, polubiłem rodzinę Matta i jestem gotowy uwierzyć, że ze wzajemnością. Teraz przyszła pora na test tej znajomości oraz na zmierzenie się z żywiołem.

Nie ma sensu, żebym opisywał każdy dzień rejsu, bo niemalże każdy był taki sam. Owszem, bywały sytuacje, że wydarzyło się coś wyjątkowego, ale wbrew pozorom, gdyby nie dzieciaki, książki, papier, długopis i klocki Lego, to umarłbym z nudów.

Wypłynęliśmy w sobotę, w okolicach południa i już po trzech godzinach rejsu Teneryfa oraz górujący nad nią wulkan Teide, kompletnie znikły nam z oczu. Mieliśmy silny północno-wschodni wiatr, który przy obu rozwiniętych żaglach rozpędzał łódkę do zawrotnej, jak dla mnie, stałej prędkości dziesięciu węzłów (przy maksymalnej 7 na HappyHours). Morze było wzburzone, ale to jedynie podkręcało zabawę z żeglowania. Fale mieliśmy od strony rufy, dlatego za każdym razem gdy z nich zjeżdżaliśmy, Nimbus zaczynał „śpiewać”. Dźwięk jedyny w swoim rodzaju, bo wydawał, go nasz ponad dwumetrowy kil, który wpadał w rezonans z powodu zbyt dużych natężeń i prędkości.

Matt na pokładzie

Matt na pokładzie

Dale przy maszcie

Dale przy maszcie

Bujało fest, ale będąc przezornym, przed wypłynięciem wziąłem magiczne pigułki, które w teorii powinny ogłupić mój błędnik i sprawić, że choroba morska mnie nie tknie. Niestety, mimo całej frajdy – fal, wiatru, pełnych żagli i kursu na Karaiby –późnym popołudniem poczułem, że muszę się zdrzemnąć. A to było pierwszą oznaką tej paskudnej przypadłości.

W drodze do swojej koi przez myśl przeszedł mi jeszcze pomysł, który też sprawdzał się na poprzednim rejsie – „zjedz coś przed snem, to jest większa szansa, że przetrawisz w całości”. Dlatego nie zastanawiając się wiele,  stanąłem przy wykonanym na początku lat dziewięćdziesiątych drązowym aneksie kuchennym i obijając się od szafek, sięgnąłem po chleb tostowy. Na początku chciałem go posmarować ukochaną Nutellą, ale koniec końców ciekawość wzięła górę  i zjadłem kilka kromek ze stojącym na wierzchu masłem orzechowym. Nie za dużo, nie za mało. Ot tyle, żeby się upewnić, że wystarczy na kilka godzin i wszedłem do kajuty, którą dzieliłem z Dale’em.

Było to stosunkowo małe pomieszczenie, w którym znajdowały się dwie koje. Jedna nad drugą. Oczywiście mnie, jako przysłowiowemu majtkowi, przypadła ta gorsza, czyli górna. Oznaczało to mniej więcej tyle, że będzie w niej po pierwsze duszniej, a po drugie, jak będzie bujać i spadnę, to będzie boleć. Niezdarnie wskoczyłem na piętro i częściowo przykrywając swoim wysłużonym śpiworem, położyłem się próbując zasnąć. Zamknąłem oczy i z filozoficznym stwierdzeniem – pigułki „gie” dają – obróciłem się na obok. Ledwie zasnąłem, a poczułem, że łodzią mocno rzuciło do góry i w bok. Otwieram oczy i nie wierzę – lecę. Koja po mojej prawej i bynajmniej nie jest mi oparciem. Wszystko jak w slow motion. Zaczynam spadać jednocześnie przemieszczając się w poziomie. Rozpaczliwie próbuję się czegoś złapać, ale że niespecjalnie jest czego, z hukiem uderzam głową o drzwi, a tyłkiem o podłogę. To że bolało, to mało powiedziane. Przez chwilę się bałem, że przedziurawiłem dno i zaczniemy tonąć, bo do ciężaru kotwicy niewiele mi brakuje, ale na szczęście podłoga okazała się twardsza od mojego tyłka i zostawiła po sobie pamiątkę w postaci potężnego siniaka na prawym półdupku, który wciągu kolejnych dni zjechał w dół, na udziec. Głowa natomiast dorobiła się uczciwych rozmiarów guza.

- Nie ma opcji, żebym tam spał, bez pasów bezpieczeństwa – pomyślałem, podnosząc się obolały z wysłużonej i pokrytej welurem podłogi. Z zacząłem się rozglądać w poszukiwaniu lepszego miejsca. Już po chwili stwierdziłem, że przecież mogę spać w kambuzie aka salonie. Zapytałem się Matt’a, czy nie ma nic przeciwko, a gdy zdziwiony się zgodził, wskoczyłem na kanapę i po zblokowaniu się z każdej strony poduszkami, stabilnie leżałem prawie na poziomie gruntu.

Na Nimbusie moim głównym zadaniem, podobnie jak na podczas rejsu z Gibraltaru na Wyspy Kanaryjskie, było trzymanie jednej z trzech nocnych wacht. Z Mattem dogadałem się, że będę pełnił tę trwającą od północy do czwartej nad ranem. Przez pierwsze dwa dni pełnił je razem z mną, bo jak sam powiedział, chce się upewnić, czy na sto procent może mi powierzyć bezpieczeństwo swojej rodziny, ale nie miał się czego obawiać. W porównaniu do Happy Hours, wachty na Nimbusie były luksusem.

Po pierwsze nie trzeba było siedzieć na zewnątrz, tylko w zabudowanym kokpicie, który chronił od wiatru, deszczu, zimna i rozbryzgującej się wody morskiej. Nie trzeba było też kursować pod pokład, żeby sprawdzić AISa, bo Matt miał go zainstalowanego w tablecie, który cały czas był obok autopilota. Oprócz tego olbrzymim luksusem był radar z prawdziwego zdarzenia. Taki jaki zdarzało się widzieć na filmach o łodziach podwodnych, z zielonym wyświetlaczem i obracającym się zgodnie ze wskazówkami zegara – czytnikiem. Nie tylko pokazywał jednostki w promieniu 30 mil, ale również ewentualne deszcze, burze oraz większe szkwały. Jeśli dodamy do tego autopilota, który również był w środku i można było dowolnie zmieniać kurs wciskając jeden z czterech guzików, to mamy przepis na najłatwiejsze wachty z możliwych. Owszem i tak trzeba było wychodzić raz na dwadzieścia minut, żeby rozejrzeć się po okolicy, ale było to nawet przyjemnym obowiązkiem.

Do lądu daleko

Do lądu daleko

Pierwsza wachta oczywiście była częściowo moją porażką, bo jak to określił Matt – „Penaut Butter Down!”, czyli co zjadłem, to cofnąłem. Kulturalnie w toalecie.

Toaleta. Mówię Wam, o historiach toaletowych na jachcie, to można książki pisać.

Zacznijmy od tego, że im większa toaleta tym ciężej. Na Happy Hours, nawet przy dużych falach, można było się zaprzeć jedną nogą o umywalkę, ręką o drzwi i głową o sufit i miało się względnie stabilną pozycję, żeby po ludzku się załatwić. Na Nimbusie było o wiele trudniej, bo zwyczajnie było więcej miejsca. Praktycznie każda wizyta miała więcej wspólnego z konkursem strzeleckim, aniżeli wizytą w oazie spokoju. Facet stoi i próbuje się skupić i BUM. Fala z prawej burty, a Ty przechylasz się do tyłu i mimo ugiętych w kolanach nóg, czujesz, że zaczynasz pudłować. Już pal sześć jak spudłujesz i poleci gdzieś obok, ale jak skapnie do zęzy, to już nieciekawie. Oczywiście, dziewczyny mogą powiedzieć, że wystarczy usiąść i po sprawie, ale należę do facetów, którym od zawsze wpaja się jedną z ważniejszych męskich zasad – facet na kiblu nie siada dopóki naprawę nie musi. KMWTW.

Warto też wspomnieć, że jeśli łódką rzucają dość duże przechyły, to przy nie najlepszej konstrukcji systemu odprowadzającego wodę, często się zdarza sytuacja, że podnosisz klapę, a tam wszystko co zostawiły cztery osoby przed Tobą (jeśli oczywiście niewystarczająco długo naciskały spłuczkę, a dzieciom zdarzało się to nagminnie). W formie zmielonej, z dodatkiem słonej wody, aczkolwiek wciąż z zauważalnymi elementami wczorajszego obiadu. Tak, na marginesie, to nie życzę nikomu, żeby kibel mu się w czasie rejsu zepsuł, bo wtedy to dopiero jest o czym pisać.

Kolejną sprawą, tym razem kompletnie poważną, ale o humorystycznym zabarwieniu, jest badanie wszystkich cech tego co w muszelce zostawiacie, bo to jeden z najprostszych sposobów, żeby zobaczyć, czy jesteście odpowiednio nawodnieni i czy nie dzieje się nic niepokojącego. Zwłaszcza, że na początku choroby morskiej woda będzie ostatnią rzeczą, którą będziecie chcieli pić.

Nauczony doświadczeniem, już na początku rejsu poprosiłem Matta o podział obowiązków. Co, kto i robi i kiedy, żeby później nie było spornych sytuacji. Dlatego jak tylko oddaliliśmy się od portu, Matt powiedział.

- Pasha, oprócz wachty odpowiadasz za zmywanie po śniadaniu, obiedzie i kolacji oraz mycie szyb z soli w kokpicie raz dziennie. Dale za suszenie i chowanie rzeczy do szafek plus nawigacja, a Molly i ja dzielimy pomiędzy siebie obowiązek gotowania. Do tego sprzątanie całego pokładu raz na pięć dni i w tym bierze udział każdy. Obiekcje?

Jak dla mnie? Bajka!

Śniadanie in progress

Śniadanie in progress

Pierwsze dni były tak naprawdę bezproblemowe. Innych statków na horyzoncie, jak na lekarstwo. W sumie przez cały rejs widzieliśmy może z pięć z czego tylko dwa w zasięgu wzroku a pozostałe trzy na radarze. Płynęliśmy zadziwiająco szybko, bo średnią prędkość, przy wietrze w okolicach 20-25 węzłów, utrzymywaliśmy na poziomie ośmiu węzłów, więc dobowo pokonywaliśmy w okolicach 180-200 mil morskich. Punktem zwrotnym był dzień piąty, kiedy to kapitan zarządził wyciągnięcie spinakera. Dla mnie była to nowość, więc byłem odpowiedzialny jedynie za szoty, a Matt z Dalem zajęli się resztą. Początkowo wszystko szło gładko. Udało się wyciągnąć żagiel na pokład, a następnie zaczepić i powiązać w odpowiednich miejscach. Jedyną rzeczą, która pozostała, to jego podniesienie i rozwinięcie. (Tak na marginesie, właśnie zdałem sobie sprawę, że wiem jak nazywa się 90% elementów jachtu ale w języku angielskim, a jak coś jest po polsku, to nie mam pojęcia)

LEGO!

LEGO!

Widoczek2

Widoczek1

Widoczek1

Widoczek2

Stopniowo zaczęliśmy rozwijać tego olbrzyma, ale nagle coś poszło nie tak. Jego górna część zaplątała się wokół własnej osi. Być może nic by się nie stało, gdyby nie fakt, że już w połowie był rozwinięty, a wiało naprawdę dość porządnie.

Nagle wszystko zaczęło się toczyć naprawdę szybko. Dolna cześć spinakera zbliżyła się do powierzchni oceanu i któraś fala z kolei dosłownie ściągnęła go w dół.

- Pasha! Wybieraj! Szybko! – Krzyknął Matt z dziobu.

Wybieram szota możliwie szybko, ale widzę, że to nie pomaga, a nawet pogarsza sprawę, bo coraz większa cześć żagle ląduje w wodzie.

Kolejny podmuch wiatru i ni stąd ni z owąd, nagle mamy pełny wiatru żagiel, który unosi się nad wodą.

- Pasha! Luz! Cały luz! – słyszę, więc szybko luzuję szota, ale trzykrotnie zawinięty dookoła kabestanu luzuje się zbyt wolno. Nie zastanawiając się wiele zdejmuję kolejne pętle na kabestanie i luzuję szota tak, żeby udało się wciągnąć żagiel z powrotem na pokład. Wtedy kolejny mocny podmuch wiatru i szot, który akurat trzymałem w dłoni, wyrywa się z ogromną siłą parząc mi dłonie i niemalże urywając ramię razem z barkiem.

- Pasha! Puszczaj, bo Ci ręce poparzy! – krzyknęła Molly, która stała za sterem.

I weź tu bądź mądry. Z jednej strony pali Ci łapy, a z drugiej wiesz, że jak puścisz, to spartolisz misję. Na szczęście wiatr zelżał, więc udało mi się ponownie zarzucić pętle na kabestan i zablokować szota.

Jednak na dziobie nie wyglądało to najlepiej. Spinaker wciąż był w wodzie i chłopaki nie mogli sobie z nim poradzić. Nagle całość zaczęła napierać wody i nie było już co próbować.

- Pasha, luzuj i wrzucaj szota do wody, bo nam spinaker do pod łódkę idzie. – Krzyknął Matt, który już po chwili był na rufie i z bosakiem w dłoni próbował operować unoszącym się na wodzie spinakerem. Wprawdzie praktycznie staliśmy już w miejscu, ale było jasne, że żagiel zahaczył nam o coś pod łódką, bo nijak nie idzie go wyciągnąć.

Mocowanie się z nim i wyciąganie go z wody, zajęło nam trzy godziny, w trakcie których zdążyliśmy go nawet porwać i napocić się pierwszorzędnie. Co ciekawe, byłem pewny, że Matt będzie zły lub zirytowany, ale ku mojemu zdziwieniu i uldze wciąż reagował na wszystko z uśmiechem i dowcipem. Jedyną osobą, która przeżywała wszystko najbardziej była Molly. No i Avery. Ta najmłodsza, sześcioletnia członkini rodziny, jak tylko wyczuwała nerwową atmosferę, to zaczynała płakać, że zaraz zatoniemy i swoim zwyczajem zaczynała ssać kciuk i chować się pod ulubionym ręcznikiem.

Od czasu przygody ze spinakerem zaczęło się tygodniowe żeglowanie z prędkością nie przekraczającą sześciu węzłów, a czasem, gdy już kompletnie nie było wiatru, nawet z użyciem silnika. Był to też moment, kiedy zarówno Molly, jak i dziewczynkom, skończyła się choroba morska, więc wszyscy byli już w formie.

Nauka z Pashą

Nauka z Pashą

Męskie pogaduchy

Męskie pogaduchy

Na dziobie

Na dziobie z paluchem

Każdy dzień wyglądał niemalże identycznie. Budziłem się o 8 rano i po zjedzeniu płatków z mlekiem, siedziałem przez trzydzieści minut  w kokpicie  i albo  rozmawiałem z Mattem, albo gapiłem się w przestrzeń. Gdy już komórki zaczynały w miarę sensownie pracować, a wszyscy byli po śniadaniu, schodziłem pod pokład i brałem się za zmywanie naczyń. Z reguły nie zajmowało to więcej niż 15 minut, po których ponownie wychodziłem do kokpitu, gdzie toczyło się prawie całe nasze życie towarzyskie.

Wprawdzie pierwsze cztery dni były raczej chłodnawe, ale gdy przekroczyliśmy zwrotnik raka było już upalnie, dlatego obowiązek mycia szyb starałem się wykonywać przed dziesiątą, żeby się nie spocić. Brzmi śmiesznie, ale jeśli płyniecie ze świadomością, że macie możliwość jednego prysznica (czyt. 1,5L butelka wody do zużycia) na cały rejs, to wszystko robicie tak, żeby się nie spocić. Z reguły koło południa zawsze chodziłem na swoją dwugodzinną drzemkę, a gdy się budziłem jadłem przygotowany przez Matta lunch i sprzątałem po nim. Czas od drugiej do szóstej po południu spędzałem a to pisząc, a to czytając książki, które były na pokładzie, a to bawiąc się klockami lego, albo co drugi dzień rozwiązując zadania z matematyki z Lily i pisząc pamiętnik z Henrym.

Kokpit

Kokpit

Kokpit2

Kokpit2

Gdy zaczynało się ściemniać Molly przygotowywała obiad, na który z reguły były makarony, pizze, sałatki, czy też ziemniaki (co ciekawe królowały ziemniaki ze skórką, które były jedynie podsmażane na patelni), a następnie sprzątanie całej kuchni, herbatka na spokojny sen i godzina rozmów dorosłych w kokpicie. Dopiero wtedy kładłem się spać i do północy drzemałem, bo wtedy zaczynała się moja wachta. Te natomiast wyglądały tak jak poprzednim rejsie z tą różnicą, że, tak jak wspomniałem, były dużo bardziej przyjemne.

Drugim największym wydarzeniem (poza popsuciem spinakera) były święta Bożego Narodzenia i powiem Wam szczerze, że nie pamiętam kiedy ostatnio się nimi tak przejmowałem. Czemu? Ano temu, że dzieciaki wciąż wierzyły w  Świętego Mikołaja! Kurde, mówię Wam, wieki minęły od czasów kiedy mój dziadek przebierał się za Mikołaja i już kompletnie zapomniałem jaka to frajda wierzyć, że naprawdę przylatuje na swoich saniach, wskakuje przez komin i zostawia prezenty pod choinką.

Dwa dni przed świętami zacząłem powoli się przygotowywać. A że nie na łodzi nie było się specjalnie czym przejmować, to misja podłożenia prezentów tak, żeby dzieci myślały, że zostawił je Mikołaj, stała się nijako wszystkim co zajmowało moje myśli. Tuż na początku swojej wachty, dzień przed wigilią, pierwszy raz poruszyłem temat świąt z Molly i Mattem.

- Słuchajcie, bo generalnie, to kupiłem dla dzieciaków prezenty na święta i chciałem się dowiedzieć jak i kiedy je w Stanach wręczacie. Mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko temu, że dostaną coś ode mnie – powiedziałem niezdarnie, bo w sumie nie wiedziałem jak ugryźć temat.

- Pasha! Poważnie masz prezenty dla dzieci? Kiedy Ty je kupiłeś? – zapytała z miłym zaskoczeniem Molly.

- Jak mi w wieczór przed wyjazdem napisałaś, że chcecie mnie zabrać, to pobiegłem prosto do sklepów coś kupić – odpowiedziałem nieco zmieszany i cieszyłem się, że jest ciemno, bo nie wiedzieć czemu się zarumieniłem.

- Super! Dzięki wielkie Pasha! Nie spodziewaliśmy się! – powiedział Matt klepiąc mnie po plecach. – Plan jest taki, że jutro wywiesimy na maszcie lampki, żeby „Mikołaj wiedział gdzie jesteśmy i lepiej nas widział”, a gdy dzieci pójdą spać, to rozłożymy prezenty pod stołem. Prawdopodobnie na Twojej wachcie będziemy wszystko przygotowywać. Po ustaleniu szczegółowo grafiku pakowania prezentów i ich podkładania objąłem swoją wachtę.

Wenus(?) i lampki

Wenus(?) i lampki

Noc jak każda inna. Spokojne morze z falami nie przekraczającymi metra, wiatr w porywach do dwudziestu węzłów i oba żagle rozwinięte. Sprawdziłem radar, żeby mimo bezchmurnego nieba, upewnić się, że na horyzoncie nie ma żadnych burz i usiadłem na zewnątrz patrząc się na gwiazdy. Jakoś z głowy mi wypadło, żeby na Teneryfie podszkolić się w konstelacjach, więc swoim zwyczajem znalazłem Wielki i Mały Wóz, które znajdowały się tuż nad linią dzielącą ocean od nieboskłonu, a następnie powędrowałem wzrokiem dalej w poszukiwaniu gwiazdy polarnej.

- Pierwsze święta poza domem – po raz setny w ciągu ostatnich kilku tygodni pomyślałem o tym samym jednocześnie zdając sobie sprawę, że to już jutro – przecież to tylko kolacja bez mięsa i dwa dni sprzątania przed nią – myślałem dalej jakby próbując przedstawić dwie najgorsze rzeczy, które zwykły sprawiać, że magia świąt pryskała za każdym razem kiedy Mama mówiła mi i bratu, że święta już jutro, a my jak zwykle mamy syf w pokoju i jeśli nie posprzątamy, to będzie szlaban na komputer. Problem w tym, że im człowiek starszy, tym bardziej zaczyna święta Bożego Narodzenia doceniać.

Zostałem wychowany w katolickiej i tradycyjnej rodzince, więc wszystko zwykło być jak w stereotypowym obrazku. Począwszy od wczesnych lat dziewięćdziesiątych, kiedy to rodzice mając dwadzieścia parę lat, mieszkali w dwupokojowym mieszkanku z trójką dzieci i mimo dobrych studiów, ledwo wiązali koniec z końcem. Rok w rok wozili mnie, mojego brata i siostrę od Wigilii u jednej babci (babcia „hau” bo miała psa) do drugiej (babci „am” bo ciągle gotuje). Najpierw czytanie biblii przez głowę rodziny – dziadka, modlitwa, dzielenie się opłatkiem, z każdą z osób obecnych przy stole, jedzenie potraw bez mięsa, aż w końcu wyczekane prezenty od dziadków. Gdy wracaliśmy do domu każde z nas udawało, że śpi, żeby tylko Tata nas wniósł na czwarte piętro, bo byliśmy zbyt objedzeni i zmęczeni, żeby chodzić.  Oczywiście, jak każde dziecko w tym wieku, też zawzięcie wierzyliśmy w Świętego Mikołaja. Za każdym razem, gdy już byliśmy w piżamach, razem z Mamą siedzieliśmy do późnej nocy i z klejącymi się oczyma patrzyliśmy w niebo i szukaliśmy spadających gwiazd. Z reguły to one były znakiem, że Mikołaj już się pojawił, ale był tak szybki, że widzieliśmy tylko smugę światła. W tym czasie Tata zajmował się preparowaniem śladów butów w śniegu na balkonie i wnoszeniem do „dużego pokoju” białego puchu, który ciągnął się aż pod ręcznie strojoną choinkę, pod którą lądowały wymarzone prezenty. Oczywiście, jak wszystko również przekonanie o istnieniu wielkiego,  ubranego na czerwonego i targającego worek prezentów Świętego Mikołaja prysło. Stało się to podczas któreś z Wigilii, gdy zauważyliśmy (a raczej nasz najstarszy kuzyn), że podczas rozdawania prezentów nasz Dziadek gdzieś zniknął i pojawił się dopiero po wszystkim. Oczywiście jako wymówkę podał zepsuty zamek w toalecie, ale jakoś mu nie uwierzyliśmy.

Pierwszy dzień świąt zawsze był moim ulubionym dniem. W naszej rodzinie panowała zasada, że tego dnia każdy robi co chcę. Na śniadanie jemy podsmażane na patelni pierogi z kapustą i grzybami autorstwa mojej Mamy z targanką, a później możemy cały dzień chodzić w piżamach, czytać książki i nic więcej nie robić. Drugi dzień świąt zawsze był przeznaczony na wizytę u któreś z babć i „normalny” obiad.

Z upływem czasu w każdej wigilii zaczynało chodzić o coś więcej. Prezenty zaczęły schodzić na dalszy plan i z reguły co roku zaczynaliśmy być zaskakiwani nową parą skarpet lub bokserek. Coraz bardziej zaczynało chodzić o wspólnie spędzony czas, o modlitwę i rozmowy w gronie osób, które są rodziną. Rodziną, na którą zawsze możesz liczyć. Rodziną gdzie bycie chrzestnym nie jest jedynie pustym tytułem, ale prawdziwym zobowiązaniem do bycia kimś ważnym w życiu osoby przy której chrzcie się stało się ze świecą. Rodziną, która miewa swoje mniejsze lub większe problemy, kryzysy i dramaty, ale trzyma się razem i wspiera w każdej sprawie. Rodziną, która o problemach rozmawia, a nie pozwala im się kisić i drążyć umysły stając się w ten sposób trucizną, która niszczy. Rodziną, która tworzy i dzieli się swoimi marzeniami. Rodziną, która którą wiążą nie tylko więzi krwi, ale również poczucie, że możemy na sobie polegać bez względu na wszystko.

Spuściłem głowę i spojrzałem w pozostawiany za nami biały ślad spienionej wody, który po kilkudziesięciu metrach znikał i nagle zrobiło mi się cholernie smutno. Jestem na środku oceanu, a rodzinka pewnie teraz w najlepsze wsuwa czerwony barszcz z kołdunami Babci, śmiejąc się i żartując, gdy obok wesoło pali się kominek, a za oknem śnieg. Jakimś cudem jestem jedynym wariatem w tej rodzince, który postanowił sobie śmigać po świecie w tak dziwny sposób jakim jest autostop. Chociaż z drugiej strony, może każda rodzina musi mieć pośród siebie swojego rodzaju bezpiecznik normalności. Jednego spośród wszystkich, takiego Przemka, który weźmie wszystkie te elementy szaleństwa jakie nosimy w sobie i wywiezie je na środek oceanu.

Swoją drogą często słyszę od obcych i znajomych mi osób, że jestem wyjątkowy wariat i ciężko spotkać drugą taką osobą, ale to chyba nie do końca tak jest. Tak naprawdę, choćbyśmy tego nie chcieli, to każdy z nas jest swojego rodzaju echem. Odbiciem swojej rodziny i tego jaki kształt nadało nam nasze dzieciństwo. A jedno i drugie niezmiennie wiąże się ze świętami Bożego Narodzenia.

Pewnie nie jeden prychnie czytając i sobie w myślach skomentuje, że przecież za rok też są święta. No raczej! Prawda! Ale kiedyś, kiedy przechodziłem względnie spokojny okres buntu i negowania sensu świąt, ktoś z rodziny powiedział mi rzecz, którą zapamiętam do końca życia. Święta są ważne i nie można ich lekceważyć. Nigdy! Kropka. Trzeba je obchodzić z tymi, których kochasz, bez względu, czy masz ochotę, czy nie. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy pozostaną Ci już tylko wspomnienia.

Nad takimi przemyśleniami zeszła mi cała wachta. Z zamyślenia wyrwał mnie dopiero o czwartej w nocy Dale, który wspiął się po drewnianych schodkach do kokpitu i cicho szepnął „Merry Christmas Pasha!”

I na koniec jak zwykle tradycyjna już prośba. Jeśli się podobało, to będę wdzięczny za wsparcie akcji „Autostopem dla hospicjum”, w ramach której zbieram 100 tys. złotych dla najmłodszych podopiecznych gdańskiego hospicjum ks. Dutkiewicza. Na chwilę obecną mamy 41 tysięcy złotych i wsparło nas prawie 1600 osób. Dużo i nie dużo, ale do celu jeszcze daleko, więc będę wdzięczny za pomoc pod tym linkiem – Autostopem dla hospicjum

DSC_1313

20 komentarzy dodanych:

  1. Bardzo podobał mi się fragment o Twoich świętach. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze i będziesz marznął w lodowcach! :) Serdecznie pozdrawiam i życzę powodzenia!

  2. Niesamowity wpis… i jak zawsze mi smutno, że skończył się tak szybko! Dzięki za dobry początek dnia! :)
    PS. Jestem pod wrażeniem rozwoju Twojego warsztatu pisarskiego! :) Pisz częściej, żebyśmy mogli być bardziej na bieżąco z Twoją podróżą :)

  3. To prawda Święta bez rodziny to nie Święta też się o tym w tym roku przekonałam spędzając je na „obczyźnie”. I dopiero wtedy chyba zrozumiałam jak ważny i cenny to czas :)

  4. Zgadzam sie z tym ”kims” z rodziny. Od wielu lat jestem poza domem, pomieszkiwujac w roznych krajach, i raz tylko opuscilam swieta z rodzina, ale o raz za duzo…

  5. Świetny wpis. :) Na początku się uśmiałam, a na koniec wzruszyłam. Jesteś cudownym człowiekiem, Przemku. Trzymam bardzo mocno kciuki za Twoją podróż. Dokładam od siebie „grosz” do akcji i namawiam znajomych. :)

  6. Uśmiałam się w głos, przejęłam się sprawą ze spinakerem, zamyśliłam się i zrobiło mi się melancholijnie myśląc o rodzinie, magii świąt i wierze:) Tyle uczuć w kilka minut;) Bardzo fajny wpis.

  7. Wzruszyłam się czytając fragment o Świętach, uśmiałam się czytając fragment o toalecie.
    Generalnie nie znam Cię, a czytając twoją książkę, wpisy mam wrażenie, że jesteś moim dobrym kumplem… naprawdę masz dar pisarski.

    Powodzenia, dobrego! +

    Wspieram akcję i przekazuję info o niej dalej!

  8. Przemek jakie tabletki od choroby morskiej brałeś? Ja na szczęście nie mam tej przypadłości, ale pływałam z dziewczyną, która chorobę morską miała nawet przy niewielkich falach. Pomogły jej marokańskie specyfiki „Dramamine”. Zastanawiam się czy też je brałeś i były za słabe czy może trafiłeś na co innego.

    PS. Cieszę się, że wszystko się udało i trzymam kciuki za dalszą podróż :)

  9. 15 min czytania! :) Pash, coraz lepiej i lepiej piszes! Tak dla zabawy zobaczyłem Twoje wpisy z 2009 roku i różnica kolosalna! Gratulacje i czekam na dalsze wieści i filmy! PozdPozdrowienia ze stolicy! :)

  10. Z Tobą to się można i pośmiać i wzruszyć! Piękne podejście do religii i świat… Pisz cześciej, bo robisz to co najmniej znakomicie!

  11. piekny wpis… :)

    a tak serio, kto ze chce ze mna jachtostopowac? bo jak czytam Przemka wpisy to jedną reką i nogą sie pakuje ;D tez tak chce i kiedys to zrobie chociaz by na Ibize ;P
    pozdro i czekam na kolejne wpisy szaleńcu

  12. pięknie napisane, zamówiłam i czekam na Twoją książkę :) chciałabym kiedyś posłuchać tego na żywo, mam nadzieję,że będziesz opowiadać gdzieś na forum o swoich podróżach ! :) pozdrawiam serdecznie

  13. Pięknie napisane! Aż mi się łezka w oku zakręciła jak czytałam część o Bożym Narodzeniu. Doskonale Cię rozumiem, bo też w 2014 roku pierwszy raz spędzałam święta bez rodziny. Mimo, że z chłopakiem i znajomą parą to jednak nie to samo co w Polsce… Powodzenia w dalszej podróży, trzymam kciuki cały czas!

Dodaj komentarz