Laos autostopem

Słowem wstępu.
Wiem, że sporo osób czekało na ten wpis i się nie dziwię. 3 dni, które opisałem niżej sprawiły, że po raz pierwszy w podróży musiałem iść na policję, kontaktować się z naszą ambasadą i drugi raz w życiu uciekać ile sił w nogach. Zdaję sobie sprawę, że część osób pewnie nie będzie chciała uwierzyć, ale naprawdę, mam talent do pakowania się w popaprane historie. W zeszłym roku Irańczyk z nożem, a w tym jeszcze groźniej. Dodatkowo pierwszy raz w życiu mam świadka, który wraz ze mną uczestniczył we wszystkich wydarzeniach, więc tak, cała historia, choćby nie wiem jak nieprawdopodobnie brzmiała, jest prawdziwa.

Dzień 64

Zaczęło się niepozornie. Spakowalismy namiot i plecaki, a następnie wyszliśmy na trasę. Staliśmy dobre 30 minut, gdy z oddali zauważyłem dwóch rowerzystów. Po raz trzeci natknąłem się na Jamesa i Ashley’a. Zatrzymali się, pogadali z nami i pół żartem, pół serio, pożegnaliśmy się słowami ‚See you in Vang Vieng’, gdzie zmierzali zarówno oni jak i my.

wpid-IMG_20130928_085425.jpg

Po kolejnych 30 minutach wyglupow i próbach zatrzymania aut, w końcu się udało. Na pobocze zjechała terenowa honda, z młodym małżeństwem. Wprawdzie nie mówili po angielsku, ale dzięki mojej karteczce, na której miałem wyjaśnione wszystko po laotansku, dogadalismy się, że nas zostawią w Vang Vieng.

wpid-IMG_20130930_045058.jpg

Droga przebiegała spokojnie i poza licznymi serpentynami, które powodowały mdłości, jechało się całkiem dobrze. Dopiero 30km przed celem naszej wyprawy, padła nam w aucie chłodnica. Jako, że głupio było nam ich tak samych zostawiać, to czekaliśmy z nimi, aż silnik ostygnie.

wpid-IMG_20130930_050959.jpg

Awaria nieco pokrzyżowała nasze plany, bo z resztą ekipy umówiliśmy się, że w południe jedziemy nad błękitną lagune. Postanowiliśmy zadzwonić do Phila i powiedzieć, żeby nie czekali i że do nich dołączymy po południu.

wpid-IMG_20130930_051128.jpg

W mieście pojawilismy się dopiero o 15, bo nasi kierowcy w ramach podziękowania zaprosili nas jeszcze na obiad. A tam zaczęła się najdroższa przygoda mojego życia.

wpid-IMG_20130930_051232.jpg

Plan mieliśmy prosty. Wynająć motor i dołączyć do reszty ekipy, która była 20km za miastem. Przeszliśmy się do wypożyczalni, wybraliśmy motor i wtedy zrobiłem głupotę, z której wcześniej nie zdawałem sobie sprawy. Zostawiłem paszport w depozycie. Generalnie jest to wymóg w każdej wypożyczalni i zabezpieczenie na wypadek kradzieży czy uszkodzenia motoru. Do tej pory nie przeszło mi przez myśl, że może być on wykorzystany w inny sposób.

Otóż przeparkowałem go na drugą stronę ulicy, gdzie były dwie rzeczy – sklep spożywczy i bar. Wszedłem do sklepu, żeby kupić wodę i jedzenie nad jezioro, a Stef przeszła się w poszukiwaniu kanapek. Gdy mieliśmy ruszać, okazało się, ze do baru obok zajechali znajomi z poprzedniej miejscowości,więc wszedłem się z nimi przywitać i pech chciał, że usiadłem na zepsutym stołku. Straciłem równowagę, poleciałem do przodu, łapiąc się jakieś przypadkowej linki i tracajac głową półkę z kieliszkami i kubkami.

wpid-IMG_20130930_051657.jpg

Na początku wszystko wyglądało na zmasakrowane, ale okazało się, że jedyne straty, to 5 tandetnych kubków i 16 kieliszków do wina.

wpid-IMG_20130930_051444.jpg wpid-IMG_20130930_051528.jpg wpid-IMG_20130930_051614.jpg

Uspokoiłem się i na prośbę pracowników, poczekalismy ze Stef na właściciela.

Przyjechał po 15 minutach i zaczął odstawiac sceny. Płacz, krzyk i zgrzytanie zębów. Dosłownie, aż się śmiałem, bo facet dramatyzował jakbym mu pół rodziny zmasakrował, a to było tylko kilka kubków i kieliszki. Powiedział, że spokojnie i zapłacę lub je odkupie i nie ma sensu robić scen. Powiedział, że musi policzyć ile go to będzie kosztowało i na chwilę znikł nam z oczu.

W międzyczasie rozmawiałem ze Stef i wspólnie doszliśmy do wniosku, że nie ma opcji, żeby wszystko razem kosztowało więcej niż 50€, ale wtedy wrócił właściciel, który oznajmił nam, że jego zdaniem straty są warte 350€. Aż parsknałem śmiechem. Tłumaczę mu, że nie dam więcej niż 50€ co i tak jest już z mojej strony gestem. I wtedy znikł ponownie, a gdy się pojawił, trzymał w ręku mój paszport. ’350€ albo nie oddzyskasz paszportu’. Zdebiałem. To był błąd, bo powinienem w tym momencie zabrać mu paszport i skończyć temat, a pomyślałem jedynie, że po prostu pójdę na policję. Przez tę chwilę zawahania mój paszport znikł. Później okazało się, że posterunek zamknięty, bo niedziela, więc byliśmy uziemieni. Chłopaki nie odbierali telefonu, więc stwierdzilismy, że bunkrujemy się w hostelu i rano idziemy na policję.

Na miejscu poznaliśmy właścicielkę, która jest Australijka i mieszka w Vang Vieng od ponad roku. Powiedziała, że z chęcią nam pomoże. Z miejsca pojechała pogadać z pracownikami, ale gdy wróciła, to ze smutkiem oznajmiła, że szefa już nie było. Nie mniej jednak stworzyliśmy plan działania i z pomocą lokalnej kucharki, realny kosztorys strat. Wyszło nam 20€.

Stwierdziliśmy, że dalsze walkowanie tematu jest bezsensowne, więc po prostu poszliśmy na spacer, a później zalegliśmy w kime.

Dzień 65

Wstalismy z samego rana i równo o 9 czekaliśmy już pod drzwiami posterunku. Ciężko to było nazwać komisariatem, bo była to po prostu buda z 2 pokojami i przedsionkiem.

Zaczęliśmy rozmawiać z sympatycznie wyglądającym, młodym policjantem, któremu wszystko wytlumaczylismy i byłem niemalże pewny, że spotkałem się ze zrozumieniem. Niestety, w hierarchii nad nim był jeszcze gruby, spocony i kompletnie skorumpowany gliniarz, którego moja historia nie interesowała i jedyne pytanie jakie zadał brzmiało ‚Masz międzynarodowe prawo jazdy na motor?’. Już pomijam fakt, że to był klasyczny skuter i w całym Laosie mało kto ma akiekolwiek dokumenty, ale gdy ponownie próbowałem skierować rozmowę na ewidentna kradzież mojego paszportu z depozytu, to mi przerwał i oznajmił, że za jazdę bez prawa jazdy jest mandat wysokości 300€.
Po raz kolejny w Vang Vieng zdebiałem. Facet nawet nie bawił się w grę pozorów, że chce mi pomóc, tylko praktycznie wprost chciał mnie oskubac.

wpid-IMG_20130930_051818.jpg

Zrezygnowani wróciliśmy do hostelu, gdzie wraz z Australijską właścicielką doszliśmy do wniosku, że ostatnim sensownym wyjściem jest pójść do właściciela baru i negocjowanie ceny.

Poszliśmy wszyscy razem i chyba jeszcze nigdy się tak nie ponizyłem. Prosiłem, opowiadałem historie, tłumaczyłem, że podróżuje najtaniej jak się da, ale po kolesiu splywało to jak woda po kaczce. Gdy pytaliśmy za co chce tyle kasy, to usłyszałem chyba najglupsze teksty w swoim życiu. Na początku tłumaczył, że straci klientów, którzy nie będą mieli w czym pić wina, a zanim przyjdą nowe, to minie miesiąc. (stluczone kieliszki były bardziej zakurzone niż maskotki pod moim łóżkiem). Gdy Australijka powiedziała mu, że chętnie odstąpi te które ma u siebie w hostelu, to znalazł coś jeszcze lepszego. Powiedział, że w sumie nie chodzi o kieliszki tylko o Karme. Jeśli raz cos takiego stało się w jego barze, to już nigdy mu się nie będzie powodzic i żeby ją odwrócić musi albo wybudować nowy bar albo poprosić mnichów, żeby wyswiecili go na nowo (oczywiście mnisi nie świecą barów). Powiedzieliśmy, że chętnie zapłacimy również mnichom. Powiedział, że musi się zastanowić i kazał nam wrócić za godzinę.

Mieliśmy ze Stef dość. Chlopacy nie odbierali, Australijka odpuściła, więc byliśmy zdani na siebie. Wrocilismy do hostelu i po rozmowie stwierdziliśmy, że musimy zakończyć sprawę dzisiaj, bo oboje już mamy dość miasta i ludzi. Trochę to przykre, ale niestety prawdziwe, że trafiasz na jednego dupka i wpływa on na sposób postrzegania przez Ciebie całego kraju.

Wróciliśmy po godzinie i znowu tłumaczenia, że nie mam pieniędzy, a ten jeszcze mnie poniża i mówi, żebym czekał aż zje obiad, to pomyśli. Więc siedzę i czekam wyglądając jak zbity pies, ale w środku, to aż się we mnie gotowało.

W końcu przyszedł i rzucił cenę 200€, bo był sentymentalnie związany z kubkami, które dostał od wujka. Dalej próbowałem, ale nic nie dało rady. Wróciliśmy ze Stef do hostelu i postanowiliśmy, że się pakujemy, płacimy i spadamy gdziekolwiek, bo byliśmy wściekli, a chłopaki dalej nie odbierali telefonów.

Gdy wróciliśmy do baru po 30 minutach, z wyplaconymi 2 mln kipów. Okazało się, że właściciela nie było. Poprosiliśmy obecnych tam trzech chłopaków, żeby do niego zadzwonili, ale Ci zupełnie jak szef kombinowali. Najpierw jeden tłumaczył, że ma zepsuty telefon, drugi, że nie ma kasy na koncie, aż w końcu krew mnie zalała i wszedlem im do recepcji i kazałem zadzwonić ze telefonu stacjonarnego.

Okazało się, że szef jest w domu i przyjedzie dopiero za godzinę, bo zanosi się na deszcz( miasto miało może 3km długości z jednego końca na drugi, a bar był po środku). I to było przegieie pały. Nie dość, że cały dzień się przed nim plaszczyłem, to jeszcze gdy już w końcu miałem te cholerne pieniądze, wciąż nie przestawał. Po kilku ostrych słowach z mojej i Stef strony, w końcu zadzwonili drugi raz i w końcu przynieśli paszport z zaplecza. I zaczęło robić się gorąco. Postanowiłem, że nie wyciagne kasy, dopóki nie będę pewny, że paszport jest cały. Jeden z nich trzymał paszport i przewracał kartki a drugi mnie pilnował. Wtedy kazali pokazać kasę. Gdy wyciągnąłem te 2 mln kipow zobaczyłem chciwość. Najprawdziwsza chciwość w ich oczach. Zaraz za nią powędrował tekst – ‘Jak już macie 200€, to możecie zapłacić i 350€’. Jak tylko dotarło do mnie co powiedział, sprawy przybrały niesamowicie szybki obrót. Pomiędzy jednym, a drugim słowem zaczynajacym się na F lub polskie K, rzuciłem kasę na bar, rozsypujac ją i wyszarpnalem paszport. Stef dalej rzucała niemiecko-angielskimi wiazankami, ale szarpnalem ją i szybko wybieglismy z baru. Po dosłownie kilku sekundach usłyszeliśmy za sobą krzyki. Za nami wybiegło trzech chłopaków z bambusowymi pałkami i darli się na cała ulicę ‚You are dead! You won’t see the sunrise! You are dead!’. Nawet nie musieliśmy ze Stef na siebie patrzeć, tylko zaczęliśmy biec ile sił w nogach do hostelu.

Po 2 minutach byliśmy w holu, a gdy zobaczyła nas właścicielka, to tylko krzyknąłem, że musimy wiać. Spojrzała za okno i powiedziała ‚Tylnie wyjście. Powiem im, że poszliscie do pokoju. Macie max 2 min. Go!’. Chwycilismy plecaki i wyskoczylismy tylnim wyjściem, biegnąc w kierunku przeciwnym od podanego kolejnego celu podróży.

Po kolejnych 2 minutach musieliśmy zatrzymać się na chwilę i złapać oddech. Wtedy pojechał do nas nie kto inny jak James and Ashley. Nie mieli pojęcia, że uciekamy, wiec powiedziałem tylko, że musimy biec i czy mają jakieś dane kontaktowe. W momencie, gdy dawali nam wizytówkę, obok nas, z piskiem opon zatrzymał się motor, na którym siedział jeden z kolesi z baru. Na nasze szczęście był to ten z zepsutym telefonem, więc tylko paskudnie się uśmiechnął i przejechał palcem wskazującym po szyji, poczym zawrócił. Mnie obleciał strach, a Stef panikowała. Ktoś zapytałby czemu nie wzięliśmy taksówki albo busa, ale wytlumaczenie jest banalne. Moja karta straciła ważność, wiec musieliśmy korzystać z konta Stef, które miało dzienny limit 150€. Po zapłaceniu 200€ za paszport, nie mieliśmy ani grosza.

Gdy tylko motocyklista się odwrócił, rzucilismy chłopakom, żeby w razie czego mówili, że poszliśmy na autobus i wbieglismy na polną ścieżkę.

Po oddaleniu się od głównej trasy, zlapalismy oddech i zaczęliśmy myśleć co robić dalej. Do tej nie sądziłem, że może chodzić o coś więcej niż nastraszenie nas, ale w pewnym momencie uslyszlismy dźwięk zbliżających się motorów i jak staliśmy tak wskoczylismy w gęste krzaki na poboczu i nie zważając na kolce, komary i błoto schowalismy się jak najgłębiej. Po kilkunastu sekundach obok nas przejechalo  pięć motorów. Dwóch kolesi znaliśmy, a pozostałych nie. Gdy nas minęli, przyjrzałem się im uważniej zobaczylem coś co sprawiło, że obleciał mnie paniczny strach. Karabiny na plecach dwóch ostatnich. Jasne, próbowałem myśleć trzeźwo. przecież turystów za mała kłótnię nie zastrzela, ale wyobraźnia działała. Siedząc w krzakach, podjęliśmy ze Stef decyzję. Idziemy do pierwszego miejsca, gdzie będziemy mogli zejść z drogi i bunkrujemy się do nocy.

Po szybkim przejściu kolejnych kilkuset metrów, znaleźliśmy nieczynny ośrodek z kilkunastoma drewnianymi domkami. Usiedlismy w miejscu gdzie nie było nas widać i gdy ochlonelismy postanowiliśmy, że tak czy inaczej zostajamy tutaj do nocy i wtedy spróbujemy przedostać się przez miasto na wylotowke do stolicy.

wpid-IMG_20130930_051846.jpg

Po dwóch godzinach spokoju, adrenalina powoli zaczęła z nas schodzić i zdalismy sobie sprawę jak niedorzeczna historia nas spotkała. Trochę pozartowalismy, nakrecilismy 15 minutowe wideo z relacją tego co przeżyliśmy, ale okazało się, że to wcale nie był koniec.

wpid-IMG_20130926_074314.jpg wpid-IMG_20130930_051942.jpg

Gdy zaczęło zmierzchac, ubrałem się na czarno i poszedłem na zwiad okolicy, żeby zobaczyć czy na pewno możemy tu zostać. Gdy wracałem, trafiłem na stróża, który chodził po domkach i zapalał światła. Serce przestało mi bić w momencie, gdy mnie mijał, ale jakimś cudem mnie nie zauważył mimo, że stałem maksymalnie 2 metry od niego. Gdyby mnie tutaj zobaczył, to pewnie zadzwoniłby po policję, a wtedy byśmy się nie wytlumaczyli. Po kilku minutach skradania, dotarłem do Stef, która już leżała plackiem z naszymi tobolami, na jednym z balkonów i czekała na wieści. W miedzyczasie rozpętała się burza, więc nie mieliśmy wyboru i zostaliśmy.

Zuzylismy całe opakowanie sprayu na komary, które zawzięcie nas atakowały i lezelismy cicho oddychają. I znowu. Po godzinie adrenalina zaczęła udpuszczac, więc automatycznie przysypialem, a gdy przysypiam na wznak, to chrapie. I to chrapie tak głośno, że hałasu to stara pralka by się niepowstydzila. Po kilku próbach zasniecia po cichu i recenzji Stef, w końcu usiadłem i oparty o ścianę, drzemalem na siedzaco.

Dzień 66

Na wydostanie się z miasta wybraliśmy godzine 3.45.

Na początku szybko przeszliśmy przez polne ścieżki, a gdy dotarliśmy do głównej, to trzymalismy się cienia i jak tylko usłyszeliśmy jakiekolwiek halasy, to chowlismy się i czekaliśmy,aż ustaną.

Na wylotowce zobaczyliśmy dowód, że chłopaki obrazę potraktowali serio. Na środku drogi stało trzech kolesi na motorach i zatrzymywali każde auto.

Niespecjalnie mielsimy jak ich minąć, więc znowu musieliśmy wejść w krzaki i maksymalnie cicho minąć ich łukiem. Gdy się udało, to był już tylko szybki marsz.

Dopiero gdy zrobiło się już na tyle jasno, że mogliśmy z oddali rozpoznać auta. Stanęliśmy z boku, a gdy usłyszeliśmy coś jadącego, to tylko sprawdzalismy czy jest to może busik, w którym kasuja dopiero po wyjściu. Do stolicy mieliśmy 130km i absolutnie zero sił i odwagi na lapanie stopa. Wkońcu się doczekaliśmy busika, a jak do niego wzkoczylismy, Sfef oznajmiła, że zapłaci z własnej kieszeni, bo wie jak ważne jest dla mnie dojechanie na stopa do Indii bez oszukiwania.

wpid-IMG_20130924_075437.jpg

W końcu w busie zadzwonił do nas Phil, któremu po prostu rozladowal się telefon i po wysluchuchaniu historii, powiedział,że już jedzie.

Była dopiero 10, więc znaleźliśmy miejsce do siedzenia i czekaliśmy, a wtedy dostałem smsa od Australijki ‚Pasha, właśnie była u mnie policja i szukają Cie w związku z kradzieżą motoru’. Zdebialem po raz trzeci. Motor oddlem przecież zaraz po całej awanturze do rąk właściciela mimo, że nie oddał mi paszportu, który zabrał jego kumpel z baru naprzeciwko. Z miejsca do niej zadzwoniłem, żeby się dowiedzieć o co chodzi. Okazało się,że rano przyszła policja i oznajmila, że nie oddałem motoru, a właściciel zgłosił zaginięcie. Przecież to kompletnie nie ma sensu – pomyślałem, słysząc jednocześnie uspokajające słowa właścicielki, że takie akcje sa dość często i żebym się nie przejmował, bo pewnie usłyszeli, że już komuś udało się mnie wydoic i też chcieli. Przy czym skoro już mnie nie ma w mieście, to raczej nie będzie im się chciało wypełniać papierów. Ale wtedy w mojej głowie pojawiło się pytanie ‚A co jeśli tak?.’ Szybko zacząłem myśleć czy maja moją kopię paszportu, ale raczej nie. Ewentualnie jego zdjecia zrobione w czesie, gdy był trzymany w barze. ‚A co jeśli są aż tak msciwi, że puszczą papiery dalej?’Fakt padło sporo słów powszechnie uważanych za wulgarne, ale czy będzie się im chciało z nami walczyć nawet 130km dalej?. I znowu się przestraszyłem. Przekraczać granicę teraz? Ile mam czasu? Co jeśli już go nie mam?’

W końcu zwyciężył rozsądek i zadzwoniłem do konsula, który powiedział, że nawet jeśli będzie im się chciało, to zanim informacja dotrze do straży granicznej, to mam 2-3 dni. Uspokoiło mnie to na tyle, że postnowilem zatrzymać się w hostelu na noc i przeprac wszystko przed jazdą do Tajlandii. Natomiast Stef z chłopakiem postanowili jechać do Bangkoku,więc się pożegnaliśmy i w końcu wróciłem do pokoju, gdzie dosłownie padłem na materac i spałem do rana

Tak, to byla jedna z bardziej zwariowanych historii, ale żyje, nic mi nie jest, a jestem mądrzejszy. Jedyne co boli to utrata zaufania. Czlowiek podróżuje kilka miesięcy bez z martwien i z usmiechem, a teraz ta piękna beztroskosc została mi brutalnie odebrana.

Jutro kolejny wpis:) Tym razem przekraczanie granicy i podróż stopem przez Tajlandie:)

Strony
Chiny <<< 1 2 3 >>> Tajlandia

3 komentarzy dodanych:

  1. Mrożąca krew w żyłach historia… Kurczę, teraz to aż się boję pojechać gdziekolwiek… Teraz najbliżej mi na azjatycki festiwal Fest Asia w… Warszawie :) Poznam trochę kulturę azjatycką no i nic mi nie będzie groziło :)))-

Dodaj komentarz