Laos

Autostopem do Laosu

Dzień 59 i 60 podróży

Odkąd wyjechałem z Polski, moim największym zmartwieniem była pogoda na półwyspie Indochińskim. Wszyscy straszyli mnie porą deszczowa i w sumie również wczoraj, gdy wjeżdżałem ostatniego miasta przed granicą, lało.

Zerwałem się o rano i przedzierajac się przez idących do pracy ludzi, szedłem na ostatnią prostą przed granicą. Zajęło mi to sporo czasu, bo nie było komunikacji miejskiej, a taksówki były dla mnie za drogie i mimo targowania się, nikt nie chciał zejść z ceny. Ale miałem i czas i pogodę, więc szedłem przed siebie. W końcu o 10 udało się złapać transport na samą granicę i po szybkiej odprawie po stronie chińskiej ruszyłem w kierunku Laosu.

Nocleg za 10zł

Ostatni nocleg w Chinach. Na bogato za 20zł

Podwózka na granicę

Podwózka na granicę i ostatni stop w Chinach

Przejście graniczne wyglądało osobliwie, bo było stylizowane na złotą pagode i nie było na nim praktycznie żadnego ruchu.

Chińska strona granicy

Chińska strona granicy

Przeszedłem odprawę i po uzyskaniu wizy za 35$ byłem w 7 już kraju w tej podróży.

I Laotańska strona granicy

I Laotańska strona granicy

Nie spieszyło mi się i chciałem załatwić parę rzeczy. Po pierwsze mój autostopowy list. Na początku poprosiłem strażników na granicy, żeby mi pomogli, ale po przeczytaniu chińskiej wersji, wysmiali mnie i kazali iść do miasta na autobus. Radę oczywiście olalem, ale ruszyłem w stronę miasta. Po drodze znalazłem budynek, który należał do jakieś chińskiej organizacji zajmującej się współpracą z Laosem. Zaszedłem do środka, gdzie bardzo pomocny Chińczyk przetłumaczył mi wszystko i dał sporo pomocnych rad.

Sympatyczny tłumacz

Tłumaczenie listu z chińskiego na laotański

Miałem kartkę, ale nie wciąż nie miałem lokalnej waluty. Stwierdziłem, że nie chcę mi się zasuwac z buta w tym upale i zacząłem łapać. I łapałem dość długo. Bynajmniej nie dlatego, że nikt nie chciał brać, ale dlatego, że nie było komu brać. Aut jak na lekarstwo, a jak już coś jechało, to taksowka nazywana tutaj ‚Tuk-tuk’, czyli po prostu motor z przyczepą.

image

Postój Tuk-tuków

W końcu zgarneli mnie Chińczycy, jadący na turystyczny wypad do Laosu. I oczywiście z typowym dla siebe sposobem zwiedzania. Jak jakąś wioska, to zwalniają, krzyczą, robią fote piekielnie drogim telefonem komórkowym i z okna auta rzucają cukierki lub banknoty o równowartości 1zł. Jadąc z nimi czułem się zupełnie tak jakbym był na safarii, którego głównym celem jest robienie zdjęć z auta.

Safari w wykonaniu Chińczków

Safari w wykonaniu Chińczyków

Co do samego Laosu, to po Chinach czułem się tak jakbym z rozpędu przydzwonł w latarnię. Bieda, bieda i jeszcze raz bieda. Już po przekroczeniu granicy widzi się baraki zbite z blachy, a później typowe dla Laosu drewniane chaty bez wody bieżącej, a i w znacznej części przypadków również bez prądu. Nie mniej jednak urokliwe.

Widoki w Laosie

Widoki w Laosie

Z moim pierwszym stopem rozstałem się w większej miejscowości, gdzie wymieniłem gotówkę, skorzystałem z internetu i miałem osobliwe spotkanie.

image

Pierwsza większa miejscowość na trasie

Otóż przed jednym z hosteli zobaczyłem dwójkę rowerzystów. Po Chinach, widok obcokrajowców w tym samym mieście był dla mnie czymś niezwykłym, więc podbiegłem i się przywitałem. James i Ashly byli ogrodnikami, ale sprzedali swój biznes i postanowili przejechać rowerami z Londynu do Nowej Zelandii. Takich osób na swojej drodze spotkałem sporo, ale o tej dwójce wspominam, bo mimo, że ani razu się nigdzie nieustawialismy, to los połączył nas jeszcze cztery razy w kompletnie innych miejscach i sytuacjach, ale o tym będę pisał później.

Ashley i James cz.1

Ashley i James cz.1

Gdy już załatwiłem wszystko ruszyłem przed siebie. I lekko nie było. Zero aut, więc trzeba iść, a było piekielnie gorąco i duszno. Dopiero po blisko 2 godzinach zatrzymało się auto, które jechało w moim kierunku. Wskoczyłem i wspólnie ruszyliśmy na południe. Po drodze przejzdzalismy przez dziesiątki małych miejscowości, gdzie widzieliśmy setki rozesmianych dzieci biegajacych po ulicach i  kapiacych się w rzekach. Sama droga pretenduje do jednej z najgorszych w mojej podróży. Mimo, że jest to główna trasa krajowa, to dla mnie był to typowy off road. Dziury, wyrwy, rzeki i błoto. Nawet jadąc terenową honda, mieliśmy czasem problemy. Jakoś drogi sprawiła, że 150km pokonywalismy blisko cztery godziny, więc dopiero późnym wieczorem dojechalismy pierwszego ‚większego’ miasta na trasie (większe oznacza, że mają bazar i hostel)

Droga krajowa

Planowo chciałem spać w namiocie, ale wtedy gdy wyszedłem z klimatyzowanego auta, to mi się odwidzalo. Po pierwsze duchota zwiastujaca burzę, po drugie potężne gromy i błyskawice kilka kilometrów na poludnie od miasta i po trzecie przystepna cena hostelu. Za nocleg musialem zapłacić około 20zł( co okazało się być zdzierstwem w Laosie, bo średnio nocleg kosztuje około 8zl).
Gdy już się zakwaterowalem ruszyłem na miasto w poszukwaniu jedzenia i jak zwykłe dokonałem złych wyborów. Zmarnowalem pieniądze na paskudnego kurczaka z rozna, jakieś liście, które nie wiedziałem jak się je, a koniec końców kupiłem bezpiecznie wyglądające ciasteczka i zjadłem swoją kolację.

image

Kolacja na bogato

image

Niczym księżniczka pod baldachimem

image

Na lewo prysznic na prawo kibelek

Dzień 60.

Kompletnie zapomniałem, że w Laosie jest godzinę wcześniej niż w Chinach, więc budzik wyrzucił mnie z łóżka o 6 miejscowego czasu i tak naprawdę na trasie byłem już o 6.30. Nie działo się nic. Cisza.

image

Mijany dworzec autobusowy

image

Widoki w Laosie

Dopiero o 7 rano zaczęły mnie mijac pierwsze motory i dzieciaki na rowerach jadące do szkoly. Samochody zobaczyłem po 8 i to tylko na lokalnych rejestracjach. Nie miałem wyjścia, więc szedłem przed siebie machajac do mieszkańców, odpowiadając na pozdrowienia i wyjaśniając od czasu do czasu kierowcom busow, dlaczego nie wsiadam.

image

Pola ryżowe

image

Mieszkańcy Laosu

image

Pola ryżowe o poranku

image

Z drogi śledzie rower jedzie!

image

Uszanowanko!

Ciężej zaczęło się robić po 9. Przeszedłem już grubo ponad 10km, a słońce prazylo coraz mocniej. Oprócz tego kolejne wioski zaczynały się w miejscu, gdzie kończyły się wcześniejsze, więc nie miałem nawet jak znaleźć wolnego miejsca, żeby mogły się zatrzymać auta.

image

Tato, a czemu ten Pan tak dziwnie wygląda?

image

No i po co mi plecak?

image

Urwisy, ale fajne.

W sumie auta nawet nie jechały, a ja walczyłem ze sobą. Zawsze gdy już nie mam siły, to tworzę sobie w głowie takie uosobienie leniwego mnie i z nim walczę na słowa. ‚Stary, usiadz, odpocznij i poczekaj’ – ‚Nie, to miejsce jest słabe, idziemy dalej. Przynajmniej schudne.’ – ‚Stary, usiadz, odpocznij. Przecież wiem, że wiem, że wolisz posiedzieć. Coś na pewno się zatrzyma, a Ty przynajmniej nie będziesz smierdział.’ – ‚Nie! idę dalej, bo jak będę siedział w miejscu, to będę gruby, a jak będę gruby, to Bolo(mój braciak)będzie się ze mnie śmiał’. Wiem, brzmi absurdalnie, ale z reguły najcięższe walki toczymy z samym sobą i dlatego warto sobie spersonalizowac przeciwnika (w moim przypadku, to moje grube alter ego, które siedzi na fotelu, wsuwa krowki i zapija je Pepsi). Głupie, ale działa.

image

Focia z kamienia

W końcu zlitowal się nade mna jeden z motocyklistów i wywiózł za ciąg wiosek, gdzie udało mi się złapać stopa do Lang Prabang. Pierwszego miasta na tak zwanej ‚Turist Highway’.

image

Level expert. Fotka z rąsi na skuterze.

Miałem szczęście, bo już po przekroczeniu mostu (jak go przekraczalem, to musiałem wyglądać jak ninja, bo łapałem się wszystkiego i ani trochę nie wierzyłem, że jest on w stanie utrzymać piechura z ekwipunkiem, ważącego w sumie blisko 115kg)

image

Deski trzeszczały. Czułem się gruby.

Po jego przekroczeniu natrafiłem na hostel o nazwie ‚Backpacker’. Z ciekawości wszedłem zapytać o cenę i okazało sie, że nocleg kosztuje 8zł(w tym woda, herbata i kawa za darmo). Wziąłem w ciemno i nie żałowałem, bo z ludźmi, którzy byli na miejscu stworzyłem fantastyczną mieszankę.

Jako pierwszego spotkałem Eanna, Irlandczyka, któryprzyjechał na wakacje do Tajlandii, a skończył jako wolontariusz w Laosie. Właśnie z nim spędziłem cały mój pierwszy dzień w Lang Prabang.

image

Eann po lewej. Tego po prawej nie pamiętam

Przyjechałem o 13 i po obowiązkowym prysznicu, zaleglem na krzesłach przed hostelem i zacząłem rozmawiać z Eanna. Jakimś cudem zlecialo nam ponad 3h, a jako, że nic nie jadłem, to w końcu pożegnałem się z nim i ruszyłem na miasto w poszukiwaniu jedzenia.

I tutaj też małe wyjaśnienie czemu ciągle stoluje się w restauracjach. Między innymi dlatego, że tu nie ma supermarketów, a w sklepach sprzedają tylko słodycze i chemię. Druga sprawa, to cena. Uczciwy, duży posiłek można zjeść już za 6zł. Owszem, można zaoszczędzić około 2zl idąc na bazar, kupując jedzenie i samodzielnie je przygotowując, ale ujme to tak ‚Jak się szlachta bawi, to na koszta nie patrzy’. 2zł różnicy jestem w stanie przeżyć.

Czekając na posiłek patrzyłem na ulicę i to co mnie zaskoczyło, to dosłownie, tlumy turystów. Jestem nawet gotowy stwierdzić, że siły pomiędzy turystami a lokalnymi rozkladaly się 40:60. Nie widziałem ich tylu od Moskwy.

Po obiedzie wróciłem do hostelu, gdzie poznałem kolejnego wesołego kompana. Sunny, bo tak się nazywał, miał 16 lat jak pierwszy raz wypłynął w morze i 21 gdy z niego wrócił, po 5 latach bez odwiedzania domu. Obecnie ma dwuletnie wakacje, na które dostaje dziennie od firmy 80$. Żeby było smieszniej waży 140kg i jest Hindusem. Prawdopodobnie do końca życia zapamietam jedno zdanie, które powtarzał co 5 minut, z typowym dla hindusów akcentem ‚I will tell you one thing, my friend…’. I to zawsze było przynajmniej 10 rzeczy.

image

I will tell you one thing my friend…

Chciałem chłopaków namówić na piwo, ale Eanna prawie wybił mi ten pomysł z głowy. Otóż jutro o 5.30 rano miałobyć wielkie święto Buddystow, więc postanowiliśmy rano wstać i wziąć w nim udział. Częścią tradycji jest dawanie mnichom podarków, więc przeszliśmy się do sklepu i każdy z nas kupił mały koszuk, w którym były rzeczy codzinnego użytku. Koniec końców jednak napilismy się też piwa w ogrodku i o 23 wszyscy kladlismy się spać nastawiajac budziki na 5:00, 5:01, 5:02 i 5:10(tak na wszelki wypadek)

Strony
Chiny <<< 1 2 3 >>> Tajlandia

Dodaj komentarz