W tak zwanym międzyczasie
22 czerwca 2015

Podsumowanie podróży

Długo zastanawiałem się jak zakończyć podróż na blogu. Nie dotarłem na Antarktydę, ani nie przytuliłem pingwina tak jak to zapowiadałem przed wyruszeniem. Nie dotarłem też na krańce Argentyny, bo zwyczajnie zabrakło mi czasu. Wprawdzie mógłbym się spiąć i poświęcić na Kolumbię, Ekwador, Peru i Boliwię po pięć dni, żeby tylko być na czas na południu kontynentu, ale po co?  Dla statystyk? Dla lajków? Bo na pewno nie dla siebie.

Podjąłem decyzję, że na blogu nie znajdziecie ani słowa o ostatnich dwóch tygodniach podróży. Po pierwsze dlatego, że i tak nie wniosły one zbyt wiele do całości. Poza wizytą w Asuncion i Sao Paulo, spędziłem je praktycznie non stop w drodze, a przygód (nie licząc lądowania starą hondą w rowie) było jak na lekarstwo.

Po drugie dlatego, że zwyczajnie nie miałem mocy, siły i ochoty ich opisywać. To tak trochę jakby próbować opisać przejechanie odcinka z Gdańska do Gibraltaru z poświęceniem dwóch dni na wizytę w dwóch, wątpliwej jakości i uroku, miastach. Nic poza tym.

Trzecia sprawa, to dynamizm podróży, który i tak oklapł. W momencie, gdy wróciłem do domu, na blogu miałem blisko miesiąc opóźnienia, który wcale nie ułatwiał mi pisania. Ciężko też mówić, że domu wróciłem, bo pisząc ten post już od ponad miesiąca siedzę w Singapurze.

Ale po kolei.

Sie łapie

Się łapie i się nudzi.

Do Polski postanowiłem wracać w pełnej konspiracji, żeby spełnić swoje małe marzenie i po siedmiu miesiącach nieobecności, zaskoczyć rodziców wchodząc do salonu, jak gdyby nigdy nic. Wszystko wyszło doskonale. Rodzice zostali zaskoczeni przy południowej kawie.

Nagranie z zaskoczenia

Nagranie z zaskoczenia. Będzie film. Stay tuned.

W domu spędziłem równo dziesięć dni. Wystarczyło to mniej więcej na jedną kąpiel i dziesięć pryszniców, na cztery rodzinne śniadania, na kilka spacerów z psami oraz godzinę leżenia na trawie i zabawy z nimi. Na jedną rodziną imprezę z okazji narodzin jej nowego członka, na cztery wizyty u babć, na kilka wypadów ze znajomymi na miasto, na pogawędkę z promotorem, na piwo na sopockim molo, na dostanie mandatu za przejazd bez biletu w Poznaniu, na ścięcie brody, na wypad na siłkę z bratem, na nadrobienie zaległości w Grze o Tron, na oglądanie awansu Juventusu do finału Ligi Mistrzów, ale zabrało mi czasu, żeby domem się nacieszyć. Nie zdążyłem nawet z powrotem wskoczyć w rytm codzienności. Jak z nieszczęsną czekoladą, która po siedmiu miesiącach diety leży przed Tobą na stole, a Ty, chociaż o niczym innym nie marzysz, to nie możesz jej zjeść, pogryźć, possać, a jedynie liznąć, a następnie zamienić plecak na walizkę, zimową kurtkę na letnie koszule, a trapery na półbuty i wsiadasz samolot na drugi koniec świata. Mówcie co chcecie, ale dom może zastąpić Ci cały świat, jednak cały świat nigdy nie zastąpi Ci domu.

Co się stało i co robię w Singapurze?

Pisałem o tym już wcześniej kilka razy, ale zakładam, że nie wszyscy czytają posty z podróży, a jedynie ich podsumowania.  W sumie sam tak robię.

W marcu Paulina napisała do mnie, że została laureatką Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. W jej przypadku wiązało się to z kilkumiesięcznym stażem doktoranckim i badaniami na jednym z najlepszych uniwersytetów na świecie – singapurskim NTU. Pytanie brzmiało, czy chcę jechać z nią. Odpowiedź znałem już pod koniec naszego wspólnego podróżowania po Nikaragui i Kostaryce.

Jeśli jakaś dziewczyna jest w stanie znieść mnie i moje podróżowanie, narzekać mniej niż ja, nie marudzić o prysznicu, wstawać wcześnie i nie nudzi mnie rozmową mimo tego, że znamy się, jak łyse konie – jest spoko. Jeśli przebywając ze sobą niemalże 24h/7 przez trzy tygodnie wciąż mnie zaskakuje pomysłowością, inteligencją oraz złośliwym dowcipem i ironiczno-sarkastycznymi komentarzami, to odpowiedź na propozycję wyjazdu do Singapuru mogła być tylko jedna – Singapore welcome to!

Prawilne selfie

Prawilne selfie z rąsi.

Podsumowanie. W końcu!

Przez te siedem miesięcy przejechałem w sumie przez szesnaście krajów. Co to oznacza? Nic. Ile z nich poznałem na tyle dobrze, żeby móc się o nich wypowiadać? Żadnego.

Nie licząc wyspy Saint Maarten, Kostaryki, czy Panamy, każde z państw, które odwiedziłem było zwyczajnie zbyt duże żeby zobaczyć je całe i poznać od podszewki w zaledwie kilka tygodni. Owszem, przez ten czas można poznać jego historię, wyciągnąć wnioski na temat poszczególnych zwyczajów, czy zachowań, ale w przypadku państwa tak olbrzymiego jak Peru, czy Kolumbia, to trochę jak próba opisania Polski po dwutygodniowej wizycie. Można zobaczyć wystarczająco dużo, żeby wyrobić sobie opinie i poznać najbardziej istotne fakty dotyczące kraju, ale jeśli ktoś zapyta Cię o zwyczaje Kaszubów, czy Ślązaków, to Twoja wiedza ograniczy się do wymienienia miejsc, które zamieszkują.

Czy pokonując kolejne kilkadziesiąt tysięcy kilometrów czegoś się nauczyłem?

Aż głupio byłoby napisać nie.

Zacznę od tego, co każdy jest w stanie wyciągnąć z kilkumiesięcznej podróży po krajach hiszpańskojęzycznych, czyli język. O ile początkowo zapierałem się, że już w Hiszpanii, na Camino, zacznę go szkolić, to mi nie wyszło. Aż do Kolumbii było kiepsko. Dużo rozumiałem, ale gdy przychodziło do mówienia, to było nieciekawie. Sytuacja zmieniła się po intensywnym kursie hiszpańskiego w Bogocie. Mnóstwo słownictwa, trochę gramatyki i osiem godzin dziennie ćwiczeń sprawiło, że ruszając w dalszą podróż nie miałem problemów z dogadywaniem się na większość tematów.

To tyle jeśli chodzi o tak zwane umiejętności twarde. Chociaż wahałem się, czy nie wpisać tutaj również łowienia ryb – też cenna!

Jak na ironię najwięcej z całej podroży dały jej pierwsze etapy. Być może dlatego, że niespecjalnie się na nie nakręcałem.

O Camino, tak jak pisałem, początkowo nie wiedziałem praktycznie nic i niczego od niego nie oczekiwałem. Ot tyle, pielgrzymka dziękczynna. Jednak ludzie, których spotkałem po drodze, przykład i świadectwo, które mi dali, czy to w prywatnych rozmowach, czy na swoistych sesjach w poszczególnych klasztorach, było chyba najcenniejszym doświadczeniem z całej tej podróży. Nawet teraz, gdy już w Singapurze zaczynam słyszeć pytania z serii „Gdzie mi się podobało najbardziej?” lub „Gdzie chciałbym wrócić?” to bez wahania odpowiadam „Camino de Santiago, czyli tysiąc kilometrów szlakiem św. Jakuba.”

DCIM100GOPRO

Drugim cennym doświadczeniem było przepłynięcie Atlantyku. I bynajmniej nie dlatego, że go przepłynąłem na stopa, czy że w ogóle przepłynąłem, ale dlatego, że poznałem rodzinę Matta. Przez miesiąc związałem się z nimi niesamowicie. Od wspólnego rejsu minęło już ponad pół  roku, a wciąż co kilka dni rozmawiamy ze sobą, a prawdopodobnie w przyszłym roku lecę do nich i czuję, że będzie to przyjaźń z serii tych do końca życia.

Trzecim i ostatnim doświadczeniem, które miało wpływ na mnie, jak i na mój sposób postrzegania niektórych rzeczy był pobyt w Esterillos i liczne oraz długie rozmowy z Efrenem.

Załoga Nimbusa

Załoga Nimbusa

A sama Ameryka Południowa? Chyba za dużo się o niej naczytałem i nie licząc kilku ciekawszych momentów, to najzwyczajniej w świecie mnie rozczarowała.

Kolejną rzeczą, którą zauważyłem w czasie tej podróży, to jednak zmiany jakie się dokonały we mnie.

Podróżowanie, najogólniej mówiąc, przestało mnie cieszyć. Prawdopodobnie przejadło mi się w wydaniu jakim podróżowałem do tej pory. I mam tu namyśli wszystko. Począwszy od samego autostopowania,  przez czas trwania podróży, samotność, opisywanie tego i na bawieniu się w fejsbuki i przejmowaniu się całą tego otoczką.

Zaczynałem dla zabawy i zabawą to wszystko pozostawało dopóki z niej nie wyrosłem. Być może podróże i ich opisywanie jest sposobem na życie, ale jestem w stu procentach pewny, że nie dla mnie.

Na pewno nie odrzucam podróżowania na zawsze. Zdecydowanie nie! Jestem pewny, że dalej będę podróżował. Pewnie nawet i stopem zdarzy mi się pojechać nie raz. Jednak z tą małą różnicą, że pewnie nie samemu, nie na dłużej niż kilkanaście dni i pewnie też nie będę tego opisywał tak, jak robiłem to do tej pory. Doszedłem chyba do etapu gdzie swoisty ekshibicjonizm podróżniczy mi zbrzydł, a ten post jest ostatnim z tej serii.

Jeszcze przed wyruszeniem czułem, że ta podróż będzie ostatnią TAKĄ podróżą w moim wykonaniu i jedyne co chciałem jeszcze zrobić to, oprócz zobaczenia drugiego końca świata, komuś pomóc. Padło na hospicjum im. ks. E.  Dutkiewicza  i na jego najmłodszych podopiecznych. Na chwilę obecną udało się zebrać 65050zł. Do stu tysięcy wciąż trochę brakuje, ale o ile kończę z podróży opisywaniem, to nie z pomaganiem.

Pierwsza część prezentu z okazji Dnia Dziecka przekazana :)

Pierwsza część prezentu z okazji Dnia Dziecka przekazana :)

Na tym etapie postu doszedłem do wniosku, że jest on również podsumowaniem pewnego etapu życia, osiągnięciem kamienia milowego, który ustawiłem sobie pięć lat temu i do niego dotarłem i o którym też już pisałem.

„See as much as I can before I turn 25”

Gdy napisałem to zdanie na swoim profilu na Couchsurfingu, miałem ledwie 20 lat i pierwszy raz pojechałem za granicę samotnie. Dzisiaj, pisząc ten wpis, odwiedziłem na oko czterdzieści krajów, przejeżdżając grubo ponad sto tysięcy kilometrów i spędzając poza granicami kraju około półtora roku podróżując. Oprócz tego, jakimś cudem, udało mi się skończyć studia (pozostała obrona magistra w październiku;), pracować na tyle uczciwie, że CV nie jest pustą kartką, nawiązać prawdziwe przyjaźnie i wydać książkę. Jakby tego było mało najbliższe miesiące spędzę zdobywając doświadczenie w czwartym największym centrum finansowym na świecie, a w październiku wrócę do Ojczyzny na promocję drugiej książki.

Patrzę na to, co napisałem wiedząc, że nie uwzględniłem w tym krótkim podsumowaniu tysięcy przygód, widoków, uśmiechów, noclegów w magicznych miejscach. Uczuć i przemyśleń, które towarzyszą w noc przed wyruszeniem dalej, widokom ze szczytów gór, zachodom słońca i powrotom do domu. To wszystko moje i jest bezcenne.

I jestem szczęśliwy.

Swoiste zagubienie się w podróżowaniu i pomaganie innym na mój sposób stało się w moim przypadku drogą do odnalezienia siebie . Wiem, co chcę osiągnąć przez kolejne pięć lat, ale czy moje życie się tak potoczy? Tego nigdy nie mogę być tego pewny. Jednak od zawsze wierzę i powtarzam to przy każdej okazji, że to co wysyłamy w świat, w jakikolwiek wartościowy sposób, wróci do nas prędzej, czy później. Jestem takim Przemkiem, który ma nadzieję, że jeśli kiedykolwiek go lub kogoś z jego bliskich spotka coś co zmieni wszystko – choroba, wypadek, przypadek – to znajdą się inni Przemkowie, którzy stwierdzą, że warto pomagać, uśmiechać się i rozmawiać nawet kiedy wszystko wydaje się beznadzieje.

Mam nadzieję, że podróżując i będąc tym nieszczęsnym podróżniczym ekshibicjonistą sprzed kilku akapitów, pomogłem też Tobie drogi Czytelniku (nigdy nie przestanie śmieszyć mnie słowo „czytelniku” w pierwszej książce). Być może spojrzałeś na zarośniętego Rumcajsa i stwierdziłeś, że też pojedziesz stopem. Może się wtedy czegoś nauczyłeś, a może doszedłeś do wniosku, że warto się uczyć.  Że Polska nie jest taka zła, jak wszyscy myślą i postanowiłeś być tym, który ją zmienia zaczynając od siebie. A jeśli tak to jestem z siebie dumny. I z Ciebie Czytelniku, bo gdzieś w środku wierzę, że za lat parę lub paręnaście będziemy tymi, o których mówi się „Polak”. Jakkolwiek zarozumiale to brzmi.

I będę szczęśliwy.

Ale jak to – Koniec?! Co dalej?

W bliżej nieokreślonej przyszłości będą się pewnie pojawiać wpisy o Singapurze, może też coś o okolicy. Później w październiku pewnie parę postów związanych z promocją książki i na pewno zamieszczę rozkład prezentacji i spotkań w Polsce, więc jeśli ktoś będzie zainteresowany takową u siebie, to śmiało piszcie. Następnie przeczytacie ode mnie życzenia z okazji Nowego Roku i spokojnie odejdę do lamusa realizując się na nowych polach.

I kończąc klasycznie, jeśli się podobało, to będę wdzięczny za wsparcie akcji „Autostopem dla hospicjum”, której szczegóły możecie znaleźć pod tym linkiem – „Autostopem dla hospicjum”. Można wspomóc dzieciaki dowolną kwotą, a jeśli Cię nie stać lub masz inny pomysł jak dzisiaj komuś pomóc, to po prostu to zrób :)

Pjona i do zobaczenia gdzieś na prezentacjach lub w Gdańsku na Piwnej :)
Przemek

W tak zwanym międzyczasie

Time for a new chapter!

41 komentarzy dodanych:

  1. Przemku, dzięki za ten jak i za każdy poprzedni wpis. Jesteś osobą, która mnie inspiruje – i chociaż nie mam tu na myśli tego, że spakuję plecak i wyruszę w świat, to dajesz mi niesamowicie dużo pozytywnej energii i wiary w ludzi. Mam nadzieję, że spotkamy się gdzieś w Łodzi w związku z promocją Twojej książki. A tymczasem – powodzenia w Singapurze! :)

    1. Nawet nie sądziłem, że taki argument padnie :D
      Raczej, że nie ;D Przegrałem i tyle. Zwyczajnie się zdarza :)

  2. Przemo widzę u ciebie klasyczne wypalenie. Ciężki stwierdzić czy podróżnowaniem samym w sobie, życiem na walizkach, pisaniem bloga, oczekiwaniami czy wszystkim po trochu. Też każdy czas się kiedys kończy co wiem sam po sobie. Idź nową drogą i oby była równie ciekawa dla ciebie, a do podróży i tak jeszcze wrócisz :)

  3. Singapur jest świetny, zupełnie nie rozumiem ludzi, którzy biadolą na to, że nudno, sterylnie i ciężko o przygodę. Po kilku dniach spędzonych onegdaj w tym państwie-mieściewiedziałbym, że jest wręcz przeciwnie. Jest arcyciekawie, bo mało które miasto oferuje tak fenomenalnie wyważony miks kultur i narodowości, a co za tym idzie – świetnej architektury sakralnej (indyjskie świątynie sąsiadujące z chińskimi – lubię to!), doskonałej kuchni oraz całej palety języków zgodnie koegzystujących ze sobą na wspólnej przestrzeni. Straszliwie podobało mi się to, że mogłem niemalże do woli decydować czy chcę z daną osobą rozmawiać po angielsku czy też po mandaryńsku. Nie wspominając już o tym, że Singapurczycy (a już w szczególności nestorzy zasiadający w knajpach na Niu Che Shui, czyli Chinatown) dali mi się zapamiętać jako ludzie bardzo sympatyczni i rozmowni. W dodatku mają bardzo kulturalny, wręcz cudownie nieinwazyjny sposób bycia, brak u nich tej „upierdliwości” czasem niestety bardzo typowej chociażby dla mieszkańców Chińskiej Republiki Ludowej.

    To, jakie tam wszystko jest czyste i poukładane, doceniłem niemalże momentalnie po niespełna dwóch latach mieszkania w Chinach i włóczenia się po Azji Południowo-Wschodniej. Jedynie Hong Kong i Macau dorównują Singapurowi poziomem zadbania i „bezproblemowości”. Ogromną frajdę sprawiały mi długie spacery po specjalnie wytyczonych „walking paths” w parkach i ogrodach miejskich, bezproblemowe poruszanie się po mieście, brak klaksonów, „majfriendow” i zdrowo rąpniętych patafianów w tuk tukach. Podobnie jak HK, gdyby Singapur był choć odrobinę tańszy, wylądowałby jeszcze wyżej w hierachii moich ulubionych miejsc w Azji.

    Życzę więc owocnego pobytu w tym pięknym zakątku! Choć może w Singapurze nie warto spędzać zbyt dużo czasu podróżując, to na pewno opłaca się tam zostać na dłużej mieszkając i czerpiąc garściami z tamtejszej codzienności.

    Podsumowanie pierwsza klasa, zauważyłem u Ciebie wiele prawidłowości, które spotkały mnie już w zeszłym roku, kiedy to akurat relaksowałem się na plaży w Kambodży i ni z gruchy ni z pietruchy postanowiłem pozbyć się wszelkich śladów swojego bloga z sieci. Podróżowanie jest świetną receptą na nudę i błyskawiczną naukę wszelkiej palety umiejętności. Niewątpliwie podróż jest piękną częścią życia, w przypadku nas obu zaryzykowałbym stwierdzenie – integralną częścią. Jednak układanie wszystkich aspektów własnego życia pod podróżowanie i czynienie z podróży sensu własnego życia jawi mi się jako niezbyt trafny wybór. Szczególnie jeśli chodzi o blogowanie podróżnicze, osiągnięcie większego sukcesu (przede wszystkim finansowego) w tej dziedzinie w obecnych czasach wymaga niesamowitej więc dedykacji i zachrzaniania przed komputerem po dobrych kilkadziesiąt godzin tygodniowo przy dopieszczaniu postów, optymalizacji SEO, walce o backlinki, ciągłym uaktualnianiu twittera, facebooka i diabli wiedzą czego jeszcze, odpowiadaniu na setki tysięcy pytań, które prawdopodobnie usłyszeliśmy lub przeczytaliśmy już po tysiąckroć a także całej gamy innych zadań, których czasem nie sposób ogarnąć. Są tacy, który lubią żyć w ten sposób. Jednak przynajmniej w moim przypadku konieczność blogowania o podróży zabiła cały jej urok. Przyłapałem się nawet raz na tym, podróżując po tybetańskich terenach w chińskiej prowincji Qinghai, że powiedziałem sobie wprost: „aj, mam nadzieję, że dzisiaj będzie w miarę nudny dzień i nie wydarzy się nic ciekawego, bo w innym razie trzeba będzie spłodzić o tym posta na blogu”.

    Nie tędy droga. Blog to świetne narzędzie dzielenia się z innymi swoimi spostrzeżeniami, doświadczeniami oraz – mówiąc krótko – cząstką swojego życia. Ale nigdy nie powinien on tego życia zastąpić, a jego pisanie nie może zabierać człowiekowi najpiękniejszych momentów jego żywota.

    Dlatego też nie ukrywam, że cieszę się, Przemku, że zdecydowałeś się na zmianę formuły prowadzenia bloga. Nie dlatego, że taka czy inna jego forma mi osobiście odpowiada, ale dlatego, że idziesz za głosem serca i stawiasz życie na pierwszym miejscu. A najpiękniejsze życie to właśnie takie, w którym to głos serca ma najwięcej do powiedzenia. Bądź co bądź ktoś kto prowadzi bloga „Autostopem przez Życie” z pewnością doskonale zdaje sobie z tego sprawę :)

    Wybacz przydługi i miejscami zapewne nie do końca składny strumień świadomości, mam nadzieję, że przynajmniej akapity o Singapurze uznasz za śladowo ciekawe :D
    Przechodząc do meritum – masz z Singapuru loty AirAsia do Chengdu, pandy ciągle czekają na odwiedziny, kurczak gongbao też się stęsknił, piwo się chłodzi. Wystarczy za zaproszenie? :)

    Pozdro z Syczuanu!

  4. Przemku jesteś moją inspiracją :) Nie tylko jako podróżnik (w lipcu zaczynam swoją wielką autostopową przygodę), ale przede wszystkim jako człowiek, który realizuje siebie i swoje marzenia :) Nie może Ciebie zabraknąć na prezentacji w Łodzi! Zapraszamy do Daleko Blisko !!!

  5. ooOoo przechodzę przez coś podobnego, kilka tyg temu pisałam na blogu, ze mam dosyć tułaczki, życia na walizkach, braku przynależności do czegokolwiek. Masz wielkie szczęście, że masz kogoś kto pomógł Ci pokierować swoim życiem w takim momencie, bo ja nadal nie wiem co mam ze sobą robić. Pewne jest, że chcę zwolnić, nie mam tylko pomysłu jak to rozegrać. Mam nadzieję, że w Singapurze się odnajdziesz, kibicuję mocno! ;)

  6. Bardzo chętnie posłucham o Twojej podróży Przemku w Wejherowie na corocznym Festiwalu Podróży Wanoga, tak jak w zeszłym roku opowiadałeś o Azji tak nigdy nie byłem wsłuchany w jedną osobę. Pamiętam wszystko co do słowa, jak z dyktafonu, co mówiłeś :)) Mam nadzieję, że wpadniesz w tym roku! Trzymam kciuki.

  7. Mój znajomy dominikanin zwykł mawiać: „kto się nie rozwija ten się zwija”. ;)
    Również się pod tym podpisuje.
    Twój blog dał mi wiele radości i jeszcze więcej inspiracji – dziękuję! :) Ale cieszę się równie mocno z tego, że szukasz nowych ścieżek. Jesteś dobrym człowiekiem i do tego prawdziwym( a tacy są na wagę złota!) , bo stoisz za swoimi przekonaniami i wiarą i piszesz o tym otwarcie. To Cię definiuje, a nie autostop.
    Powodzenia i mam nadzieje do zobaczenia na jakiejś Twojej prezentacji w Warszawie!

  8. Dzięki Przemek! Nie wiem, co więcej napisac, ale jestes jedną z osób na liście „zmieniaczy” mojego światopoglądu ;) Powodzenia w dalszym życiu!

  9. Już kilka razy mówiłem do siebie po paru miesiącach podróży : dobra to już ostatni raz, podróże mi się przejadły. Ale hmmmm… po roku, dwóch, trzech wspomnienia coraz natarczywiej wracały i chęć eksploracji rosła. I znowu wyruszałem w podróż :) i szczerze właściwie nie znam żadnego innego podróżnika dlugodystansowca, który by w koncu nie wyruszył kiedyś w drogę. Zresztą jesteś w Singapurze, okolica jest fascynująca :) powodzenia

  10. Cokolwiek będzie się teraz działo, dzięki za masę pozytywnych postów, uśmiechu i wzruszeń podczas ich czytania a przede wszystkim za ogromną ilość inspiracji dzięki której zebrałam wreszcie wystarczająco dużo odwagi żeby zacząć spełniać moje upragnione marzenie… zabawne, że kiedyś na twojej prezentacji we Wrocku byłam jedną z osób które na pytanie o podróż autostopem nie podniosły ręki ;) ale to już przeszłość. Teraz jestem za granicą, mieszkam gdzie mi się podoba i nie ma dla mnie rzeczy niemożliwej :) Wszystkiego dobrego!

  11. Cały Twój blog jest dla mnie ogromną magią! Sam kiedyś myślałem o podróżowaniu stopem – i owszem odważyłem się raz w trakcie studiów skorzystać z akcji Auto Stop Race i tyle było mojego podróżowania stopem! Nie była to daleka, szalona podróż, nie było zbyt wielu atrakcji ale… było warto! pozdrawiam!

  12. Ktoś powyzej napisał, że to najsmutniejszy post, jaki przeczytał i że chce mu sie płakac. Mi także chce się płakac, ale nie ze względu na to, że jest to najsmutniejszy post. Może i masz tylko dwadzieściaparę lat i wiele przed tobą, ale szczerze moge powiediec, że takich ludzi mi potrzeba w tym świecie. Widzacych dobro w ludziach, w otoczeniu. Motywujcych swoim życiem, a nie dziwnymi tekstami, które chcieloby wywiesić na transparencie i usiąść w jego cieniu. Zazwyczaj czytając twoje wpisy odzyskiwałam wiare w ludzi, bo ty ją miałeś.
    I za to, Przemek, jestem ci bardzo wdzięczna. Do zobaczenia w drodze (niekoniecznie podczas typowej podróży).

    1. Ostatni post wzbudził we mnie wzruszenie, bo uświadomiłam sobie, ze wszystko się kiedyś kończy i nie ukrywam będzie mi brakowało Przemka wpisów, ogromnego dystansu do siebie i świata, poczucia humoru i całej reszty.

  13. Lubie te Twoje wpisy :) Sa naprawdę bardzo klimatyczne oraz oryginalne. Posiadasz ogromny talent do pisania, powinienes go jeszcze zaczac rozwijac, a wtedy naprawdę wiele osiagniesz :) To takich blogerow jak Ty powinno się pokazywac :) Mam nadzieje, ze niedlugo tak się stanie :) Posiadasz wielki talent! :) Pozdrawiam!!! :)

  14. Trzymaj tak dalej Przemek. Przyciagnal mnie tutaj autostop ale pewnie zostane twoim czytelnikiem już na cały czas, bo jesteś bardzo ciekawą, szczerą, oryginalną i prawdziwą osobą. Mam nadzieje, że wszystko się tobie jak najlepiej ułoży. Ja również jestem sam o paru miesięcy poza za granicami kraju i w 100 % się z tobą zgadzam z tym zdaniem, że cały świat nie zastąpi ci do domu. Niby je st wszystko fajnie ale brak rodziny, bliskich, domu codziennie doskwiera, ale damy rade :)

  15. Cześć,

    czy mógłbyś przybliżyć jak znalazłeś kurs hiszpańskiego w Bogocie? Byłbym wdzięczny gdybyś podzielił się jakimiś namiarami i ceną.

    Pozdrawiam

  16. Dawno nie spotkalem nikogo, kto by mial tak wielki talent do pisania jak Ty :) Pamietam, ze mialo to miejsce jeszcze chyba za czasow PRLu, a na nazwisko człowiek ten mial Kapuściński :) hehe, nie przesadzam. Masz talent. nie zmarnuj go proszę, było już wiele osob z duzym talentem, który jednak postanawiali sprzedaz za chwile slawy, czy parę drobnych, teraz z reguły o takich osobach jest cicho, jak gdyby nigdy nie istnieli…

  17. Well Done Pasha!!!! We have followed all of your travels and we all hope to see you again in this short life on earth….so glad we took a chance and leap of faith to take on a „hitchhiker” and friend from Poland. God Bless!!!

  18. Bez bicia przyznaje że powierzchownie czytałem wpisy i śledziłem bloga… Starałem się jedynie częściowo przeglądać zdjęcia. Dlaczego? Dlatego że czekam na prelekcje. Śledzę Cie od dawna, byłem na spotkaniu z Tobą, czytałem książkę… Blog jest ciekawy ale to tylko(?) notatki które nie są w stanie w pełni przekazać uczuć czy uwydatnić trud a jednocześnie radość z podróży. Dlatego po raz kolejny czekam na spotkanie z Tobą ponieważ dopiero słuchając Ciebie czułem jakbym razem z Tobą podróżował do Birmy. Wcześniej marzyłem o takich podróżach i zawsze wydawało mi się że to tylko nierealne marzenia. Nie miałem odwagi wyjechać ani nikogo kto chciałby pojechać ze mną. Może to zabrzmi dość patetycznie ale dopiero po spotkaniu z Tobą (o którym zresztą przypadkiem dowiedziałem się z godzinę wcześniej) i przeczytaniu książki podjąłem w końcu decyzję by kupić plecak, namiot i zacząć podróże. Później okazało się że koleżanka którą uważałem za osobę niespecjalnie ciekawą podobnie jak ja marzy o podróżach. Los jakoś nam wepchnął siebie w ramiona więc nie było innej możliwości jak sprezentować mojej nowo upieczonej dziewczynie plecak i zacząć jeździć. Co prawda nie są to kilkumiesięczne podróże po całym świecie bo na tyle na razie nie możemy sobie pozwolić, ale gdzieś po tym spotkaniu z Tobą i cytacie który zostawiłeś mi w książce zrozumiałem że wszystko jest możliwe. Dzięki Tobie zrobiłem ten pierwszy krok. Dlatego tak po prostu po męsku, dzięki stary! :)

    Co do książki czekam zniecierpliwiony, ale jak już pisałem, nie przeczytam dopóki nie posłucham relacji na spotkaniu. Także pozdrawiam i życzę powodzenia w Singapurze. Wracaj bezpiecznie z bagażem doświadczeń i jeszcze większym workiem wspomnień którymi mam nadzieje się z nami podzielisz!

  19. Szacun za wszystko co robisz a to że mnie inspirujesz w mniejszych lub większych sprawach to pewne. A to że ostatnio dzieciom przed zaśnięciem w namiocie opowiedziałem kilka Twoich przygód i zapoznałem z życiowym podejściem też możesz uznać za sukces, bo wszyscy już na drugi dzień pytali o dalszy ciąg „bajki” pt „Skokowski na końcu świata”

  20. Cześć Przemek!
    Głównie dzięki Twojemu blogowi, wreszcie się odważyłem na swój pierwszy wyjazd autostopem i takim sposobem z południa Polski dojechałem do Barcelony. Świetnie się czytało o Twoich przeżyciach. Powodzenia i DZIĘKI

Dodaj komentarz