Marina i ja!
3 lutego 2015

Saint Maarten – Karaiby

Wigilia różniła się od pozostałych dni tym, że Molly na kolację przygotowała pizzę, oraz murzynka na deser, a ja zamiast czytać lub pisać, obejrzałem trzy filmy. Prawdopodobnie najgorsze z możliwych. Zacząłem jak typowa dziewczyna – „Love Actualy”. Świąteczna tematyka filmu sprawiła, że postanowiłem po raz drugi sięgnąć po pudełko z filmami, które mieliśmy na łodzi. Do reki wpadł mi kolejny film z Hugh Grantem i z akcją w Londynie. Wprawdzie nie związany ze świętami, ale po części nawiązujący do wcześniejszego – „Notting Hil”. A po wszystkim dobiłem się jeszcze Marley&Me. Możecie sobie tylko wyobrazić w jakim byłem stanie pod wieczór. Na szczęście zjedzenie murzynka zrobionego na patelni (piekarnik nam się popsuł) poprawiło mi humor, a gdy już zawiesiliśmy lampki na maszcie, to wszystko wróciło do normy. Wprawdzie o północy zaczynałem wachtę, ale dzieciaki namówiły mnie na wspólne oglądanie czwartego tego dnia filmu -  Polarnego Ekspresu.

Po skończeniu wspólnego oglądania, każde z nich udawało, że śpi. Głównym powodem konspiracji był oczywiście Święty Mikołaj i prezenty. Najśmieszniejsza w tym wszystkim była Avery, która, jak tylko Matt i Molly znikli w kokpicie, podczołgała się do mnie i zapytała szeptem:

- Pasha, co Ty na to, żebyśmy czekali na Niego razem?

W duszy się zaśmiałem, ale pełnym powagi szeptem odpowiedziałem:

- Ok, a jak się pojawi, to mam go złapać za nogę czy coś?

- Nie, wystarczy jak go zapytasz, czy mogę z nim na biegun pojechać.

Na zgodę kiwnąłem głową i położyliśmy się na plecach. Po  dwudziestu minutach leżenia Avery odezwała się ponownie – Pasha, ja się na chwilkę zdrzemnę, więc jak coś to mnie obudź – i już po chwili spała jak zabita.

Obudziłem się kilka minut przed północą i wchodząc do kokpitu, cicho zapytałem Molly i Matta, gdzie mogę zapakować prezenty.

- Idź do naszej sypialni. Tam masz już przygotowany papier,  nożyczki i klej. – powiedział Matt, który akurat refował żagle, bo nieco za mocno wiało.

W czasie, gdy pakowałem prezenty, Molly, najciszej jak mogła, zaczęła rozwieszać dekoracje świąteczne i układać ich prezenty pod stołem w salonie. Po kilku chwilach wylądowały tam również moje.

Wachta, jak zwykle upływała spokojnie i bez szaleństw, a jedynym odstępstwem od normy było przebudzenie Avery, która trzymając swój ukochany ręcznik będący jej odpowiednikiem pluszaka, wbiegła do kokpitu

- Pasha! Widziałeś Go?! – zapytała pełnym ekscytacji głosem.

- Nikogo nie widziałem, a siedzę i cały czas pilnuję, żeby się chociaż na chwilę u nas zatrzymał. – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

- Pasha! On był lepszy od Ciebie! Już był w środku i zostawił prezenty! – powiedziała łapiąc mnie za rękę i ciągnąc w kierunku schodów pod pokład – Zobacz! Nawet zapakował, a przecież leżałam dosłownie stopę od stołu. Myślisz, że mogę je rozpakować?

- Nie, musisz poczekać aż wszyscy się obudzą i dopiero wtedy – powiedziałem hamując nieco jej zapał.

- Przecież mogę wszystkich obudzić! – powiedziała pewnym siebie głosem i wiedziałem, że gdybym tylko jej nie zabronił, to by poleciała obudzić wszystkich na łodzi.

- Idź spać i za pięć godzin będziesz mogła otwierać – a następnie (chociaż wiedziałem jakie to ciężkie) kazałem jej iść spać i wytrzymać do rana.

Kończąc wachtę i kładąc się spać, wiedziałem, że nie będzie mi dane obudzić się o stałej porze. Dzieciaki już od szóstej brały prezenty i potrząsały próbując zgadnąć, co jest w środku.

Rozdawanie prezentów upłynęło w miłej i radosnej atmosferze, ale stety, albo niestety, gdy skończyliśmy, życie wróciło do normalnego trybu.

Miałem wrażenie, że  ostatnie dni na Nimbusie upływały już tylko pod dyktando wielkiego odliczania. Ile mil zostało i ile zajmie nam ich przepłynięcie przy średniej prędkości z ostatnich kilku godzin. Tak naprawdę wszystko się rozbijało o to, czy zdążymy przed Sylwestrem, czy nie, a jeśli tak, to o której godzinie. Jeszcze tydzień przed dopłynięciem wydawało się to wątpliwe, bo mieliśmy strasznie słaby wiatr, ale jak dwa dni później zaczęło wiać, to tak się spięliśmy, że zdarzało się, że średnią prędkość z kilku godzin mieliśmy powyżej dziesięciu węzłów.

W końcu osiemnastego dnia żeglugi byliśmy już pewni, że ląd zobaczymy prawdopodobnie o świcie. Swoją ostatnią wachtę na Nimbusie kończyłem widząc w oddali latarnie morskie wyspy St Barthelemy.

W końcu

W końcu

Jak ja się cieszyłem, że w końcu zejdziemy na ląd, to sobie nawet sprawy nie zdajecie. W końcu przejść się gdzieś dalej niż na dziób, w końcu skorzystać z gorącego i niczym nieograniczonego prysznica, w końcu zjeść śniadanie bez rozlewania na boki i w końcu wypić zimne piwo. Oczywiście już swoim zwyczajem, jak tylko zobaczyłem ląd, to zacząłem się zastanawiać co dalej. Jednak jak tylko się na tym złapałem, to aż się zaśmiałem w duchu i pomyślałem – Stary, wyluzuj szelki! Przecież dopiero co dopłynąłeś na Karaiby! Naszym portem docelowym był Saint Maarten. Wprawdzie w połowie rejsu Matt z Molly zastanawiali się, czy nie odbić jednak bardziej na południe i nie skierować się na Martynikę, ale po dwóch dniach debaty skończyło się na kursie na najmniejszą na świecie wyspę, podzieloną pomiędzy dwa kraje – Francję i Holandię. Jak tylko zrobiło się słońce pojawiło się nad horyzontem zaczęło się robić coraz ciekawiej, bo po wewnętrznej stronie wysp dosłownie aż się roiło od wszelkiego typu łódek, żaglówek i wycieczkowców. Wyspy, które przed świtem były skryte za mgłą nagle stały widoczne jak na dłoni, a używając lornetki można było niemalże zaglądać ludziom w okna pałaców nad brzegiem morza.

Coraz bliżej

Coraz bliżej

I jest!

I jest!

Przed  11 dopłynęliśmy w okolice laguny, gdzie mieliśmy rezerwacje i ustawiliśmy się w kolejce do przepłynięcia pod mostem na drugą stronę.

Naszym domem na najbliższy tydzień stała się jedna z lepszych marin na świecie IGY Simpson Marina Bay. Zanim w ogóle tam wpłynęliśmy, to obok nas na pontonie pojawił się ich pracownik z pytaniem, czy mamy rezerwacje. Na szczęście Matt, mając dostęp do satelitarnego Internetu, zrobił ją zawczasu na oceanie. Dzień przed sylwestrem, to jednak nie jest najszczęśliwszy dzień na szukanie miejsca przy kei.

Matt i mój palec

Matt i mój palec

Laguna

Laguna

Przy samym cumowaniu pomagało nam czterech czarnoskórych facetów, którzy nie tylko wciągu pięciu minut zabrali wszystkie śmieci, podłączyli nam wodę i prąd, to jeszcze sklarowali liny. No i to dziwne uczucie, gdy biali są na pokładzie łodzi, a czarni uwijają się dookoła. Chcąc nie chcąc czułem się jak najgorszy rasista, bo Matt nawet im napiwku nie dał. Dopiero później się okazało, że jednym z głównych podwodów tak wysokiej jakości obsługi jest też stawka za dzień postoju – 110$

Marina i ja!

Marina i ja!

Sąsiedzi z drugiej mańki

Sąsiedzi z drugiej mańki

sąsiedzi

sąsiedzi

Mariny ciąg dalszy

Mariny ciąg dalszy

Marina

Marina

W pierwszej kolejności, jeszcze nawet nie schodząc na ląd, otworzyliśmy szampana, który jakimś cudem nie potłukł się w trakcie rejsu. Molly rozdzieliła kubeczki pomiędzy wszystkich członków załogi (tak, dzieci też się napiły i choć pluły, że niedobre, to żyją) i wznieśliśmy toast za szczęśliwe dopłynięcie do portu. I za to, że Pasha okazał się nie być mordercą i szaleńcem.

We made it!

We made it!

Nikomu się nic nie chciało, więc chociaż roboty mieliśmy sporo, to tak naprawdę resztę popołudnia każdy spędził na szorowaniu grubych warstw naskórka  i ogarnianiu Internetów. Swoją droga rozśmieszył mnie Dale, który najwidoczniej w porcie zmieniał się w nieco stereotypowego żeglarza. Jak tylko zeszliśmy na ląd to zaprosił mnie na rum z colą, ale skończyło się na więcej niż jednej kolejce. W czasie rozmów przy barze miałem wrażenie, że jestem jedynie pretekstem, żeby mógł rozglądać się na prawo i lewo lustrując każdą kobietę w okolicy.

Szczęśliwy Dale

Szczęśliwy Dale

Barmanka

Barmanka

Wieczorem Matt chciał nas zabrac na wystawną kolację, ale okazało się, że znowu, trzeba robić rezerwacje, więc skończyło się w knajpie z dobrymi pizzami i hamburgerami. Żeby było śmieszniej, już później okazało się, że wyspa jest zdominowana przez kuchnię amerykańską. Wszędzie w menu hot-dogi, hamburgery i pizze, więc po kilku dniach miałem już naprawdę dość i mimo że ryby za każdym razem kosztowały ponad 25$, to jednak chęć zjedzenia czegoś innego zwyciężała.

Rodzinny obiadek

Rodzinny obiadek

Sylwester, wbrew pozorom, upłynął nam na całym dniu pracy. Z samego rana, gdy najsłabiej wiało, zdjęliśmy oba żagle do naprawy, bo przekroczenie Atlantyku ostro dało im w kość. Dolna część Genui była w dość opłakanym stanie i szwy nie wszędzie już trzymały, a Grot wymagał generalnej renowacji. No i oczywiście nasz nieszczęsny spinaker. Całość zajęła nam około godziny, a gdy skończyliśmy przyszedł czas na generalne porządki po rejsie. Odkurzanie wszystkich wykładzin, trzepanie poduszek, zmywanie łazienek, wycieranie kurzy i wygrzebywanie brudów z każdego zakamarka. Gdy już to było zrobione, Matt postanowił jeszcze odkręcić wszystkie ruchome elementy w silniku, żeby je wymienić i porządnie wyczyścić. To zajęło kolejną godzinę, a jak już wszystko było gotowe, przeszedł czas na pranie i nic nie robienie. Wieczorem zjedliśmy przygotowany przez Molly makaron i poszliśmy spać.

Dokładnie tak. Nie było imprezy, ani nic z tych rzeczy. Po całym dniu roboty każdy był padnięty i nikomu się nie chciało nigdzie iść. Wprawdzie nastawiłem sobie budzik na północ, ale gdy wyszedłem na pokład, żeby zobaczyć fajerwerki, głęboko się rozczarowałem. Dookoła panowała niemal niczym niezakłócona cisza. Na sąsiednich jachtach ludzie, albo spali, albo ich obecnie nie było, a okoliczne hotele świeciły pustkami. Owszem, gdzieś z oddali było słychać, wybuchy fajerwerków, ale nic poza tym. Usiadłem sobie na koszu na dziobie i przez chwilę wypatrywałem czegokolwiek. Gdy wybiła północ odczekałem jeszcze pięć minut, spojrzałem tylko na niebo i wróciłem spać. Nie mam listy postanowień, ani niczego sobie nie życzę. Czemu? Bo dla mnie to tylko nowa data i wieczór, który ludzie zwykli spędzać imprezując i łudząc się, że od jutro „Już na pewno się zmienię”. Osobiście uważam, że jak ktoś jest w stanie się zmienić, to zrobi to każdego dnia i Nowy Rok to tylko ciekawszy pretekst , aniżeli zwykły wtorek w październiku.

Jakie mam plany na 2015? Takie same jak zwykle – przeżyć go jak najpełniej i postarać się być lepszym człowiekiem niż byłem do tej pory. A wszystko zgodnie z zasadą SMART (pozdrawiam znajomych ze studiów ;)

Kolejne dni upływały mniej więcej tak samo, czyli nic nierobienie, plaża i planowanie co dalej. A wbrew pozorom nie wszystko było jasne i proste. Tak naprawdę były cztery opcje w tym dwie związane z Amerykanami.

Avry i Lily

Avry i Lily

Matta brak

Matta brak

WIdoczek

WIdoczek

Problem polegał na tym, że Matt z końcem stycznia musiał wracać do pracy. Oznaczało to mniej więcej tyle, że za 30 dni muszą się zameldować w Ioa. Ani to dużo ani to mało, ale pozostawał problem co z łódką. Czemu? Ano, bo sezon huraganów.

Pierwsza opcja, to spłynięcie w kierunku Wenezueli na wyspy Trynidadu i Tobago, albo Grenady i zostawienie tam łodzi na okres huraganów. Za tą opcją przemawiał fakt, że wtedy na spokojnie cała rodzinka by jeszcze pożeglowała odwiedzając po drodze inne wyspy i wróciła do USA samolotem. Jednak wciąż trzeba byłoby zapłacić za 10 miesięcy użytkowania jakiegoś schronu lub mariny, co było kosztem około 8 tysięcy dolarów za łódkę naszych rozmiarów. Plus oczywiście koszty ubezpieczeń i biletów lotniczych dla całej rodziny.

Druga opcja była taka, że się spinają i płyną aż do Północnej Karoliny, czyli około 1500 mil. Tam po taniości zostawiają łódkę u znajomego i dojeżdżają do Iowa samochodem. Zaoszczędzają masę pieniędzy, ale spędzają na łodzi kolejne kilkanaście dni.

Po trzech dniach na wyspie pojawił się jeszcze jeden problem – Dale musiał wracać do domu, więc jakby się zdecydowali na opcję nr. 2 to nie mają z kim płynąć. W opcji nr. 1 pomagam im ja, bo ustawiał mnie pomysł dotarcia na kontynent.

Jednak koniec końców decydowały pieniądze oraz plan spłynięcia wschodniego wybrzeża USA w następne wakacje. Zdecydowali się, że płyną do stanów. Oznaczało to, że musimy się rozstać i dalej płyną sami.

W sumie z rodzinką spędziłem na Saint Maarten równy tydzień. I po pożegnaniu Dala, który wrócił do stanów spędzaliśmy czas na nauce, zwiedzaniu okolicznych plaż i wymienianiu zepsutych części jachtu.

Dale i Ja

Dale i Ja

Dzień jak każdy inny

Dzień jak każdy inny

Niezbędne zakupy

Niezbędne zakupy

Nocne ekapady

Nocne ekapady

Wieczorek zapoznawczy dla dzieci

Wieczorek zapoznawczy dla dzieci

Plaża

Plaża

Żeby nie było, że się tylko obijałem

Żeby nie było, że się tylko obijałem

 

Co ciekawe mimo wypożyczonego auta rodzinka jakoś nie przejawiała chęci zwiedzenia wyspy. A ta w obwodzie miała nie więcej niż pięćdziesiąt kilometrów.

Gdy już udało nam się poskładać silnik do kupy (a było z tym sporo roboty) i z powrotem założyć żagle, Matt podjął decyzję, że jutro z samego rana podpłyną jeszcze na drugą stronę laguny, żeby odebrać ostatnią część, której brakowało na łodzi i wypływają w kierunku Florydy.

Wychodziliśmy z założenia, że tego dnia czeka nas ostatnia wspólna kolacja, więc wybraliśmy się do eleganckiej włoskiej knajpy, gdzie jak zwykle spędzasz rozmawiając i żartując.

Następnego dnia z rana, byłem już spakowany i gotowy do zejścia na ląd, ale Matt poprosił mnie jeszcze, żebym mu pomógł przeprowadzić jacht na drugą stronę laguny. Sprawnie wyszliśmy z mariny i skierowaliśmy się na drugi brzeg od którego dzieliło nas nie więcej niż 500m. Płyniemy spokojnie na silniku, aż tu nagle patrzę, a łodzie obok nas przestają się przesuwać.

- Matt, chyba stoimy… – krzyknąłem z dziobu, rozglądając się dookoła burt.

- Właśnie czuję. Chyba wpadliśmy na mieliznę – odkrzyknął mi z rufy – widzisz jakieś bojki?

- Jedną czerwoną około 5m od dziobu.

Okazało się, że Matt, wyszedł z założenia, że skoro na drodze na drugi brzeg stoją dwa katamarany i łódka na kotwicy, to jest dla nas wystarczająco głęboko. Był w błędzie. Wpakowaliśmy się w piaszczystą mieliznę, z której wyciągniecie trwało 4h i wymagało pomocy 10 pontonów z silnikami i jednego kutra rybackiego.

Początkowo oczywiście próbowaliśmy po prostu przepchać się na siłę, ale wszystkie jednostki, które próbowały nas przeciągnąć miały za małą moc na naszego Nimbusa. Później przyszedł pomysł, żeby za pomocą jednej z lin zaczepionych do szczytu masztu, przechylić łódź na jedną burtę dzięki czemu nasz kill byłby pod skosem, ale niestety to też zawiodło. Dopiero kuter rybacki z potężnymi silnikami i przy pomocy pontonów, które utrzymywały jego i nasz kurs, pomógł nam się wydostać i przebrnąć brakujące 5m do bojki, a dalej do kei, w której mieliśmy do odebrania ostatnią część. Jednak czterogodzinne zmagania z mielizną skończyły się tym, że rodzinka nie zdążyła na ostatnie otwarcie mostu, więc była zmuszona zostać jeszcze jeden dzień w porcie.

DSC_1653

Dingii2

Dingii2

Kolejne dingi

Kolejne dingi

Spędziliśmy go wspólnie (jakżeby inaczej) w lokalnej restauracji (to ci zaskoczenie) jedząc hamburgery(tak dla odmiany) oraz rozmawiając przy piwie.

Ostatnia już kolacja

Ostatnia już kolacja

O siódmej rano łódź była gotowa do wypłynięcia, a mój plecak spakowany do ostatecznego zrzucenia na ląd. Jedyne co pozostało, to się pożegnać. Nie specjalnie wiedziałem jak zacząć, ale pomógł mi Matt, który, gdy tylko zarzuciłem plecak na plecy, podał mi rękę i powiedział:

- Pasha, dziękuję za wszystko. Za pomoc przy jachcie, przy dzieciach i masz nas koniecznie odwiedzić w Stanach. – następnie, ku mojemu zdziwieniu, mnie przytulił. Mimo, że był raczej człowiekiem otwartym, to jednak zawsze było czuć, że zachowuje dystans, a tu nagle takie coś. Nie powiem – miłe.

Następna była Molly, która od razu mnie przytuliła i jak Mama, kazała na siebie uważać i dawać znać co u mnie.

Później przyszła kolej na dzieciaki. Jak mi się serce krajało, to głowa mała i tylko powtarzałem sobie w myślach – „Nie rozpłacz się, bo będzie siara”. Zżyłem się z nimi niesamowicie.

- Pasha, ale będziesz za nami tęsknił, prawda?  – Zapytała przytulacją się do mnie najstarsza Lily.

- No co Ty. Jutro już o Was zapomnę – odpowiedziałem jak zwykle żartując, ale gdy zobaczyłem, że ma zaszklone oczy, poprawiłem się i obiecałem, że specjalnie dla niej założę konto na Instagramie (do 15 roku mają zakaz Facebooka), żebyśmy mogli być w kontakcie.

Lily

Lily

Avery płakała już od siódmej rano, bo nie mogła zrozumieć, czemu nie mogę płynąc z nimi dalej. Kiedy ją przytuliłem, powiedziała, że jak przyjadę do Iowa, to będziemy moli razem oglądać filmy i przedstawi mnie swoim znajomym. A ma super znajomych!

Lily

Lily

No i Henry. Kurde, no z tym małym urwisem zżyłem się chyba najbardziej. Łowienie ryb, męskie pogaduchy na dziobie i wspólne gotowanie jajecznicy i tostów, to coś czego będzie mi brakować, bo zawsze było śmiesznie. W dodatku chyba jeszcze nigdy nie czułem, żebym miał na kogoś tak duży wpływ, jak właśnie na niego. Mimo, że nie cierpiał pisać, to gdy ja brałem się za wpisy, to siadał obok mnie i pisał swój pamiętnik, od czasu do czasu prosząc o pomoc. Kiedy opowiadałem o swoich autostopowych przygodach słuchał uważnie, a następnie wszystko powtarzał rodzicom, aż któregoś dnia oznajmił, że jak dorośnie, to zostanie autostopowiczem i będzie zwiedzać świat. Do tego też nawiązał żegnając się ze mną.

Henry

Henry

- Pasha, pamiętaj, że mi obiecałeś, że jak przyjedziesz do Stanów, to do mojej babci pojedziemy autostopem!

- Pamiętam Henry i obiecuję, że zobaczymy się za rok lub dwa. Pojedziemy odwiedzić Twoją babcie autostopem i będziemy budować fortece z klocków lego – powiedziałem szczerze, mając nadzieję, że jako dwunastolatek rzeczywiście wciąż będzie miał na to ochotę.

Następnie zeskoczyłem z łodzi na keję i pomogłem im odcumować łódź. Sprawnie wycofali się spomiędzy dwóch łódek pomiędzy którymi stali i zaczęli się oddalać w kierunku mostu. Prawdopodobnie pierwszy i ostatni raz patrzyłem na płynącego Nimbusa z perspektywy lądu.

Nimbus on the way!:)

Nimbus on the way!:)

Stałem na brzegu z plecakiem i świadomością, że właśnie skończył się drugi etap podróży. Pierwszy raz od ponad dwóch miesięcy w końcu będę miał możliwość przespania się pod namiotem i spędzenia całego dnia w samotności. Gdy tylko maszt zniknął mi z zasięgu wzroku, odwróciłem się na pięcie i ruszyłem na piechotę dookoła wyspy. Potrzebowałem się przejść. Potrzebowałem samotności. Potrzebowałem przygód i desperacko potrzebowałem poczuć, że jestem na lądzie. A co dalej?

O tym już w kolejnym poście.

Wpis nie jest porywający, ale jeśli się podobało, to będę wdzięczny za wsparcie akcji „Autostopem dla hospicjum”, w ramach której zbieram 100 tys. złotych dla gdańskiego hospicjum :) Na chwilę obecną, dzięki wsparciu osób takich jak Ty mamy już ponad 42 tys. jednak wciąż sporo brakuje. Jeśli chcesz pomóc zrobić coś dobrego, to kliknij tutaj :)

14 komentarzy dodanych:

  1. A właśnie, że jest porywający – jest lepszy niż wiele poprzednich postów. Jest w nim niesamowicie dużo emocji które potrafią wpłynąć na człowieka. Ostatni tak dobry wpis (jeśli chodzi o te emocje) czytałem, gdy pisałeś o tym sierocińcu w Azji. Jest chyba jakaś magia w pożegnaniach. Gratulacje i oby tak dalej :)

  2. Mi tam się wpis podoba. Też kiedyś płynąc na 2 łódki my mając 60 cm pod wodą przeszliśmy, a druga łódka miała 1,8m i utknęła w piachu kilkadziesiąt m od portu . Przeprowadziliśmy radziecki desant, zapakowaliśmy się wszyscy na bom. Plan był podobny, przechylić łódkę.- bom na bok na maksa… topenanta nie wytrzymała… na szczęście ucho na noku bomu nikogo z nas nie wykastrowało… ale było blisko :O

  3. Świetnie! Udanych podróży. :) Zapraszamy również do nas.
    Życzymy powodzenia w konkursie!

    Pozdrawiamy,
    Goha i Kamil
    RobiMy Podróże

  4. Przemku, jak mowisz, ze w planach na 2015 masz to co zwykle, czyli byc lepszym czlowiekiem, to piszesz to czujac, ze w 2014 udalo sie rzeczywiscie wykonac progres? To nie jest podchwytliwe pytanie:)

  5. Witam ja zazdroszczę każdemu kto wybrał się na Karaiby, ponieważ jest to jedno z moich największych marzeń. Takpatrzę, na te fotografie i podziwiam, jak ludzie potrafia się bawić i korzystać z życia. Jednak takie fotografie tylko mnie motywują do tego, żeby wreszcie zacząć spełniac swoje marzenia.

  6. Jestem tu pierwszy raz, zaraz się biorę na czytanie pierwszych postów i dalszy przegląd bloga. Podoba mi się tu. Bardzo chcę podróżować, choć na razie muszę to odłożyć w czasie ze względu na realizację innych rzeczy. Chętnie poczytam o twoich autostopowych zmaganiach :) Może przez to szybciej się zdecyduję na swoją autostopową podróż. Na razie maksymalnie pokonałam niecałe 100 km autostopem – AMATORKA, haha :)

Dodaj komentarz