Archiwa tagu: autostopem dla hospicjum

W tak zwanym międzyczasie
22 czerwca 2015

Podsumowanie podróży

Długo zastanawiałem się jak zakończyć podróż na blogu. Nie dotarłem na Antarktydę, ani nie przytuliłem pingwina tak jak to zapowiadałem przed wyruszeniem. Nie dotarłem też na krańce Argentyny, bo zwyczajnie zabrakło mi czasu. Wprawdzie mógłbym się spiąć i poświęcić na Kolumbię, Ekwador, Peru i Boliwię po pięć dni, żeby tylko być na czas na południu kontynentu, ale po co?  Dla statystyk? Dla lajków? Bo na pewno nie dla siebie.

Czytaj więcej

Romantycznie
6 czerwca 2015

Salar de Uyuni

Dawno nie było mi nigdzie tak zimno, jak tej nocy w hostelu. Mimo śpiwora i opatulenia się w koc, w nocy obudziłem się, żeby ubrać polar i czapkę. Wiedziałem, że na wysokości czterech tysięcy metrów nad poziomem morza będzie zimno,  ale nie spodziewałem się, że będę zamarzał również w hostelu. Temperatura była dla mnie o tyle istotna, że moim kolejnym punktem podróży była pustynia Salar de Uyuni, gdzie chciałem spać pod namiotem. A jeśli pizgało w hostelu, to na pustyni solnej może być jeszcze gorzej.

Czytaj więcej

jazda
28 marca 2015

Bogota i urodziny zaprawiane koksem

 Nic tak nie denerwuje, jak bezsensowne prawo, które nie robi nic poza utrudnianiem ludziom życia. Do tej grupy ostatnio awansowały przepisy o konieczności posiadania rezerwacji hotelowej w kraju, do którego się przylatuje oraz posiadania przy sobie książeczki. Obowiązują one w większości krajów Ameryki Centralnej i Południowej, ale są egzekwowane najczęściej tylko i wyłącznie w przypadku przylotu do kraju, a nie wkroczenia na jego teren lądem.

Tuż po przylocie do Bogoty jeden z pracowników imigracyjnych poprosił nas o adres naszego zameldowania oraz dane z rezerwacji. Wprawdzie tę zrobiłem już zawczasu, ale wciąż miałem przysłowiową kosę z moim telefonem, wiec nie mieliśmy możliwości jej sprawdzenia. Na szczęście ten sam pracownik udostępnił nam Internet, abyśmy mogli spokojnie wyjść z hali przylotów.

Czytaj więcej

G0054702
1 marca 2015

Złośliwość rzeczy martwych

- Sto trzydzieści tysięcy colones. Sto trzydzieści tysięcy colones, to dwieście pięćdziesiąt dolarów – szybko kalkulowałem w myślach – Toć to miesiąc życia na bogato w Kostaryce i co najmniej dwa dwa w Ameryce Południowej.

Nawet nie wiem, jak to się stało. Do szkoły, w  której odbywały się niedzielne msze przyszedłem godzinę wcześniej. Trzeba było rozłożyć krzesła, nagłośnienie, rzutnik, a że zwykle Efren zajmował się tym sam, to postanowiłem mu pomóc. Wszystko szło jak z płatka. O dziesiątej zaczęły schodzić się pierwsze osoby. Przywitania, uściski dłoni i wielki misiak z Krysią, która mnie tu tydzień temu przywiozła. Msza wyśpiewana i całkiem ciekawe kazanie. Bez szaleństw, ale ciekawe. Cały ten czas mój nieszczęsny telefon, przez nikogo niepokojony, leżał sobie na stoliku i się ładował.

Czytaj więcej

Yeti pod wodą
19 lutego 2015

Topielec w raju

Po zakończeniu mszy Krysia zaczęła rozmawiać ze znajomymi, więc nie chcąc być niezręcznym ciężarem, po przywitaniu się z nimi, wyszedłem przed kościół. Nie byłem pewny, czy mam na nią czekać, czy po prostu się zawinąć, ale nie chciałem odchodzić bez pożegnania. Nie mając ze sobą co zrobić, oparłem się o ścianę budynku i czekałem.

Ledwo zdążyłem się oprzeć tak, żeby wyglądać na w miarę wyluzowanego turystę, a już zagadała do mnie pierwsza osoba. Młoda dziewczyna, której imienia niestety nie pamiętam, ze śmiechem oznajmiła, że widziała mnie jak łapałem. Mieli pełne auto, więc nie mieli mnie gdzie wcisnąć. Zaraz po mniej zaczęły podchodzić kolejne osoby, to się przedstawiając i zagadując skąd jestem  i co tu robię. Po dwudziestu minutach rozmów, byłem już zaznajomiony z większością członków kościoła. W końcu jako ostatni przyszedł się przywitać Denis, który do tej pory był rozchwytywany:

- Hej Pasha! Miło, że nas odwiedziłeś! Podobało Ci się? – radośnie wykrzyknął na powitanie  pastor.

Czytaj więcej