Archiwa tagu: przemek skokowski

Transport jedzenia
22 maja 2015

Ruiny miasta Inków – mordercze Chouequirao

Wiedziałem już, że moim kolejnym celem jest Cachora skąd czeka mnie około pięciodniowa wspinaczka do ruin Chouequirao, o których dowiedziałem się kompletnie przypadkiem, a które z każdym przeczytanym artykułem fascynowały mnie coraz bardziej. Pozostało jedynie spojrzeć na mapę i zastanowić się, którędy pojadę. Drogi były tak naprawdę dwie. Najpopularniejsza prowadziła przez Arequipe (nie miałem zamiaru jej odwiedzać) a później do Cusco i dopiero stamtąd do Cachory. Drugi wariant był o wiele krótszy, ale porównując poszczególne mapy topograficzne i satelitarne, nasuwało się podejrzenie, że może być tam niewiele aut. Postanowiłem jednak zaryzykować i wybrać tę opcję.

Czytaj więcej

Desperacja
21 maja 2015

Kierowca Dakaru i wizyta w oazie

Dwa dni w Limie sprawiły, że miałem dość zarówno backpackerów, jak i miast. Stolica nużyła mnie samą swoją normalnością, a ludzie przewidywalnością. Każdy z identyczną lub podobną historią. Jadący w to samo miejsce lub właśnie z niego wracający. Rozmowy o studiach, pracy, imprezach i kosztach życia, z kimś bardziej ogarniętym o polityce i tak dalej. Bla, bla , bla. Niby fajnie, miło i przyjemnie, ale to już wszystko było przerabiane wcześniej setki razy, jeśli nie tysiące razy.

Czytaj więcej

19 maja 2015

Wizyta w Limie

Od Limy dzieliło mnie nieco ponad sześćdziesiąt kilometrów, więc złapanie bezpośredniego stopa w godzinach porannych nie należało do trudnych i po chwili łapania wskoczyłem do busika jadącego w kierunku stolicy Peru. Kierowca nie należał do zbyt rozmownych, więc po prostu siedziałem i po raz tysięczny w tej podróży, wpatrywałem się w Pacyfik. Tym razem z nieco innej perspektywy, bo droga wiła się zboczem dość wysokiej góry, której podłoże znikało w rozbijających się o brzeg falach.

I poranna mgiełka

I poranna mgiełka

Czytaj więcej

Jadom
7 maja 2015

Kierunek Peru

Trasa z Banos do Cuenca przebiegła bezproblemowo. Pogoda pod psem, ale do jednego z ładniejszych miast Ekwadoru mimo dojechałem na dwa „stopy” po w sumie mniej niż 5 minutach czekania. Niestety, były to kolejne podwózki bez rewelacji.

W pierwszym przypadku miły starszy pan w furgonetce, który po standardowym kwestionariuszu pytań „Skąd? Dokąd? Dlaczego?” zaczął się rozwodzić na temat samochodów, których był wielkim fanem i z każdym mijanym autem informował mnie o jego roku produkcji i różnicy pomiędzy poszczególnymi rocznikami. Druga podwózka tego dnia była jedną z tych wygodnych. Potężny terenowy Ford z zamożną parką w środku, która nie tylko powiozła mnie na odległość 400km, ale po drodze zafundowała obiad oraz zostawiła w samym centrum Cuenca. A tam szablon, który powtarzał się w każdym większym mieście Ameryki Południowej.

Czytaj więcej

Gdy się doczekałem
26 kwietnia 2015

Na drodze El Diablo

Ostatnie trzy dni w Quito były pełne deszczu. Budzisz się rano – deszcz. Chcesz wyjść z domu – deszcz. Jesteś na mieście – deszcz. Siedzisz w toalecie i słyszysz deszcz. Non stop deszcz. Pora, w której ten stan skupienia wody miał niepodzielnie rządzić miastem zbliżał się do Ekwadoru wielkimi krokami. Wprawdzie myślałem, żeby może przełożyć wyjazd o jeszcze jeden dzień, ale wszystkie prognozy mówiły to samo – deszcz. Nie tylko w Quito, ale w praktycznie całym Ekwadorze. Dlatego, chcąc nie chcąc ruszać się z chłodnego mieszkania Marzeny, we wtorkowy poranek zmobilizowałem swoje cztery litery i ruszyłem „na wylotówkę”.

Czytaj więcej