Archiwa tagu: przemek skokowski

Creatice concept image of setting sun reflected in still lake wa

Pasja, to szczęście

Przygotowując ten wpis, zacząłem od sprawdzenia słownikowej definicji słowa „pasja” i aż parsknąłem śmiechem. Według Słownika Języka Polskiego jest to „wielkie zamiłowanie do czegoś”. Nie wiem, czy to nieścisłość, czy niewystarczające bogactwo naszego słownictwa, ale coś sprawiło, że brzmi to strasznie sucho. Nie, moi drodzy, pasja, to coś wielkiego.

Czytaj więcej

ddtvn

Miło mi. Przemek jestem

Początkowo chciałem przygotować ten wpis zaraz po powrocie z trasy, ale po ludzku nie miałem siły. W sumie tylko trzy tygodnie poza domem, ale za to niesamowicie męczące. Niby same wywiady i prezentacje po Polsce, ale jak wróciłem, tak pozbierać się przez dwa dni nie mogłem. Jak było? Super!

Czytaj więcej

Paint level - medium

Wyloguj się do życia

Jest super. Wystarczy, że wejdziesz na mojego bloga lub poprzeglądasz mój profil na Facebooku i możesz odnieść wrażenie, że produktywnie spędzam dany mi czas. Książka, filmy, podróże do Pragi, Wiednia, Finlandii, festiwale, spotkania ze znajomymi itp. itd. Jednak przyznaję się szczerze - jestem leniwą bułą.

Czytaj więcej

Tajlandia autostopem

Juz wczoraj spakowalem wszystkie rzeczy, aby moc opuscic hostel skoro swit. O 6 rano bylem na nogach i po zostawieniu klucza w pustej recepcji, skierowalem sie na przystanek autobusowy.

Poczatkowo rozwazalem opcje lapania stopa do przejscia granicznego, ale jest ono na tyle blisko, ze dojezdza tam komunikacja miejska, wiec po prostu sobie odpuscilem. Nie chcialem tracic czasu z dwoch powodow. Po pierwsze, gdzies w glebi duszy, mimo zapewnien konsula, czulem niepokoj zwiazany z wczorajsza przygoda i telefonem z Vang VIeng. Druga i kompletnie osobna sprawa jest pogoda. O ile rano da sie jeszcze w miare sprawnie przemieszczac, to juz o 9 jest nieziemski skwar. Oprocz palacego slonca, wysoka wilgotnosc i kompletny brak wiatru.
image

Granice przekroczylem doslownie raz dwa.  Pogranicznik zerknal na paszport, wbil pieczatke i bez slowa kiwna glowa zebym szedl dalej. Tym samym po 10 minutach wchodzilem juz na most nad Mekogiem i z kazdym krokiem bylem blizej Tajlandii . To co mnie zaskoczylo w pierwszej chwili, to ruch uliczny. Otoz okazalo sie, ze w kraju, do ktorego wlasnie wchodzilem obowiazuja takie same zasady jak w Anglii. Wlasnie przez to i przez moje przyzwyczajenie do patrzenia ‚Prawo-lewo-prawo’ malo co nie wpadlem kilka razy pod samochod.
image

Po przejsciu granicy zaczely sie problemy, ktorych sie nie spodziewalem. Wymiana pieniedzy. Normalnie na kazdej granicy az sie roi od puktow wymiany pieniedzy lub bankow, ale po uzyskaniu tajskiej wizy, nie zauwazylem ani jednego. Dopiero gdy polazilem po okolicy znalazlem bank. Caly zadowolony wchodze do srodka i mowie, ze chcialbym wymienic kipy na baty(swoja droga w potocznym jezyku to calkiem niezly interes), a kobieta do mnie, ze nie wymieniaja kipow. No to sie pytam, gdzie w takim razie moge wymienic pieniadze, a ona, ze w Laosie. Rece mi opadly. Mialem blisko 100 euro, a po ponownym obejsciu okolicy potwierdzily sie moje obawy. Nigdzie nie ma miejsca, gdzie mi przyjma kipy. Dopiero po jakims czasie znalazlem hotel, w ktorym recepcjonista wytlumaczyl mi, ze musze je wymienic na czarnym rynku i ‚przypadkiem’ zna jednego  zainteresowanego. Nie mialem wyjscia. Musialem jechac. Wsiadlem do tuk-tuka i pojechalem wymienic kase.
image
image

Wbrew pozorom facet mnie nie ograbil, ani nawet nie zdarl ze mnie specjalnie kasy, wiec caly zadowolony ruszylem na wylotowke. Mialem jeszcze to szczescie, ze pod drodze trafilem na kolejny hotel, w ktorym tez obsluga mowila po angielsku. Wszedlem wiec i poprosilem ich o przetlumaczenie na tajski mojego autostopowego listu. Nie dosc, ze to zrobili, to jeszczetam w wersji Lux. Na drukarce!
image
image
image

Gdy mialem juz wszystko zaczelem lapac. Troche balem sie tego czy bedzie ciezko, bo w gruncie rzeczy lapalem blisko centrum, ale juz po 5 minutach jechalem dalej.
image

I tutaj nastapi krotkie streszczenie mojej podrozy po Tajlandii, bo nie widzialem w niej praktycznie nic. Mielm juz tylko jeden cel przed oczyma – Birme. Pierwszego dnia jeden, z moich kierowcow pierwszorzednie mnie nastraszyl, mowiac, ze tam ciagle gina ludzie i ze bede mial problemy z partyzantami. Pozwolil sobie nawet na stwierdzenie, ze Birma to Korea Polnocna wersja light.

Postanowilem, ze czas zatrzymac sie w ktoryms miescie i na spokojnie posiedziec kilka godzin w kafejce internetowej na szukaniu aktualnych informacji. Dlatego wlasnie pierwszego dnia ujechalem tylko 300km i juz o 15 bylem w hostelu, a nastepnie siedzialem przy komputrze do 22.
image

Kolejny dzien byl juz klasycznie autostopowy. Zaczalem o 8 rano, ale przerwal mi deszcz. Pozniej bylo juz ciezko. 80km zrobilem na 6 stopow i dopiero po 85 km okazalo sie czemu tak opornie mi szlo. Otoz droga, ktora  chcialem jechac, przechodzila przez park narodowy i trzeba bylo miec pozwolenie na przejazd przez nigo. Ostatnie 200km do celu podrozy szlo calkiem gladko i mialem nadzieje spedzic noc w namiocie, ale wtedy pora deszczowa przypomniala o sobie. Tuz przed miastem rozpetala sie gigantyczna burza i niemilosiernie lalo az do poznej nocy. I znowu hostel, obiad na bazarze i spac.
image
image

Co do jedzenia, to w Tajlandii je sie wiecej ryzu niz w Chinach. Powiedzialbym nawet, ze jest on podstawa kazdego posilku. Mi w szegolnosci zasmakowal ryz gotowany w bambusie. Po prostu mistrzostwo swiata.
image
image
image
image

Trzeci dzien w trasie byl najbardziej interesujacy. Fakt, sporo sie nachodzilem zanim wyszedlem z miasta, ale zabrala mnie para wojskowych. Dodatkowo nie chcialem przeskoczyc Tajlandii bez zwiedzenia czegokolwiek, wiec na swojej trasie znalazlem zabytkowe swiatynie wpisane na liste UNESCO i postanowilem je zwiedzic. Wojskowi, gdy uslyszeli moj plan, powiedzieli, ze mnie chetnie tam zawioza, poczekaja, a nastepnie bedziemy mogli pojechac dalej. Dla mnie propozycja idealna. Nie trace czasu na wyjscie z miasta i lapanie kolejnego stopa. Jedynym minusem byl ograniczony czas.  Mialem 30 minut, zeby zobaczyc calosc, wiec po prostu bieglem i cieszylem sie, ze moj aparat ma calkiem znosny stabilizator.
image
image
image
image
image
image
image
image

Gdy wrocilem bylem klasycznie caly mokry, ale szczesliwy, ze mam transport dalej. I kolejnym miastem na mojej drodze bylo Mae Sot, ostatni przystanek przed granica z Birma. Dojechalem tam z przemilym kierowca, z ktorym mialem piktograficzna rozmowe i ktory wysadzil mnie przed samym hostelem.
image
image

W hostelu planowalem zostac do poniedzialku, ale plany pozmienialy sie kompletnie, gdy jeden z wolontariuszy wspomnial o sierocincu przy obozie dla uchodzcow. Wtedy juz wiedzialem, ze musze tam pojachac co zrobilem nastepnego dnia rano.
image
image
image

I tutaj dwa slowa ode mnie.
Ten post jest slaby, zeby nie powiedziec tragiczny. Jest to bedziej streszczenie trzech dni nich ich opis, ale nie mam czasu. Otoz do Birmy wkraczam juz jutro, wiec jest to ostatni moment, zeby opisac moj pobyt w sierocincu. Ten post mozecie sobie przeczytac do sniadania, ale wieczorem przygotujcie sie na kolejny, ktory (jesli zdaze, to ozdobie go krotkim filmem) bedzie dlugi i moim skromnym zdaniem piekny, bo wloze w jego przygotowanie cale serce.
Dlatego zarezerwujcie 15 minut na wieczor, bo o 19.30 wszystko bedzie gotowe:)

Dzień 2 – kabanosy na granicy

Wstałem razem z robotnikami, którzy od ósmej rano zaczęli używać młota pneumatycznego tuz obok mnie. Przypadek? Nie sądzę. Tak czy inaczej spakowalem plecak i zostawiłem namiot, żeby troche wysechł, bo w nocy padało, a sam podszedłem do wspomnianych wcześniej robotników, żeby się dowiedzieć, która droga prowadzi do Daugapillis. Gdy tylko zrozumieli o co mi chodzi, odwrócił się w kierunku drogi, zaczęli krzyczeć i machać rękoma. Na początku nie wiedziałam o co im chodzi, ale potem zauważyłam biały samochód ciężarowy, który właśnie wjeżdżał na autostradę. Okazało się że był to jeden z ich kolegów, który jechał w kierunku Łotwy. Jak tylko zorientowlem się co się szykuje, pobiegłem pakować namiot. W wideo, w którym opowiadałem o tym co zabrać w podróż powiedziałem, że jestem w stanie spakować namiot dwie minuty kiedy pada. Szybko, ale prawda jest taka, że jak mam załatwioną podwózkę, to pakuje jeszcze szybciej. Krzyknalem podziękowanie dla robotników i wskoczylem do auta.

image

Na początku próbowałem upewnić się gdzie jadę, ale niestety litewskie nazwy miejscowości brzmią mniej więcej tak, jak odgłos wydawany przez gęsi karmione na siłę, dlaczego po trzeciej próbie zrezygnowałem. Po prostu byłem pewny, że jedziemy gdzieś kierunku Łotwy. Patrząc na mapę, w pewnym momencie zauważyłem, że zjeżdżamy z trasy tranzytowej na boczna drogę. Przyznam szczerze wtedy się spanikowałem i zapytałem po raz czwarty, gdzie jedziemy i po raz czwarty wypowiedział niezrozumiała nazwę, a ja stwierdziłem, że na 100 procent zrozumiał gdzie jadę i mi8 pomoże. I owszem, bo po mniej więcej godzinie dojechaliśmy do małej miejscowości, która na mapie była blisko granicy z Łotwą, ale niestety ruch był zerowy. Zły na siebie, że zamiast podjechać krótki kawałek i zostać na głównej trasie, pojechałem długi i wylądowałem na zadupiu, rzuciłem plecak na ziemię, usiadłem na tabliczce i czekałem na jakikolwiek samochód.
Po trzydziestu minutach czekania stwierdziłem, że nie ma sensu siedzieć i po prostu pójdę popytać do miasta i może coś będzie jechało moim kierunku. Idź się udało. Przypadek chciał, że do lokalnego sklepu zajechał samochód ciężarowy z dostawą, a kierowcą był Rosjanin, który zaraz po rozładunku jechał w kierunku Pskowa i powiedział,że mnie podwiezie.

image

W czasie drogi tłumaczyłem mu, że chcę dojechać na granicę rosyjsko-łotewską ‚Terechenko’, ale nie miał pojęcia gdzie to jest. Zdziwiłem się trochę, bo kto jak kto, ale kierowcy zawsze znają większość drog. Zacząłem mu pokazywać na mapie gdzie jadę, a on w kółko powtarzał, ze go prowadzi GPS i nic innego nie wie. Ustaliliśmy, że jak będę chciał wysiąść, to dam mu znać. Po godzinie jazdy wyskoczyłem już na prostej do Moskwy. Znowu usiadlem na ziemi i mimo, że była już dwunasta, to dopiero tam zdecydowałem się zjeść śniadanie , którego skład nie zmieni się od dwóch dni. Czarny chleb i 2 kabanosy.
Jak tylko zjadłem, zacząłem łapać i zatrzymał się pierwszy samochód. Młoda parka postanowia mnie zabrać 25 kilometrów do miejscowości, z której już cały ruch był w kierunku granicy. Mówili, że też podróżowali autostopem i dlatego zostawią mnie w miejscu, które jest idealne do łapania. I rzeczywiście, był to jeden z nielicznych razy, kiedy kierowca wiedział co znaczy ‚dobre miejsce do łapania’. Zostawili mnie przed przejazdem kolejowym, ze znakiem stop, gdzie dosłownie każde auto musiało się zatrzymać, a przed przyjazdem było ograniczenie prędkości do trzydziestu.

image

Mimo to, stałem tam niemal godzinę, bo to co na mapie wyglądało na  często uczęszczaną drogę, w rzeczywistość okazało się zwykłą ulicą, po której od czasu do czasu przejechał samochód ciężarowy. Tak czy inaczej, udało się dojechać na granicę z litewskim kierowcą, który zostawił mnie na początku kolejki dla tirów, która miała ponad 3 kilometry długości. Wysiadłem, pożegnałem się i na piechotę ruszyłem do Rosji.

image

Na znakach przed granicą było napisane, że przejście graniczne jest tylko dla samochodów, ale pogranicznicy powiedzieli, że mogę przejść na piechotę.
Pierwsza dziwna sytuacja miała miejsce po stronie łotewskiej, gdzie sprawdzając mi paszport, zauważyli moją pałkę teleskopową schowana w kieszeni. Kazali mi ją wyjąć i pokazać co to jest i do czego służy. Oczywiście na początku było więcej śmiechu niż jakichkolwiek problemów, ale gdy zaczeli się mnie wypytywać czy mam jeszcze jakąś broń, to pozwoliłem sobie na żarcik ‚tak, mam shotguna w plecaku’ . Nie zrozumieli dowcipu i kazali mi wszystko wypakować i pokazać co mam. Wtedy znaleźli moje ostatnie kabanosy. Okazało się, że do Rosji nie można wwozić mięsa i mam do wyboru albo je wyrzucić albo je zjeść, dlatego tak jak stałem tak usiadłem i ku ucieszcze wszystkich dookola zjadłem ostatnie 6 kabanosow.
Na granicy rosyjskiej poszło już bardzo łatwo i szybko, dlatego po mniej więcej godzinie, stałem juz  po rosyjskiej stronie przestawiajac zegarek o godzinę do przodu. Przechodząc przez granicę zauważyłem, że owszem, nie ma dużo samochodów osobowych, ale za to jest co najmniej kilkadziesiąt, jak nie kilkaset samochodów ciężarowych. Podszedłem na pobliską stację benzynową i tam zacząłem łapać.

image

I znowu ciężko ze stopem. Przez pierwsze 10 minut nie jechał żadnen samochód. Przez kolejną godzinę przejchaly tylko cztery. W końcu podszedł do mnie strażnik graniczny, której powiedział, że że mają jakąś awarie systemu i wszystkie dane wklepuja ręcznie. Spędziłem więc blisko 3 godziny lezac i łapiąc pierwsze promienie słoneczne od blisko trzech dni. Od czasu do czasu chodziłem po przyjeżdżających na stację benzynową samochodach pytając czy może jedzie kierunku Moskwy i może mnie podwieźć.
Problemy zaczęły się dopiero o dwudziestej. Nagle zauważyłem, że obok mnie pojawił się 4 cwaniaków i zaczeli wypytywać dokąd jadę.  Na początku myślałem że są to po prostu kierowcy ciężarówek, którzy stoją korku w kierunku granicy rosyjskiej, a potem okazało się że rzeczywiście są to kierowcy ciężarówek, ale chcą wracać do domu, więc de facto byliśmy dla siebie konkurencj.
Około dwudziestej zatrzymał się też na stacji TIR i jak zapytałem kierowcę dokąd jedzie. Powiedział, że niecale 200 kilometrów kierunku Moskwy. Cały szczęśliwy poszedłem po plecak, a gdy wróciłem z kierowcą rozmawiało  czterech cwaniaków. Włączyłem się do rozmowy i zaczęła się dość ostra wymiana zdań na temat kto powinien jechać. Każdy miał trochę racji. Ja, bo stoje najdłużej, oni bo są kierowcami i powinni sobie pomagać, dlatego koniec końców stanęło na ich i to jeden z nich pojechał.
Ale co się odwlecze to nie uciecze i po 5 minutach zatrzymał się samochód osobowy, który jechał bezpośrednio do Moskwy. Szybko podszedłem do kierowcy i zaczałem rozmawiać. Zapytał się mnie skąd jestem, bo mój ruski jes dziwny, więc powiedziałem, że z polski, a on do mnie że on z Ukrainy, z Karpat. Wtedy ja delikatnie naciągam prawdę i mówię, że byłem w Karpatach i Karpaty „ociem krasiwe”. Wymiękl i mnie wziął.
Był to pierwszy kierowca od kiedy ruszyłem z domu, z którym rozmawiałem przez bite 6 godzin i był naprawdę, naprawdę super! Nie dość że kupił mi 2 hot dogi na kolację, to jeszcze zrobił mi przyspieszony kurs rosyjskiego i opowiadał o Rosji, o Ukrainie, o Karpatach, o swojej rodzinie, o dzieciach i tak dalej i tak dalej, az prawie do samej Moskwy.

image

Wiele słyszałem o rosyjskich drogach i mimo że byłem w Rosji już dwa razy wcześniej, to jakoś specjalnie nie były one gorsze od dróg, które widziałem w innych krajach, dlaczego w trakcie rozmowy z moim kierowcą poruszylem właśnie ten temat.
Pierwsze 300 kilometrów od granicy kierunku Moskwy była naprawdę piękna droga, gładka jak stół, ale później 200km dramatu. Na początku były dziury, później były wyrwy, a na koniec był poligon Droga z granicy do Moskwy jest drogą krajową, a mimo to jakieś 100km jechaliśmy z prędkością czterdziestu kilometrów na godzine. Gdybym miał opisać jak to wyglądało, to bym powiedział, że jak droga polna z wyrywanymi i koleinami, zalana mieszanką starego betonu żwirem. Mówię Wam – dramat!
Postanowiłem że noc spędzę 50 kilometrów przed Moskwą, ponieważ nie uprzedziłem mojego posta, że będę już w sobotę. Na pożegniane od mojego kierowcy dostałem odblaskową kamizelkę i piwo. Sam dałem mu naklejkę polski oraz zupełnie przypadkowo ładowarkę samochodową. Skleroza nie boli.

image

Była już prawie trzecia w nocy dlatego szybko rozbiłem namiot za stacją benzynową i poszedłem spać. Jutro w końcu moskwa

image