Tajlandia – sierociniec

Postcards from Europe. Projekt, ktory napedzil cala ta podroz i dzieki ktoremu ma ona glebszy sens, niz tylko przygody, zwiedzanie i doswiadczanie wszystkiego. Do tej pory mialem tylko dwa spotkania, ale zadne z nich nie bylo takie jak je sobie wyobrazalem.  Jasne, spotkania byly super,dawaly mi pozytywnego zyciowego kopa, ale zawsze bylo cos inaczej niz sobie wyobrazalem. Nie mniej jednak zawsze spotkania laczyly sie z usmiechem, przekrzykiwaniem, odpisywaniem i setkiami pytan dotyczacymi nadawcow, miejsc i tego co powinni napisac. Ale to wciaz nie bylo o czego szukalem. Dopiero 70 dnia podrozy trafilem swoja zyciowa dziesiatke.

Dzien 70

Z lozka  zebralem sie dopiero o 9. Wyspalem sie, odpoczalem, a jedynym pewnym planem na dzisiaj bylo znalezienie drogi do wspomnianego  wczoraj przez poznanych wolontariuszy osrodka, ktory byl popularnie nazywany AGAPE, czyli ‚milosc’ po grecku.

Na mapie wyliczylem, ze do osrodka mam ponad 7km, wiec po prostu postanowilem wypozyczyc rower i sie przejechac w kierunku granicy.

Po drodze zwatpilem. Dojechalem praktycznie do samego przejscia granicznego, a nastepnie odbilem w prawo i po dziurawej drodze, przemieszczalem sie wzdluz rzeki. W koncu po kolejnych 2 km dotarlem do punktu kontrolnego wojska i zapytalem sie ich czy wiedza gdzie znajduje sie AGAPE. Potwierdzili i wskazali mi boczna droge, zaraz obok.

Skrecilem w nia i po kilkudziesieciu metrach, ukazal mi sie bialy z przestrzala brama wjazdowa, zrobiona z siatki. Dodatkowo wszystko ozdobione drutem kolczastym na szczescie szczycie. Zerknalem do srodka i zobaczylem kilkoro biegajacych po podworku dzieci i jednego, mniej wiecej 20letniego chlopaka.Zapytalem go czy mowi po angielsku, a gdy odpowiedzal ‚yes’, zapytalem czy moze mnie zaprowadzic do opiekuna osrodka.

Otworzyl brame i poprosil mnie, zebym poszedl za nim.

Osrodek Agape ma mniej wiecej 150m dlugosci i 75m szerokosci. Na zabudowe sklada sie 14 budynkow. 2 dormitoria dla chlopcow, jedno dormitorium dla dziewczynek, lazienki, biuro polaczone z biblioteka, domek dla nauczycieli, 3 budynki z 6 klasami, stolowka, kurnik, duzy basen dla ryb, glowny budynek i dom Davida, zalozyciela osrodka.

Brzmi jak wielki moloch, ale w rzeczywistosci sa to po prostu sciany i blaszane dachy, zbudowane przez dzieci pod nadzorem i z pomoca Davida i nauczycieli.

Wszystkie budynki uzytku codziennego wygladajaprawie tak samo, ale roznia sie kilkoma szczegolami. W dormitorium sa pietrowe, drewniane lozka na ktorych z reguly spi czworo dzieci.  W klasach, gdzie zajecia maja starsi uczniowie znajduja sie lawki, natomiast najmlodsi (ponizej 9 roku zycia) maja zajecia na ziemi.
image
image
image

Ciekawostka jest kurnik i basen dla ryb, ktore pozwalaja osrodkowi na mala niezaleznosc.
image

David, okazal sie byc 55 letnim Birminczykiem, ktory w przeszlosci  studiowal budownictwo, udzielal sie spolecznie, ale gdy w 1994 w Birmie wybuchly zamieszki i przesladowania na tle etnicznym musial uciekac. Niestety jedynym i najlatwiejszym celem ucieczki dla niego i kilkuset tysiecy innych imigrantow byla Tajlandia. Poczatkowo byl zmuszony mieszkac w obozie dla uchodzcow, ale gdy w koncu udalo mu sie uzyskac karte tymczasowego pobytu mogl zaczac szukac pracy w strafie przygranicznej. Jak to zwykle bywa z imigrantami, byl wykorzystywany i pracowal za psie pieniadze, ale nie mial wyjscia, bo na jego miejsce czekalo 100 kolejnych.
image

Dopiero po blisko 10 latach pracy fizycznej,  spotkal pastora kosciola babtystow, z pomoca, ktorego zmienil wiare i zaczal nauczac. Wtedy kompletnie zmienil nastawienie do zycia i postanowil pomagac innym. Zaangzowal sie w szkolenia i prace organizowane przez organizacje pozarzadowe i zrobil kilka kursow, dzieki ktorym w 2006 roku rozpoczal legalnie uczyc dzieci w szkole. Za swoja pierwsza wyplate wynajal mieszkanie, a nastepnie czesc dzieci ulicy, ktore uczyly sie u niego w klasie przygarnal do siebie.

Z czasem jego klasa zaczela sie rozrastac i z kilkunastu dzieci na poczatku zrobilo sie blisko 50. Wtedy z pomoca przyszedl kosciol, ktory zgodzil sie, zeby w dni powszednie David prowadzil zajecia w kosciele. Ale dzieci ciagle przybywalo.

W 2007 roku jego klasa liczyla juz blisko 100 osob i patriarchowie kosciola poprosili Davida, zeby przeniosl swoja klase, bo dzieci nie mieszcza sie juz w kosciele.

Nie przejal sie tym specjalnie i poprosil, zeby pozwolili mu zostac tam jeszcze przez 4 miesiace, a wtedy sie wyniesie. Czas ten wykorzystal na gromadzenie pieniedzy. Z rana uczyll w szkole, popoludniami chodzil od firmy do firmy i prosil o wsparcie budowy osrodka, a wieczorami gral na gitarze w restauracjach. W ciagu 4 miesiecy udalo mu sie zebrac wystarczajaco duzo pieniedzy, zeby wykupic kawalek ziemi, Nic specjalnego. Przecietny czlowiek nie widzial w tym miejscu nic poza kawalkiem pola i dzungla, ale David widzal budynki, podworka i usmiechniete dzieci. To bylo jego marzenie. Wybudowac osrodek dla opuszczonych i przyconych dzieci, w ktorym beda mogly dorastac w atmosferze braterstwa, milosci i wiary.

Zaczal skromnie. Wraz z dziecmi wyrabali bambusowy las, a nastepnie ich przyjaciele wykarczowali pole. Bambusy posluzyly do wybudowania ogrodzenia i jednego baraku.

Ale na tym sie nie skonczylo. David nalezy do ludzi, ktorzy jak sobie raz znajda cel do niego daza bez przerwy. Na poczatku narysowal sobie mape osrodka i ustalil date 2010. Do tego czasu chce wybudowac 14 budynkow.  Jego znajomi mowili, ze to nie mozliwe, ale on zaczal pracowac jeszcze ciezej. Jako, ze nie mogl opuscic strefy przygranicznej, to pisal listy. Dziennie po 30. Do organizacji pozarzadowych, do znajomych, do ludzi, ktorych adresy znalazl w starych ksiazkach telefonicznych i tak dalej. Ciezka praca dala owoce i z kazdym miesiacem zaczely sie pojawiac nowe osoby, ktore wspieraly marzenie Davida. W koncu w 2009 wszystkie budynki byly gotowe, a liczba dzieci w sierocincu przekroczyla 200.

Mniej wiecej taka historie przedstawil mi David na naszym pierwszym spotkaniu, gdy siedzielismy w biurze. Bylem tak oczarowany tym czlowiekiem. O ile na poczatku myslalem, ze po prostu opowiada mi to wszystko, zeby wyciagnac ode mnie kase, to pozniej zrozumialem, ze robi to, zeby przedstawic mi pelen obraz tego co sie dokonalo w tym miejscu.

Mial tylko jeden problem. Nie wspolpracuje z organizacjami pozarzadowymi. O ile w czasach posperity byly pieniadze i datki od indywidualnych, to gdy przyszedl kryzys, zaczelo byc ciezej. Dodatkowo mimo wielkich checi ciezko jest mu znalezc nauczycieli angielskiego, bo sierocincow i szkol dla dzieci imigrantow jest w regionie 70, a obcokrajowcow moze 100 i zdecydowna wiekszosc z nich przyjechala wlasnie za posrednictwem organizacji pozarzadowych.

Wtedy bez chwili namyslu powiedzialem, ze chetnie zostane na kilka dni i bede uczyl angielskiego. Wtedy tylko sie usmiechnal i powiedzial, zebym spokojnie to przemyslal, a jesli sie zdecyduje, to zebym wrocil jutro.

Wtedy zapytalem go czy moglby mi pokazac caly osrodek i chetnie sie zgodzil. Zaczal mi pokazywac kazde miejsce po kolei, ale jakos nigdzie nie widzialem dzieci. Dopiero po 5 minutach dotarlismy na drugi koniec osrodka, gdzie mniej wiecej 50 dzieci budujacych fundamenty. Zatkalo mnie. Najstarsi chlopcy, ktorzy mieli moze 14 lat, ukladali formy i wstawiali zelazne wzmocnienia. Zapytalem Davida skad wiedza, jak to wszystko robic, ale wlasnie wtedy wytlumaczyl, ze studiowal budownictwo, a teraz cala nabyta wiedze przekazuje dzieciom. Nawet jesli poziom edukacji w szkole nie jest powalajacy, to przynajmniej po jej ukonczeniu, beda potrafily budowac budynki.

Wtedy wiedzialem juz jedno. Wracam do miasta, zalatwiam wszystkie rzeczy, ktore musze zalatwic przed wyjazdem do Birmy i jutro rano wracam do sierocinca.

Gdy wrocilem do hostelu, poznalem mega fajna parke. Wlocha Rino i Belgijke Weronike. Caly podniececony opowiedzialem im gdzie bylem, a oni sie nakrecili jeszcze bardziej. Okazalo sie, ze Weronike dwa dni temu ugryzl pies i przez najblizsze 2 tygodnie musi sie pojawiac w szpitalu na zastrzyki. Dla nich oznaczalo to mniej wiecej tyle co dwa tygodnie nudy, ale mozliwosc nauczania angielskiego w sierocincu byla dla nich gwiazdka z nieba. Wytlumaczylem im jak tam dojechac i tak samo jak ja, wypozyczyli rowery i pojechali porozmawiac z Davidem.

W miedzyczasie poszedlem porobic kolorowe kopie paszportu (juz nigdy wiecej nie wyciagne paszportu poza przejsciem granicznym) i kupic zapas nowych baterii. Praktycznie caly wieczor mialem wolny, wiec na poczatku siedzialem na ganku rozmawiajac na Skypie z rodzinka, a pozniej pogadalem z Rino i Weronika, ktorzy wrocili rownie podnieceni jak ja i oznajmili, ze jutro rano jedziemy razem do po prostu spedzilem dwie godzinki pisac bloga, a  do poduszki czytalem przewodnik po Birmie.

Dzien 71

Z Davidem umowilismy sie o 6.30 przed hostelem, ale o 7 rano wciaz go nie bylo. Nie mielismy do niego numeru, ale postanowilismy, ze po prostu pojedziemy i zobaczymy czy cos sie stalo. Problem polegal na tym, ze wszyscy mielismy podobne podojscie do wydawania pieniedzy i srednio chcialo nam sie brac taksowke. Stwierdzielismy, ze po prostu pojdziemy lapac stopa i jakos to bedzie.

Mielismy do przejechania okolo 9 km, ale jakims cudem, nawet gdy lapalismy stopa w 3 osoby, z tabliczka ’5km’ sie udalo. Po minucie mielismy transport az do osrodka, bo kierowca okazal sie byc na tyle mily, ze nas podrzucil az pod drzwi.

Idac do bramy minal nas David, ktory po prostu dzisiaj wyjatkowo duzo czasu spedzil na rynku i nie mial nas jak poinformowac, zebysmy poczekali troche dluzej.

Ja mialem plan spac w hamaku, a mloda para dostala kawalek podlogi w domku dla nauczycieli. Spedzilismy 30 minut na rozpakowaniu sie i ogarnieciu wszystkiego, a nastepnie ja zabralem sie za pomoc przy stawianiu ogrodzenia, a Weronika i Rino pojechali do szpitala na zastrzyki.

I chcialbym napisac cos wiecej o tym dniu, ale sa rzeczy, ktorych opisac sie nie da. Dlatego po prostu poogladajcie zdjecia. To nie sa zwykle dzieci. To sa mali herosi, ktorzy juz sprostali wyzwaniom, ktorym nie podolaloby wielu doroslych, a przed nimi jeszcze wiele kolejnych i to coraz wiekszych.
image
image
image
image
image
image
image
image
image
image

o 18 miala sie odbyc msza, ale gdy pojawilem sie na sali, to mimo, ze wszycy juz czekali, to Davida wciaz nie bylo. 19.30 i ciagle nic. W koncu poszedlem do niego do domu i sie okazalo, ze zoladek boli go tak mocno, ze sie nie moze ruszac. Na szczescie jednak w koncu pojawil sie na sali i wspolnie sie modlilismy i spiewalismy.
image
image
image

Wieczor spedzilem z Davidem, Weronika i Rino rozmawiajac o wszystkim i o niczym. W pewnym momencie przypomnialem sobie, ze przeciez wzialem ze soba hamak, wiec postanowilem go rozwiesic miedzy slupami na podworku i mialem idealne spanie.
image

Dzien 72

Poniedzialek. Zaparlem sie, zeby wstac o 5.30, bo dokladnie o tej porze David jezdzi codziennie na rynek robic zakupy. Gdy uslyszalem, ze dookola powoli wszyscy budza sie do zycia, wiec zwlaklem sie z hamaka i wciaz wygladajac jak zwloki, wturlalem sie do pick-upa. Oprocz mnie na pace siedzialo dwoch 13 letnich chlopakow, a w srodku auta David z zona.
image

Rynek okazal sie byc pelen ludzi, ktorzy wrecz tryskali energia. Gdy tylko zeskoczylismy z auta zaczelismy lawiowac pomiedzy kolejnymi stoiskami z zywnoscia, zwierzetami i zaparkowanymi gdzie popadnie skuterami i rowerami. Codziennie rano David musi kupowac jedzienie dla 300 osob, bo nie sa w stanie pochowac do lodowek takich ilosci jedzienia. Dlatego codziennie rano kupuja np. 40kg ryzu, warzywa 10kg kurczaka i ryby. A gdy juz wszystko zostanie skompletowane, to wracaja do sierocinca.
image

Wrocilismy o 7 rano i wszedzie byly juz rozchihrane dzieci. Myslalem, ze bede musial pomoc rozladowywac, ale okazalo sie, ze osrodku wszyscy znaja swoje role i obowiazki. Jak tylko podjechalismy, to pojawilo sie 4 najstarszych chlopakow, ktorzy wzieli najciezsze rzeczy, a reszta mlodszych te lzejsze i zaczeli je wszystkie nosic do kuchni.

Ledwo auto zostalo rozladowane, a juz ruszalo znowu. Tym razmem po dzieci z okolicy. W osrodku na stale mieszka okolo 200 dzieci, ale oprocz tego osrodek jest tez szkola dla najmlodszych z sasiedztwa. Dlatego codziennie rano David lub jeden z nauczycieli robi dwa 30 minutowe kursy w trakcie ktorych zgarnia kolejne dzieci.
image

Oczywiscie usiadlem na pace co zostalo skwitowane przez kazde z wsiadajacych dzieci, wesolym ‚Hello!’. Na poczatku myslalem, ze do srodka moze wejsc max 20 osob, ale dzieci, to dzieci i za kazdym razem jakims cudem miescilo sie ich 50.
image

8.00 wszystkie dzieci byly juz w szkole. I wbrew pozorom zajecia sie wtedy nie zaczynaja. Dopiero o 8 nauczyciele jedza sniadanie, a dzieci po prostu spedzaja ten czas na zabawie.
image
image

Wlasnie zabawa. Gdy teraz patrzycie na dzieci w szkolach, to wiekszosc z nich bawi sie telefonami czy wybiega za szkole na papierosy, W Agape wszystkie dzieciaki albo graja w dwa ognie, albo w gume, albo po prostu w szachy, ale pionki zastepuja kapslami.
image
image
image

o 8.45 mozna uslyszec pierwszy dzwonek. Wtedy wszyscy gromadza sie na glownym placu, gdzie jest tez zamontowany prowizoryczny masz i wciagaja na szczyt tajska flage.
image

Pomyslalby kto, ze to koniec, ale nie. Dopiero wtedy zaczyna sie cos dla czego moglbym tu zamieszkac. Spiewanie. 30 minut spiewania, skakania, klaskania. Taka kumulacja energii, ze dla calego miasta by starczylo. Gdy koncza sie spiewy, wszyscy siadaja i przez 5 minut modla sie, a pozniej po ostatniej piosence ‚odlatuja’ do klas.
image
image
image
image

Tak bylem tym wszystkim zaaferowany, ze kompletnie zapomnialem, ze mam uczyc angielskiego. Dzieci rozbiegly sie do klas, a ja dalej w najlepsze wszystko krecilem. Dopiero po chwili podszedl do mnie David z markerem i powiedzial; ‚Masz tu markera i idz do swojej klasy’. Zamurowalo mnie. ‚ Czego ja mam uczyc te dzieci? I jak? Przeciez one nie mowia po angielsku, a ja nie znam ani slowa po birminsku’.

Wszedlem do klasy z 8 lawkami, odwrocilem sie w strone stojacych uczniow i zanim zdazylem cokolwiek powiedziec, uslyszalem gromkie ‚Good morning teacher’. Po raz kolejny mnie zatkalo. No ale nic. Trzeba cos zrobic. Wiec zaczalem mowic. Powolii, spokojnie i gestykulujac. Bylem niemal na 100% pewny, ze polowa klasy nie miala pojecia o czym mowie, wiec po prostu zaczalem pisac na tablicy nazwy poszczegolnych rzeczy, ktore widzialem w klasie. Stol, krzeslo, ksiazka, dlugopis, kamera, tablica, okno, drzwi, buty, torba itd. Nastepnie napisalem 6 czasownikow: chodzic, skakac, siedziec, wspinac sie, pisac,  oraz I am, You are, he,she is, We are, You are i They are. 30 minut mi zajelo zanim sie upewnilem, ze wszystkie dzieci rozumieja kazde slowo i potrafia je powtorzyc. Wtedy poszedlem dalej i po narysowaniu na dablicy kostki na stole nauczylem ich slow – przed,za, pod, nad, obok, na itd. Dopiero wtedy postanowilem wszystko polaczyc w calosc.
image

Usiadlem na ziemi, wzialem do reki krzeslo i podnioslem je nad siebie, tlumaczac powoli – ‚I am sitting under the chair’. Pozniej usiadlem na nim i ta sama historia – ‚I am sitting on a chair’. Chwile pozniej dla utrudnienia dodalem pilke i aparat i po kolei prosilem kazdego zeby podchodzil i sam cos robil. Zalapali. Dzwonek. Przerwa. Uff. 2h minely jak z bicza strzelil.
image

Przerwa trwa godzine i w tym czasie wszyscy jedza obiad i o 13 znowu wracaja na zajecia. I jest ciezej.

O ile rano wszyscy byli skupieni, to po obiedzie powoli kazdy odlatywal. Zauwazylem kompletny brak entuzjazmu przy nauce kierunkow, wiec kazalem wszystkim wstac i zarzadzilem wyjscie w teren. Wzialem kartke, napisalem na niej ‚Home’, a nastepnie dawalem kazdemu do ukrycia i dana osoba musiala po angielsku wytlumaczyc klasie, ktora ustawila sie w ciuchcie, jak dojechac do domu. Zabawa przednia i cel osiagniety. Gdy wrocilismy do klasy znowu powtorzylismy wszystko to co przerabialismy rano i zaczelismy czesci ciala. Tutaj tez bylo prosto, bo wszystko jest do pokazania, wiec po chwili wszyscy pukali sie w nosy, kolana i brzuchy.  Zlapali. Dzwonek.Koniec. Uff. Bylem zmordowany, ale klasa zamiast wybiec z sali czekala, az skoncze zmazywac tablice, a gdy sie odwrocilem wszyscy razem krzykneli ‚Thank you very much teacher’, a calosci dopelnila jedna z dziewczynek z ostatniej lawki, ktora podarowala mi wlasnorecznie zrobiona(podczas zajec) bransoletke.
image
image
image

Dopiero wtedy wszyscy wybiegli i wskoczyli do pick-up’ow, a ja poszedlem do biura i podzielilem sie swoimi wrazeniami z Rino i Weronika, ktorzy przezywali wszystko tak samo jak ja.

Ale zamiast odpoczynku czekala mnie praca. O ile Rino i Weronika sie wymigali, bo musieli znowu pojechac do szpitala na szczepienie, to ja zasuwalem razem z dziecmi przy budowie nowej stolowki. Smiesznie, brudno i mokro
image
image

o 20 zjedlismy kolacje i padlem jak zabity na hamaku.

Dzien 73

5.30 rynek, a jakze by inaczej. Tym razem jakos tak calkiem zwawo sie zerwalem i wskoczylem do auta. Szybkie zakupy, powrot i kurs po dzieci, ktore juz bez krepacji wskakiwaly do auta i siadaly obok mnie. Przy sniadaniu ustalilismy z Weronika i Rino, ze czas ruszyc z projektem Postcards from Europe. Ustalilismy, ze pierwsza czesc zajec kontynujemy to co zaczelismy wczoraj, a po lunchu nauczymy ich jak sie pisze listy i dopiero zbierzemy ich i damy pocztowki.
image

Do zajec bylem przygotowany i wiedzialem co robic, zeby ich nie zanudzic.

Po pierwsze powtorka z wczorajszych zajec. Kazdy na 2 minuty przy tablicy i meczylem ich z roznych kombinacji zdan, ktore robilismy wczoraj. Pozniej wypisalem na tablicy 24 slowa, ale w ten sposob, ze brakowalo w nich jakis liter. Nastepnie kazdy musial podejsc do tablicy i uzupelnic brakujace litery w dwoch  wyrazach.
image
image

Gdy skonczylismy powtorke przyszedl czas na nowe slowa i zwroty. Po pierwsze kolory. Mialem ze soba pilke zrobiona na wzor globusa, gdzie kazde panstwo jest w innym kolorze, wiec po prostu rzucalem kazdemu pilke i kazalem pokazac jakis kolor.

Kolejne slowo jakie nam weszlo do slownika, to ‚have’. Przerobilismy z tym wszystkie czesci ciala, kolory bluzek, spudniczek, spodni, panstw, czesci ciala itp.

Az w koncu czas na lunch. Zjedlismy go wspolnie i ustalislismy, ze za 45 dam im znac i dopiero wtedy ruszymy z akcja. Plany troche nam pokrzyzowal przyjazd lekarza, ktory aplikowal szczepionki dla czesci dzieciakow, ale koniec koncow mielismy tylko 30 minut poslizgu

Wyjasnilem klasie czym jest list, a nastepnie zaczalem pisac przykladowe zdania. ‚Nazywam sie…’, ‚Mam …. lat’, ‚ Jestem w 5 klasie podstawowki’ ‚Zajecia koncze po poludniu’, ‚Wieczorem jem obiad z rodzicami’. I wtedy mnie przytkalo, bo chocby nie wiem na jak szczesliwe wygladaja te dzieciaki, to w mojej klasie tylko dwojka byla spoza szkoly. Pozostali mieszkali w osrodku. Dyskretnie zmazalem ostatnie slowo i zarzadzilem przepisanie zwrotow i uzupenienie ich swoimi danymi.

Pocztowki postanowilismy rozlozyc w klasie Weroniki, bo byla najwieksza. Dlatego gdy puscilem klase na 5 minutowa przerwe, poszedlem po kartki ii rozlozylem je na stole w klasie. Dopiero wtedy poszedlem po Rino i swoje dzieciaki i wszyscy weszlismy do klasy.
image

Normalnie dzieciaki rzucilby sie na pocztowki, ale te tutaj mimo, ze swiecily im sie oczy, to nawet nie podeszly tylko czekaly na informacje co maja robic.
image
image
image
image

Wytlumaczylem wszystkim o co chodzi, rozdalem kartki i powiedzialem, ze teraz moga sobie wybrac po jednej pocztowce.  Wszystkie rzucily sie tak, ze krzesla pospadaly.

Gdy juz kazdy wybral sobie pocztowke wrocilismy do klas i zaczelo sie odpisywanie. Normalnie w klasie panuje harmider, ale tym razem bylo cicho jak makiem zasial. Od czasu do czasu tylko ciche wolanie ‚Teacher!’. I z reguly musialem im czytac polskie imiona. Magda, Maria, Ola, Ula. Wtedy zadzwonil dzwonek, ale nikt nawet nie drgnal. Wszyscy siedzieli i pisali. Dopiero gdy juz mieli pewnosc, ze na ich kartkach nie ma bledow, to mi je oddawali i po uklonie i slowach ‚Goodbye teacher’ znikali na podworku.
image
image

Gdy juz wszyscy skonczyli, wyszedlem przed klase i chowajac sie pod daszkiem patrzylem na moja klase, albo rozeszla sie do kuchni przygotowywac posilek dla pozostalych, albo robic pranie, albo zamiatac poodworko. Patrzylem i sie napatrzec nie moglem, bo zadne z nich nie marudzilo, tylko z usmiechem wykonywalo swoja prace.

I wtedy zaczelo lac. Pora deszczowa w pelni. Kazdego dnia przynajmniej raz, przez dobre 20 minut leje deszcz. Bylem zmeczony, wiec po prostu stalem sobie pod daszkiem i patrzylem na biegajace w deszczu dzieci. W pewnym momencie pomachalem do mojego dwuletniego ulubienca, ktory usmiechnal sie szeroko i pociesznie czlapiac w troche za duzych rzeczach przybiegl do mnie, przez cale podworko i przytulil mi sie do nogi.
image

I wtedy wymieklem na tyle, ze zaczalem sie zastanawiac czy nie olac dalszej podrozy i nie zostac tutaj na miesiac i pomagac. Moglbym wtedy naprawde juz czegos ich nauczyc, a oprocz tego bysmy pewnie juz skonczyli stolowke. Wyzywienie mam, spanie tez, wiec nie martwie sie o nic. Ale wtedy spojrzalem na sprawe z drugiej strony. Jestem podroznikiem i jestem blogerem. Moim zadaniem jest pomagac, ale duzo wiecej dobrego moge zrobic piszac o takich miejscach jak to. Prowadzonych przez ludzi, ktorzy sa po prostu dobrzy i mimo roznych przeciwnosci losu, braku prawa do posiadania czegokolwiek(wszystko musi byc zarejestrowane na Tajow) robia kolosalna prace. Przyklad rodziny Azmata z Kirgistanu pokazal mi, ze opisujac historie moge robic cos wiecej. Zawlaszcza tutaj, gdzie pomoc jest rownie potrzebna.

I znowu kolejna rzecz, ktora zrobie na 100% po powrocie, to sie przejde po szkolach i bibliotekach i bede zbieral zeszyty cwiczen do angielskiego. Bo tutaj znajomosc angielskiego jest przepustka do lepszego zycia, a dzieci w szkole Davida nie maja ani zeszytow cwiczen ani podrecznikow. Ktos pomyslalby, ze moga pisac w zeszytach, ale i z zeszytami jest problem. O ile dzieci spoza sierocinca z reguly maja zeszyty, to jego podopieczni pisza olowkami w takich typowych starych zeszytach, z szarym papierem. Gdy zeszyt sie konczy, to po prostu zaczynaja gumkowac poczatkowe strony. I tak w kolko. A przeciez ilu z nas ma podreczniki czy cwiczenia z angielskiego z podstawowek czy gimnazjum. Nawet te wypelnione sa tu na wage zlota. Bo ani nauczyciele, ani dzieci nie maja pojecia jak sie angielskiego uczyc.

Zeby Wam pokazac juz teraz jak wyglada sierociniec, w ktorym pomagam stowrzylem krociutki zwiastun filmu, ktory stworze po powrocie do Polski.

Jesli ktokolwiek jest zainteresowany jakakolwiek pomoca dla sierocinca, to prosze o kontakt emialowy: skokowski@gmail.com

Dodaj komentarz