20160116_084936
16 lutego 2016

The end

Skończyłem książkę, skończyłem staż w Singapurze i przepadłem. Nie licząc niewielkiej grupy znajomych, tak naprawdę nikt nie wiedział, co się ze mną stało. Przepadł, został w Azji, czy może po prostu wyjechał w cholerę i się nie chwali?

Otóż w moim życiu doszło do dwóch znaczących zmian, które sprawiły, że nogami znowu stoję na ziem.

Nowa praca i nowe miasto.
Nowe życie kurde bele.

Gdy w lipcu pisałem, że kończę z podróżami, wiele osób tylko z politowaniem kręciło głowami i porozumiewawczymi uśmiechami kwitowali moje słowa o znalezieniu pracy.

- Przemek, poważnie pracy szukasz? W korporacji..? – powiedział mój znajomy, zapalony podróżnik, autostopowicz, bloger — Przecież oni Cię tam wyżmą, wykręcą i wycisną, jak szmatę. Przetrą podłogi, kibel i wrzucą do pachnącego fioletowego worka z Biedronki, z fałszywym uśmiechem na ustach mówiąc: „Dziękujemy za współpracę, ale niestety, musimy się pożegnać, bo nie wyrabiasz targetów”.

Mimo tego jeszcze w sierpniu zrobiłem sobie listę dwudziestu firm, w których chciałbym pracować i zacząłem pisać CV. Ku mojemu zdziwieniu, już po trzecim wysłanym dostałem pierwszy telefon. Dwa miesiące później, po pięciu etapach rekrutacji i przekonywania do siebie przyszłego pracodawcy, HRów oraz specjalistów, w słuchawce telefonu usłyszałem:
- „Panie Przemku, czy chciałby Pan z nami pracować?”
1 października wraz z sześcioma innymi osobami podpisałem umowę w warszawskiej siedzibie IBM.

Jasne, miałem obawy. Bazujące na przerysowanych stereotypach dotyczących korporacji. Powiem Wam jednak, że decyzja o podjęciu pracy w IBM była jedną z najlepszych w moim życiu. To samo z przeprowadzką do Warszawy.

Wiem, że może to zabrzmieć niczym lizodupstwo godne korporacyjnego gryzonia, ale powiem Wam szczerze, że to, co cenię sobie najbardziej, to cholernie inteligentni i wbrew pozorom różni ludzie, z którymi można pogadać niemalże, na każdy temat. Wynik wyborów na Tajwanie, kryzys chińskiej giełdy, badania etnograficzne w Skandynawii, o ciekawych pinach, o Bitcoin’ach, historii Iranu i Afganistanu, Wiośnie Arabskiej. To w przerwach. Nie jakieś „small talks” rodem z Mordoru na Domaniewskiej, ale sensowne rozmowy z sensownymi ludźmi.

I to jest miejsce, gdzie pewnie część z Was zada sobie pytanie – „Ale co on do cholery tam robi? Przecież IBM, to chyba komputery buduje.

Otóż (ktoś z firmy powinien mi tu za dobry PR podziękować) dział, w którym pracuję, zajmuje się czymś, co można podzielić na dwie rzeczy – „Projektowanie usług” (Service design) oraz „Projektowanie doświadczeń użytkowników” (UXD). Po polsku oczywiście brzmi to, jak masło maślane, ale w naprawdę dużym uproszczeniu zajmuje się projektowaniem, sprzedażą i implementacją aplikacji mobilnych, serwisów, projektowaniem usług, usprawnianiem procesów itp. Zainteresowanych tematem odsyłam do wujka Google.

Dodajcie do tego fakt, że poza naprawdę fajnym zespołem, pracuję nad projektami we współpracy z dyrektorami największych polskich firm, Apple, oraz że praca pozwala mi podróżować (Czechy, Kanada, Szwecja). Prawdziwy przepis na rozwojową pracę marzeń.

Nie oszukujmy się. Tak naprawdę chodzi o pracę w dresie

Nie oszukujmy się. Tak naprawdę chodzi o pracę w dresie

Co do samego życia w Warszawie to też na olbrzymi plus. Nie ma dnia, żeby na mieście nie działo się coś ciekawego. Prezentacje, wykłady, spotkania. I to takie, na które w końcu chodzisz, bo chcesz się uczyć, a nie bo musisz. Spotykasz się i rozmawiasz z ludźmi, którzy tworzą biznesy, innowacje, aplikacje, programy i pomysły zmieniające świat.

Warszawa też świętuje moją obecność

Warszawa też świętuje moją obecność

Jeśli zapyta mnie ktoś, czy nie brak mi podróży, bycia wolnym duchem, czy nie uciekłbym gdzieś daleko na plażę pod palmę, to szczerze odpowiem, że nie. Ewentualnie trochę zastanowiłbym się zastanowił nad palmą, bo ta na rondzie de Gaulle’a nie powala.

Owszem, czasem na prezentacjach podróżniczych niejednokrotnie bierze mnie na sentymentalne westchnięcie. Gdy wysoki jak tyczka chłopak opowiada o podróży autostopem po Chinach, a niepozorna dziewczyna o wolontariacie na Kostaryce, ale wtedy z nieukrywanym przed samym sobą zadowoleniem stwierdzam, że ja też tam byłem. Też znam ten stan zmęczenia, ekscytacji, fascynacji, przygody, ciekawości świata. Jak to jest na Karaibach, Atlantuku, na Camino, wspinać się na Elbrus, dogadywać się po chińsku, kąpać w laotańskich wodospadach, zwiedzać świątynie na Bali, czemu w Birmie mają czerwone zęby, oraz czym jest gruzińska supra. Powiem Wam, że zawsze w takich momentach uświadamiam sobie ile miałem w życiu szczęścia i dobrych ludzi dookoła siebie. Nie żałuję niczego, a mało tego — cieszę się jak dziecko, gdy myślę, że kolejny etap swojego życia mogę też zamienić w przygodę. Nieco inną, dłuższą, wymagającą dużo więcej, niż tylko rumakowania przed siebie, ale jednak przygodę, która mnie fascynuje i rozwija.

Dlatego też ten blog zginął śmiercią naturalną. Dla mnie, podobnie jak dla wielu innych blogerów podróżujących na pełny etat, blog był jedynie formą ekspresji, pamiętnikiem i swoistym uzupełnieniem niezwykłej codzinności. Ten etap zostawiłem za sobą z dość pokaźym dorobkiem, ale również ze świadomością, że mało rzeczy mógłbym zrobić lepiej. Zająłem się życiem i jego nierelacjonowaniem. Mało tego, prywatność, codzienność i swoista schematyczność zaczęły mnie cieszyć, jak nigdy wcześniej.

Wiem, że tego typu wpis może być odebrany w niektórych środowiskach jako jawna herezja. Jednak nie mam zamiaru skończyć z podróżami, bo to wciąż moja pasja. Po prostu nieco zmieni się ich forma. I jakkolwiek górnolotnie zabrzmi to w ustach dwudziestopięciolatka-podróże to nie wszystko, a próba zamknięcia swojego życia w wąskich ramach prędzej, czy później wyjdzie nam bokiem.

Prawdopodobnie tym wpisem zamykam bloga, bo tak naprawdę nie mam nic więcej do dodania. Co miało zostać napisane, to na pewno zostało. We wpisach, podsumowaniach, w książce w epilogu lub gdzieś na blogu.

W razie czego, gdyby ktoś chciał spotkać się i pogadać, to zapraszam do Południka Zero, gdzie dość często pojawiam się na co ciekawszych prezentacjach i zawsze zostaję dłuższą chwilę po ich zakończeniu.

I na koniec narcystycznie zacytuję sam siebie:

„Czasami nie o podróż chodzi, a o to, co się z niej wynosi. O to, co dla oka i rozumu niewidoczne, ale dla serca istotne.”

Przemko Coelho

Przemko Coelho

37 komentarzy dodanych:

  1. O kurcze, Przemo. Szkoda. Dzięki Tobie zaczęłam podróżować, dzięki Tobie poczułam, to co wolność. Ty byłes moją inspiracją. Ale rozumiem Cię. To jeden z wielu etapów, czas na kolejny. Myślę, że kolejna przygoda przed Tobą. Powodzenia

  2. Zrobiłeś dokładnie na odwrót:) większość ludzi zaczyna od pracy w korpo, nie może znaleźć w niej sensu, rzuca ją, jedzie na koniec świata.
    A Ty najpierw pojechałeś na koniec świata, potem „rzuciłeś” (w dużej mierze) podróżowanie, a następnie zatrudniłeś się w korpo. I na dodatek Ci się jeszcze podoba.
    Ciekawa droga:)

  3. Przemko Coelho…. hahaha :)Też przeniosłam się do Warszawy, ale… nadal mnie gdzieś niesie. Też chcę kiedyś osiągnąć ten stan – błogości ze spokoju dnia codziennego. Na razie to dla mnie nie do pomyślenia. Jeszcze kilka przygód mnie wzywa. Trzymaj się. :)

  4. Przemku,

    gratuluję podjęcia decyzji o tej dłuższej i chyba bardziej mozolnej podróży, bo jest to chyba jeszcze większy wyczyn niż niejedna Twoja fascynująca przygoda, których zazdroszczę (pozytywnie!). Co do Warszawy – może gdzieś w tej swojej codziennej podróży miniemy się na ulicy – chętnie powiem wtedy zwykłe „cześć”! :)

  5. Przemek, IBM na Krakowiaków :) ? Pracuję w budynku na przeciwko, będę Cię wypatrywał, nie miej mi za złe jak zaczepię :)

  6. Szczerze „mówiąc”, to się wzruszyłam. Będzie pusto bez Twoich opowieści ze świata. Ale najważniejsze, że wiesz, czego chcesz i nie robisz nic na siłę. A to, co przeżyłeś, już na zawsze będzie Twoje i nikt Ci tego nie odbierze. Życzę powodzenia.

  7. A ciekaw jestem, w kwestii życia w Warszawie, czy nie przeszkadza Ci wielkość tego miasta – betonowa dżungla? Zwłaszcza po wychowywaniu się w pełnym zieleni trójmieście. Chyba że akurat masz szczęście mieszkać w jakiejś zieleńszej części miasta…

  8. Co powiedzieć! Dzięki za bloga, dwie świetne książki, ciekawe informacje, masę energii i powodzenia na nowej drodze życia!:) Trzymaj się:D

  9. Szacun! Bardzo łatwo przeoczyć w swoim życiu własciwy „zjazd na autostradzie”. Szczególnie jak się ma 20-parę lat a życie płynie fajnie i przyjemnie. Tak to właśnie pownno wygladać: zastanowić się (z grubsza) co i gdzie chce się robić a potem tam właśnie próbować to robić. Choćby na początek typując listę pracodawców, którzy byliby pożądani. Kreować swój świat a nie czekać na to co łaskawie spadnie ze stołu. Do podróżowania zawsze masz możliwość wrócić. Nie poświęcając chwili na refleksję „co dalej” mógłbyć wpaść w pułapkę w jakiej znajduje się wielu nałogowo podróżujących. Znam takich paru. Podrózowali xx lat, pracowali dorywczo, w barach, sklepach, to tu, to tam, byle zarobić na wyjazd albo utrzymać się za granicą przez chwilę i znów ruszyć dalej. Nagle orientują się, ze właściwie mają już około czterdziestki, nigdy w życiu „normalnie” nie pracowali, niczego w zasadzie konkretnego robić nie umieją, nie mają doświadczenia, zawodu a nawet nawyku pracowania (że jednak trzeba wstawać regularnie koło 8:00), nie mają często domu ani nawet widoków na niego (bo do tej pory nie był szczególnie potrzebny), nie mają stabilnych związków, dzieci, nie mają bazy a podróżowanie zaczyna ich już zwyczajnie męczyć. I fizycznie i psychicznie. Bo tak, nadchodzi taki moment, że już ci się mniej chce, nieważne jak fajnie było przez xx lat. Sam pewnie widzisz, że z czasem i mniej się chce gadać z współpodróżnikami po raz osiemsetny o tym „skąd jesteś?” itp, i trudniej akceptować niewygody przemieszczania się, spanie w przypadkowych miejscach i inne drobiazgi, które zaczynają uwierać jak kamyk w bucie. Z wiekiem człowiek lekko sztywnieje. Nie ma się co obruszać i zaprzeczać, każdy to wie. Nadchodzi uświadomienie, że fajnie, fajnie ale dobrze byłoby usiąść gdzieś na chwilę na dupie. I refleksja, że jednak należy w życiu zaplanować przynajmniej jego ramy. Przewidzieć, fakt ze dotychczasowy styl życia (nieważne jaki) może nas w pewnej chwili zmęczyć, że może będziemy chcieli czegoś innego. Zostawić sobie furtkę. Tu widać niestety przewagę tych, którzy pracując dotychczas „normalnie” mogą rzucić robotę niemal z dnia na dzień i przez kolejne 10 lat podróżować za zarobione pieniądze nad tymi, którzy przez 20 lat podróżowali ale teraz nie mogą nagle siąść za biurkiem (nawet gdyby jakimś cudem chcieli) lub jako prawie czterdziestolatkowie dostać innej, stałej, „normalnej”, dobrze płatnej pracy bo tak naprawdę nie umieją nic za co ktoś będzie im chciał płacić. To oczywiście uogólnianie, nie bierzcie na serio. Niemniej bardzo się cieszę, ze napisałeś głośno o tym, że zmiany następują, ze czasem zmienia się też punkt widzenia, priorytety. I że to jest normalne. Każdy kto zaczyna podróżować na własną rękę powinien o tym przeczytać.

    1. To jest bardzo mądry komentarz i zgadzam się w 100%! Sama jestem w momencie, w którym byłeś Przemek chyba z rok czy z 2 lata temu i pisałeś o tym, że w którymś momencie dochodzi do Ciebie, że kiedy Ty jesteś w drodze i właściwie niczym takim się nie martwisz, Twoim znajomi budują coś stałego. Może i siedzą 8h dziennie za biurkiem, ale robią to po coś. Podróżowanie jest super, ale trzeba wyczuć granicę, kiedy należy poznać troche inne życie, niż tylko to w drodze. Bardzo się cieszę, że Tobie tak to się udało, jesteś dla mnie motywacją, co bym postąpiła podobnie i nie przegapiła tego momentu! :D

      Powodzenia!

  10. Powodzenia na nowej drodze życia. Będzie nam brakować Twoich przygód, bo wiemy że jesteś człowiekiem zdeterminowanym, który nie rzuca słów na wiatr. Z drugiej strony, praca w korpo, to pewnie zupełnie nowe i fascynujące wyzwanie, a kiedy w końcu Ci się znudzi, to wiesz jak trafić na wylotówkę ;)

  11. Naprawdę zaglądasz do Południka? Fajnie, może kiedyś uda się nam porozmawiać. Wiele razy myślałam o tym, że chciałabym porozmawiać o tych Twoich doświadczeniach na żywo, ale zawsze byłeś tam daleko :)

  12. Właściwie wcale mnie nie dziwi Twoja decyzja. NIe podróżowałam tyle ile Ty, a juz jakiś czas temu zrozumiałam, że chce mieć coś stabilnego tu, realizować się w innym wymiarze, a podróże pielęgnować jako piękną pasję, ale nie poświęcać im wszystkiego i wszystkich. Czy można to nazwać dojrzałością ? :) Będzie brakowało śledzenia twoich przygód, ale musisz zrobić to, co pozwala Ci wstawać rano z uśmiechem:)
    Pozdrowienia i może do zobaczenia gdzieś kiedyś na jakimś slajdowisku :)

  13. Przemek! To powodzenia życzę! Pracy zazdroszczę – sama celuję w coś podobnego :) Jak to mówią – czasami każdy musi gdzieś osiąść. Najwazniejsze, że Ty jesteś zadowolony :) Chociaż Warszawy to ja się po Tobie nie spodziewałam :D

  14. Czasami myślałam, ze wsiąkłeś gdzieś na singapurskich rubieżach, a tu taka niespodzianka ! Jesteś i pracujesz w moim mieście! Doskonale! Warszawa się bardzo cieszy. To piękne miasto młodych ludzi, kreatywnych, otwartych i radosnych. Witaj więc i zapuszczaj korzenie :-) Pozdrawiam!

  15. Zgadzam się, praca w dużej firmie, nie oznacza od razu typowej „korpo”. Przecież każdy z interesuje się innymi tematami, podróżował w różne miejsca. Na każdym kroku możemy spotkać inspirację. A tylko lenie sądzą, że żeby coś zobaczyć lub się dowiedzieć, trzeba gdzieś pojechać, spotkać się z kimś wyjątkowym. Uczmy się doceniać to co nas otacza i wyciągać z tego wnioski. Pozdro !

  16. Z jednej (egoistycznej) strony szkoda, że już nie przeczytam Twoich wpisów tutaj, a z drugiej cieszę się Twoim szczęściem :) Co z tego, że inni nie wyobrażają sobie pracy w korporacji. Najważniejsze, że Ty jesteś tam szczęśliwy :) Życzę powodzenia!

  17. Przez te Antypody wszystko mi umknęło, teraz nadganiam.
    Well, cenię za szczerość i jakieś tam spięcie klamrą. Miotałeś się już podczas podróży po Ameryce Południowej i to było czuć, jednakże nie uwierzę, żę do tego bloga nie wrócisz. Może już pod inną nazwą, ale zaczniesz znów pisać i jest imho kwestia czasu krótszego niż dłuższego. Nie musimy się zakładać ;-)
    Do zobaczenia kiedyś w Wawie!

  18. Dopiero trafiłem na tego ciekawego bloga, a tu jego autor kończy działalność. Ja to mam szczęście ;) Szkoda, chociaż rozumiem decyzję. Czasami jest tak, że coś nas ciągnie, przykładowo podróże. Kiedy jednak podziałamy w temacie jakiś czas, nasycimy się tym i czujemy, że pora na coś innego. Naturalna kolej rzeczy. Życzę powodzenia! Ale bloga nie likwiduj, niech zostanie dla potomnych, a może i jakiś nowy wpis się trafi podczas podróży na korporacyjnym urlopie.

  19. Fantastyczny blog przeczytalam go jednym tchem . Dziękuje za podróż w którą mnie zabraleś była ona ekscytująca momentami mega wzruszającą a czasem tak samo śmieszna. Mam nadzieję , że jednak kiedyś jeszcze wybuerzesz się w podróż i podzielisz się tym z nami czytelnikami. A tymczasem pozostalo mi zakupić Twoja ostatnią książkę gdy tylko odwiedzę Polskę. Pozdrawiam z Irlandii kraju w którym też mamy te okropne muszki .

  20. super wpis. dobrze wiedzieć, że zatrzymałeś się we wsi warszawa i że wzbogaciłęś to miasto swoją ogromną duszą. kończę książkę, porcjując sobie ostatnie strony. do zobaczenia w Południku!

  21. Zacząłem czytać Twojego bloga całkiem nie dawno, nie ukrywam, że liczyłem na kolejne ciekawe relacje, no ale cóż. Do 30 jeszcze sporo Ci brakuje, a już zobaczyłeś więcej niż większość ludzi przez całe swoje życie. :) Niech Ci się wiedzie!

Dodaj komentarz