Widoczki na miasto
5 sierpnia 2015

Multikulturowy Singapuru

Od mniej więcej dwóch miesięcy w Singapurze da się odczuć wielkie wyczekiwanie i odliczanie do 9 sierpnia. Właśnie wtedy Singapur będzie obchodził pięćdziesięciolecie swojego istnienia. Dziwne prawda? Państwo, które jest jednym z najbogatszych na świecie (w przeliczeniu na mieszkańca), najlepiej rozwiniętych i posiadających najlepsze uniwersytety, ma dopiero pięć dekad. Jednak świętuje z rozmachem jakiego nie powstydziliby się Amerykanie na 4 lipca.

Pięćdziesięciolecie niepodległości Singapuru

Przygotowania do tej rocznicy rozpoczęto prawdopodobnie dawno temu, ponieważ już teraz widać jak bardzo szeroki zakres miały oraz jak fanatycznie oddani są Singapurczycy swojemu państwu. Podstawą są tutaj czerwono białe flagi wywieszone z każdego okna i biura. Niemalże każda społeczność, nawet ta najmniejsza, przygotowuje różnego rodzaju wydarzenia, których miejsca oznaczone są wielkimi pięćdziesiątkami lub tortami dla ukochanego Singapuru na skwerach. Wszędzie widać promocje i „limited edition SG50” niemalże każdego rodzaju produktu. Począwszy od napojów, przez ubiór, naklejki, balony, lusterka, światła, koszulki, czapki. Dosłownie prawie wszystko. Na stacjach do tej pory panowała jedynie cisza przerywana komunikatami o nienajeżdżającej kolejce. Teraz zapanowały melodie ze specjalnie stworzonej na obchody płyty, gdzie każda piosenka wychwala Singapur oraz jego wyjątkowość. Mieszkańcy i turyści w każdą sobotę w ilości liczonej na ponad sto tysięcy, pojawiają się z małymi, plastikowymi flagami na próbach parady, pokazach fajerwerków, o których sylwester z Jedynką może tylko pomarzyć. Oczywiście każdy w czerwonej lub białej koszulce z Merlinem – symbolem Singapuru przypominającym skrzyżowanie krewetki z lwem. Naszego EURO2012 wygląda przy tym jak święto ubogiego krewnego. Nie mówiąc już o 11 listopada.

Merlin krewetko-lew

Merlin krewetko-lew

Lecom helikoptery

Lecom helikoptery

Torcik urodzinowy i flagi w tle

Torcik urodzinowy i flagi w tle

Fajewrwerki

Fajewrwerki

A jednak oglądając całe te przygotowania i ogólną gorączkę, człowiek ma dziwne wątpliwości co do tego, co Singapurczycy świętują i co sprawia, że czują się tacy wyjątkowi?

Co świętują Singapurczycy?

Jeśli chodzi o rozwój państwa, to w głównej mierze jest on zasługą jednego człowieka – Lee Kuan Yew. Chińczyk wykształcony na zachodnich uniwersytetach, złapał mieszkańców wyspy za fraki, wprowadził drakońskie kary za przestępstwa i potraktował miasto jako firmę. Jeśli w coś inwestował publiczne pieniądze, to tylko z założeniem, że ma na siebie zarabiać w określonym czasie. Nie zarabia? To zamykamy. Kropka. Chcemy być konkurencyjni na światowym ryku? Stworzymy więc uniwersytety, które będą miały pieniądze na kształcenie kadr na najwyższym światowym poziomie. Sprzedawajmy usługi, technologie oraz patenty, ponieważ one są obłożone najwyższą marżą. Facetowi zarzuca się rządy autorytarne, zbyt surowe prawo oraz kontrole mediów, ale póki co wygląda na to, że w najgorszym wypadku znalazł receptę na świetny rozwój państwa. Przynajmniej w perspektywie półwiecza.

Dynamiczny rozwój i dobrobyt jest podstawą świętowania, ale wciąż pozostaje pytanie – co poza tym?

W zeszły weekend razem z Pauliną, po raz chyba szósty z kolei, pojawiliśmy się w weekend na próbie generalnej przed obchodami. Różnica pomiędzy tą próbą a wcześniejszymi była taka, że dookoła zatoki postawiono olbrzymie sceny z telebimami. Na nich, ku uciesze gawiedzi, transmitowano ostatnie prób ze stadionu, gdzie będą obchodzone główne uroczystości.

Zaciekawieni i z podziwem dla organizacji, oglądaliśmy idealną synchronizację piosenek i pokazów na stadionie, przelotów odrzutowców, parady służb publicznych, olbrzymich samolotów Singapore Airlines, pokazu fajerwerków oraz synchronizacji telefonów wszystkich Singapurczyków, które o 20.15 zaczęły migać na czerwono-biało.

Jednak podczas wyświetlania transmisji ze stadionu, na telebimach były pokazywane filmy przedstawiające Singapurczyków opowiadających o swoim życiu, czy też wyjątkowości swojego państwa. Właśnie wtedy, pierwszy raz w życiu, zobaczyłem coś o czym bez zastanowienia mógłbym powiedzieć – propaganda. Poważnie, TVN przy tym to pikuś.

Kwintesencją było nagranie odpowiedzi około cztero-pięcioletnich dzieci, które mówiły kim chcą zostać w przyszłości. Ja tam chciałem być Batmanem, supermanem, czerwonym wojownikiem PowerRanges, Luce’em Skywalkerem, strażakiem, ale gdybym miał podać uzasadnienie, to byłby już ciężej. Pewnie coś w stylu – „Bo chciałbym biegać po ścianach”. Odpowiedzi dzieciaków – „Chcę zostać żołnierzem, aby bronić Singapuru przed wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi.” WTF?

Kolejną abstrakcją było dla mnie coś, co dla rządu singapurskiego jest nijako beczką prochu, czyli zróżnicowanie rasowe. Singapurczycy to w 74% Chińczycy (większość Hokkien i Teochew), 13% Malajowie, 9% Hindusi i 3% inni. Do tego dochodzi fakt, że ponad 43% urodziło się poza Singapurem. No i trzeba pamiętać o religii. W Singapurze 33% to buddyści, 18% chrześcijanie, 17% ateiści, 15% muzułmanie a pozostałe 17% to różnego typu mniejsze wyznania, czy wierzenia.

Właśnie ta różnorodność kulturowa, oraz to jak sobie wspaniale z tym radzą, wzajemnie akceptują i lubują w swojej inności, była czymś, co na filmach było podkreślane dziesiątki, jeśli nie setki razy. W późniejszej kolejności jedzenie i zakupy. Jeśli zapytasz napotkanego na drodze mieszkańca Singapuru, aby jednym słowem opisał Ci swoje państwo, to prawdopodobnie będzie to właśnie słowo „multicultural”. Wzorzec idealny dla zwolenników przyjmowania niczym nie regulowanej ilości imigrantów do kraju.

Multikulturowość Singapuru

Rząd singapurski podejmuje wiele działań, które mają na celu zbliżenie kulturowe i wzajemne zrozumienie, dlatego działania na tym polu są dość aktywne. O tym, że przydział mieszkania w znacznym stopniu zależy od rasy i kultury pisałem w poprzednim poście. To samo tyczy się szkół. Jedną z podstaw tworzenia klas jest zróżnicowanie kulturowe. W ten sposób oswaja się dzieci z innymi wierzeniami, kulturą, zwyczajami, czy językiem już od małego. Po szkole przychodzi czas na obowiązkową dwuletnią służbę wojskową, gdzie obowiązuje ten sam system. Dodatkowym czynnikiem spajającym jest język angielski, który jest językiem urzędowym i podstawowym w szkołach. Dodatkowo, za jakąkolwiek obrazę na tle religijnym czy rasowym najzwyczajniej idzie się do więzienia lub płaci grzywny liczone w dziesiątkach tysięcy dolarów.

Czy to działa?

W krótkiej historii niepodległego Singapuru zamieszki miały miejsce dwukrotne. Pierwsze w 1969 r. kiedy to Chińczycy stanowiący większość w mieście, starli się z Malajami. Głównym powodem były tutaj informacje o prześladowaniach Chińczyków w Malezji oraz wciąż trwiące w pamięci wydarzenia sprzed pięciu lat. Wtedy to w nie będącym jeszcze samodzielnym państwem mieście, pomiędzy tymi dwoma grupami wybuchły zamieszki na stricte rasowym. W pierwszym wypadku zginęło 36 osób i rannych zostało 500 osób. W drugim cztery osoby zmarły a 80 raniono.

Kolejnym przykładem zamieszek na tle rasowym, choć spowodowanych inną historią, były nie tak dawne rozruchy w Little India pod koniec 2013 r. Pech chciał, że chiński kierowca potrącił hinduskiego pracownika na głównej ulicy dzielnicy. Potrącił, albo wypchną z busa. Różne wersje i historie w zależności od tego od kogo je słyszysz.  Główne powody wybuchu zamieszek są trudne do ustalenia, ale z minuty na minutę, w miejscu wypadku gromadziło się coraz więcej hindusów oraz policji. Aż w końcu coś poszło nie tak. Ponad 40 osób zostało rannych, a szkody liczone były w milionach dolarów.

Zaraz po zamieszkach pojawiły się spekulacje dotyczące ograniczenia liczby pracowników tymczasowych oraz informacje o coraz szybciej rosnących napięciach etnicznych, ale na próżno było szukać tego typu informacji w mass mediach. Te będąc pod kontrolą rządu zrzuciły winę na alkohol. Rząd zareagował zabronienieniem sprzedaży w całej okolicy na okres sześciu miesięcy oraz zamknięcia większości barów. Rok temu ograniczenia zostały zniesione, ale wprowadzono zakaz sprzedaży alkoholu po 22.

Rzeczywistość

Od kiedy tu mieszkam ani razu nie widziałem, aby Hindusi spotykali się w grupach mieszanych z Chińczykami, czy Malajami. Czy to podczas przerwy na obiad w pracy, czy też na spotkaniach po niej. Jedni chodzą z jednymi a drudzy z drugimi.  Różnego typu parki trzymające się za ręce nad bulwarem, czy też w metrze – to samo. Chińczyk-Chinka, Hindus-Hinduska. Wyjątkiem są tutaj pary Biały-Chinka, ale już w druga stronę to nie działa. Idąc dalej tym tropem zauważymy, że nie licząc czasu spędzanego w pracy, większość ludzi dość szczelnie zamyka się w swoim kręgu kulturowym. Każda  z grup kultywuje swoje tradycje i religie, dlatego na ulicach można zobaczyć kobiety w sari, czy burkach zaraz obok ubranych w obcisłe żakiety Chinek. Hindusów, którzy bez skrępowania ślinią się na każdą ładniejszą w metrze, Chińczyków zapatrzonych w swoje telefony pokonując kolejne level’e w Candy Crush oraz białych ze słuchawkami na uszach i nosami w książkach.

Jeden język też sprawdza się, ale tylko i wyłącznie w kontaktach między poszczególnymi grupami, a nie w obrębie jednej. Chociaż i z tym jest problem. Angielski w wykonaniu Hindusów brzmi kompletnie inaczej, niż ten artykułowany przez Malajów, czy Chińczyków. Dla osoby mówiącej „mainstreamowym” angielskim, zrozumienie ich jest szkołą cierpliwości i wyłapywania sensu zdania po znaczeniu poszczególnych słów.

Czy to ma szansę się sprawdzić?

Głównym czynnikiem łagodzącym obyczaje są, nie oszukujmy się, pieniądze i dobrobyt. Dużo łatwiej jest znieść swoją niechęć do sąsiada, który non stop smaży paskudne żarcie i nie sprząta tworząc idealne siedlisko karaluchów, jeśli stać Cię na piękne mieszkanie, klimatyzację i dźwiękoszczelne okna. Nie mówiąc już o pracy, w której obowiązujące godziny pracy to 11-21, Nie przeszkadza Ci to dopóty płacą Ci lepiej niż dobrze i stać Cię na weekendowy wypad na Bali. Obecnie sytuacja większości osób mieszkających w Singapurze własnie tak wygląda. Powodzi się. Jednak pozostaje pytanie co stanie się, gdy gospodarka wpadnie w recesję, a ludzie zaczną tracić pracę lub oszczędności? Historia pokazuje, że każdy zawistnie zaczyna wtedy patrzeć w kierunku tych, którym najlepiej się powodzi, a do głosu dochodzą właśnie niesnaski kulturowo-rasowe.

Rząd może mówić i proponować jedną wersję, ale objawy rasizmu spotkaliśmy w Singapurze już pierwszego dnia. Przykładem byli właściciele pokoju, który wynajmujemy. Będąc Malajami już pierwszego dnia nam powiedzieli, że nie wynajmują Chińczykom, bo ich nie lubią, a Hindusom bo są brudasami.  I sądząc po opiniach osób z pracy, czy znajomych, nie są w takich osądach wyjątkami. Różnica polega na tym, że każdy ocenia każdego. Charakterystyczne jest tutaj myślenie, że przecież nie obrażam np. moich Hinduskich znajomych, bo oni są normalni, ale „tych brudasów” z doków.

Wiem, że to niepoprawne politycznie i wbrew mainstreamowym poglądom, ale jestem rasistą. Wprawdzie nie tym, który ocenia ludzi po kolorze skóry, ale rasistą kulturowym. Nie ma różnicy pomiędzy Czarnym, Azjatą, czy Hindusem wychowanym w tej samej kulturze, ale za to jest już znacząca, gdy wychowa się w kompletnie innej. Do tej pory żyłem ze wbijanym mi do głowy przekonaniu, że przecież ludzie są tacy sami. Otóż nie są i uświadomiłem to sobie dopiero tutaj na miejscu.

Pisząc ten wpis z małym rozbawieniem zacząłem sobie myśleć o skali do jakiej urósł problem przyjmowania imigrantów do Polski. Jeśli mówimy tu zaledwie dwóch tysiącach osób, to medialna afera jaka na tle tego wybuchła sprawia, ze śmiać mi się chce. O problemie możemy mówić, gdy rozkład kultury i społeczeństwa jest tak skomplikowany, jak ma to miejsce właśnie w przypadku Singapuru lub zbliża się do tego poziomu.

To multikulturowe państwo-miasto może być ciekawym przykładem dla wszystkich, którzy zmagają się zarówno z problemem imigrantów, jak i zróżnicowania kulturowego. Czy recepta jest dobra? Póki co i nie pozostaje nam nic innego jak tylko czekać i obserwować, jak to wszystko będzie u nich funkcjonować. A obserwować i badać trzeba, bo niewątpliwie Europę czeka podobna perspektywa. Mieszkańcy Afryki i Azji już niedługo będą stanowić ponad 3/4 mieszkańców naszego globu, a taka ilość będzie nie do zatrzymania moralnymi sposobami. Pytanie czy przygotujemy się na to tworząc odpowiednie strategie i rozwiązania, czy obudzimy się z ręką w nocniku podczas kolejnej konferencji prasowej dotyczącej zamieszek na tle rasowym i kulturowym.

Wiem, że wpis jest nieco inny niż zwykle, ale jakoś tak mnie naszło, żeby go napisać. Mam nadzieję, że zachęci on Was do wsparcia akcji Autostopem dla Hospicjum i podopiecznych Fundacji Dzieci Osieroconych. Korzystając z okazji, chciałbym też podziękować oficjalnie wszystkim dziewczynom z Klubu Polek, które postanowiły samodzielnie promować akcję i wesprzeć ją wpisami z całego świata :)

IMG_20140524_075322795_HDR
24 sierpnia 2014

Głupi fejm

Od dłuższego czasu zastanawiałem się, czy przygotować ten wpis, czy może jednak olać sprawę i się niczym nie przejmować. Podjęcie decyzji ułatwiło mi przypadkowe znalezienie w sieci dyskusji o tym, że mam parcie na szkło i lansuję się na „króla autostopu”. Tym samym, w napływie irytacji, przygotowałem te parę słów dla wszystkich przysłowiowych, internetowych hejterów oraz tych, którzy z utęsknieniem czekali na kolejny wpis na blogu.

W poszukiwaniu źródeł

Temat w sumie należałoby zacząć w miejscu, gdzie zaczął się ów nieszczęsny „fejm„, czyli na początku kwietnia 2012 r. Właśnie wtedy zdecydowałem się upublicznić swoje zapiski z podróży, które odbyłem między 2009 a 2011 rokiem. Nic takiego. Zwykłe, krótkie zdania i opowieści, które jak teraz czytam, to aż się śmieję, bo opisy są zwyczajnie kiepskie :) Czemu wyszedłem z tym do ludzi? Banalny powód, który dziesiątki razy przetaczałem w rozmowach i na prezentacjach – miałem dość opowiadania non stop o tym jak było rodzinie (bliższej i dalszej) oraz znajomym (tym bliższym, dalszym oraz poznanym przy piwie w piątkowy wieczór).

Później, gdy ruszyłem w kolejną podróż, zacząłem pisać na bieżąco, na kolanie, z błędami w składni i ortografii, ale wiedziałem, że czytający to rodzice i znajomi, chcą wiedzieć co u mnie. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że czytają to również znajomi znajomych i ludzie kompletnie mi obcy, a statystyki bloga zaczęły rosnąć przekraczając liczby trzycyfrowe.

Jako, że ruszając w podróż do Iranu, zobowiązałem się, że po powrocie zrobię prezentacje w kilkudziesięciu liceach i chciałem się z tego wywiązać. Już po pierwszej uświadomiłem sobie, że lubię opowiadać i sprawia mi to przyjemność. Dlatego opowiadałem. Co najmniej kilkadziesiąt razy. Co za tym idzie? Coraz więcej ludzi zaczynało śledzić bloga. Czemu? Bo włożyłem ogrom pracy, w robienie czegoś więcej niż spamowanie w komentarzach na zasadzie „Super tu u Was! Udostępniamy i zapraszamy do siebie!„, wrzucanie zdjęć pięknych miejsc, co by edgerank szybował, czy  zgłębianie wiedzy o pozycjonowaniu czy SEO.

Boom!

Chciałem napisać, że kolejny rok i kolejna podróż, ale to nie była tylko podróż, ale również projekt „Pocztówki z Europy”. Dziwne, co? Nie pojechałem tak sobie, tylko zrobiłem coś więcej. 100 dni podróży, pogodzenie tego ze studiami i uczciwie zarobione fundusze. Codzienne pisanie wpisów i poświęcanie czasu, żeby osoby, które sprawiły, że jestem tym kim jestem, wiedziały co u mnie; żeby znajomi mogli przy wakacyjnym piwie powiedzieć -
„Czytaliście co Przemo odwalił? Wariacik z niego!”; żeby Ci, którzy na bloga trafili przypadkiem lub po prezentacji powiedzieli sobie – „Przecież o jest taki sam jak ja! Jak on może, to czemu nie ja?!” – żeby też realizowali swoje marzenia, a nie tkwili dzień w dzień przed komputerem.

Podróżowałem, pisałem i nagle się okazało, że jest ogólnopolskie spotkanie blogerów Blog Forum Gdańsk, na którym zostanie wyłoniony blog roku czytelników. Poprosiłem – „Zagłosujecie?” po czym birmańska rzeczywistość odcięła mnie od sieci, a wszystkie wcześniej wymienione osoby głosowały. Z komórek, z komputerów, swoich i kumpli z pracy, oraz całe klasy na zajęciach z informatyki. Kilka tysięcy głosów w przeciągu pięciu dni i bum! Blog Autostopem przez życie, został laureatem głównej nagrody i z miejsca propozycja napisania książki. Czy zasłużyłem? Nie mnie oceniać.

Czy chciałem napisać książkę? Głupie pytanie. Kto by nie chciał w wieku dwudziestu trzech lat napisać książki, niech pierwszy rzuci kamieniem. Czy jestem pisarzem? Jeszcze głupsze pytanie. Nie byłem, nie jestem i pewnie nigdy nie będę, bo nie chcę, ale o tym napisałem już tutaj.

Tym samym przechodzimy do sedna sprawy.

Książkę wydało jedno z największych wydawnictw w Polsce – Muza S.A. Za taką firmą idzie kolejna, mniejsza, która zajmuje się tylko i wyłącznie promocją książek. Czym jest promocja książki? To umieszczenie informacji o książce w każdym możliwym miejscu, wciśnięcie autora do każdej audycji i do każdego programu, żeby tylko powiedział kilka słów o podróżowaniu i o swojej, nowej pozycji na rynku wydawniczym. Czy ja się tym zajmowałem? Nie. Nie miałem ani czasu, ani potrzebnej wiedzy, czy znajomości, żeby ogarnąć to, co zrobił Rafał – niesamowity chłopak, który włożył w promocję książki mnóstwo zdrowia, czasu i pewnie nigdy mu się za to nie odwdzięczę.

Ze swojej strony zorganizowałem tylko szesnaście spotkań w całej Polsce. Dzień w dzień w innym mieście. W każde włożyłem całe swoje serce, energie i tyle uśmiechu, ile tylko mogłem, a na ostatnim, we Wrocławiu, gdzie już pod sam koniec spotkania tworzyłem puentę, rozkleiłem się, bo wtedy dotarło do mnie silniej niż kiedykolwiek wcześniej, że mam swoją małą misję. Tak, misję. Brzmi tandetnie, ale gdzie tylko jestem, walczę ze stereotypem, że autostopowicze, to menele, złodzieje, że na stopa nie biorą, że nie jesteśmy straconym pokoleniem, że wiary nie trzeba się wstydzić, że nie musi być skrajna, że dla podróży nie trzeba rzucać wszystkiego, że marzenia są po to, żeby je spełniać, że można podróżować też dla innych, że życie jest po to, żeby je przeżyć jak najpełniej.

A media, kochani, to kula śnieżna. Wystąpisz w jednym, drugim, trzecim programie i jeśli umiesz mówić i masz co powiedzieć, to zaproszą Cie do kolejnego. Zwłaszcza w sezonie ogórkowym, bo dla większości naszego społeczeństwa, podróże to wciąż temat do wciśnięcia między psychologię miesiączki a modę na wielkie pupy.

Czy mam parcie na szkło? Nie, ale chcę zmieniać świat, a żeby to zrobić trzeba pokonać wiele stopni. Jednym z nich jest konieczność zaistnienia w mediach, żeby przebić się z kolejnym pomysłem, który już za miesiąc Wam zaprezentuję.

Czy jestem „królem autostopu”? Jeszcze większe nie. Są dziesiątki Polaków i setki obcokrajowców, którzy podróżują dłużej, dalej, lepiej i często robią dużo ciekawsze rzeczy niż ja. Jedyny ich problem polega na tym, że tego nie opisują i dlatego nikt o nich nie wie, nie słyszał i jara się Przemkiem, który sobie na stopa do Birmy pojechał. Ot powód. Mi ta łatka nie potrzebna.

Nowy projekt?

„Po co?” – zapytają jedni. „Fejmu szuka” – dalej, twardo i uparcie, odpowiedzą drudzy. Za przeproszeniem „Gówno prawda”. Wychodzę z jednego, prostego założenia – jeśli mam siłę i wiarę w to, że mogę zrobić coś więcej dla innych niż tylko „kolekcjonować wspomnienia”, to to robię. Nie zastanawiam się czy mi się to opłaci, czy warto, albo czy się uda lub nie, tylko wkładam całą energię i serce w zrobienie czegoś co pomoże innym. Wcześniej były to pocztówki, teraz będzie to realna pomoc dla tych, którzy jej potrzebują nie, żeby żyło się lepiej, ale żeby w ogóle żyć.  Nie gdzieś daleko w Afryce, ale na naszym, nieatrakcyjnym medialnie, polskim podwórku. Pomagać ludziom, którzy zostali pokrzywdzeni nie przez konsekwencje własnych wyborów, ale dlatego, że Bóg tak chciał i nigdy nie będzie nam dane dowiedzieć się czemu. Pomagać tym, którzy stracili to co w życiu najważniejsze – zdrowie i rodzinę.

Jak mam zamiar pomóc podróżując autostopem? O tym już niedługo, ale w tym tygodniu projekt wchodzi w decydującą fazę realizacji, więc będę wdzięczny za trzymanie kciuków i modlitwę, żeby wszystko się udało jak najlepiej.

Z pozdrowieniem,
Przemek „Lansiarz” Skokowski

 

ddtvn
12 czerwca 2014

Miło mi. Przemek jestem

Początkowo chciałem przygotować ten wpis zaraz po powrocie z trasy, ale po ludzku nie miałem siły. W sumie tylko trzy tygodnie poza domem, ale za to niesamowicie męczące. Niby same wywiady i prezentacje po Polsce, ale jak wróciłem, tak pozbierać się przez dwa dni nie mogłem. Jak było? Super!

Tuż przed rozpoczęciem promocji stresowałem się strasznie. O tym co mnie przerażało mnie najbardziej możecie przeczytać tutaj. Koniec końców wyszło na to, że książka sprzedaje się bardzo dobrze, a co ważniejsze podoba się wszystkim, ale o tym za chwilę.

Przed wyjazdem trzeba było oczywiście zaopatrzyć się w nowe koszule, bo co dowcipniejsi już się śmiali, że występuję tylko i wyłącznie w jednej, więc wydałem ostatnie zaskórniaki na pięć nowych (następne zakupy najszybciej za rok jak nie dwa). W końcu w śniadaniówkach mieli mnie podpisywać nazwiskiem, które dzielę z rodzinką, więc nie można było im wstydu narobić. Chociaż braciak i tak skwitował wszystko zwrotem „Modniś (drugi człon do wiadomości autora)”

Gdy już wszystko było kupione i spakowane w walizkę (tak, walizkę. Kochana Mama nie chciała, żebym jechał z plecakiem, bo wszystkie koszule „będą wyglądać jak psu z gardła”.), ruszyłem do Warszawy. Po drodze utopiłem jeszcze telefon w toalecie, ale to osobna historia. Na stopa zabrałem się z dr Joanną Heidtman, która wraz ze mną była gościem wieczornej audycji w Trójce – „Dobronocce”, którą można odsłuchać tutaj. Pierwsze zetknięcie z ogólnopolskimi mediami specjalnie nie różniło się od tego co widziałem już wcześniej w naszym lokalnym Radiu Gdańsk. Swobodna rozmowa między trójką ludzi, której słucha kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt tysięcy osób. I rzeczywiście efekt audycji zobaczyłem później w statystykach bloga, którego wyświetlenia momentalnie wzrosły w sposób, jakiego nie widziałem od kilkunastu dobrych tygodni.

Zarówno nockę w dniu przyjazdu, jak i później cały tydzień, spędziłem u Mateusza vel. Majkela vel Błażeja, któremu serdecznie dziękuję nie tylko za wieczorne piwa na murku przed blokiem, ale też za darmowy obiad w restauracji wegańskiej. Nigdy nie wierzyłem, że posiłek bez mięsa, to posiłek, a tu aż się ruszać nie mogłem, bo tak się najadłem. Dzięki chłopie!

IMG_20140519_082432722Do środy latałem od radia do radia, z telewizji do telewizji. Na trasie zaliczyłem TVP Warszawa, TVP Info, TVN, Polsat, TVP2, Republika TV a do tego nieskończona ilość stacji i audycji radiowych. Swoją drogą nie ma specjalnie sensu, żebym zamieszczał linki do każdego wywiadu osobno, bo w każdym mówiłem mniej więcej to samo, a mało kto miał pytania, które wybiegały poza standardowy szablon. Na pewno ciekawym doświadczeniem była wizyta w śniadaniówkach DD TVN i TVP2. Nie wiem jak sobie je wyobrażacie, ale ja byłem w lekkim szoku, bo pierwsze skojarzenia jakie miałem to te które przywołują na myśl taśmę produkcyjną.

ddtvnIMG_20140521_113531150_HDR

IMG_20140523_103616440_HDRIMG_20140524_075322795_HDR

W każdym studio, zaraz za kamerami nieustannie pracuje masa makijażystek oraz osób, które czekają na swoje 7 minut na kanapie. Począwszy od adwokat mamy Madzi i pań mówiących o modzie na wielkie pupy, przez zespół Brathanki śpiewający z playbacka, tragicznie lansiarskiego zwycięzcę Voice of Poland i Irene Santor, która spokojnie siedziała obok mnie i tak jakby była nieobecna.

Oprócz tego w Warszawie zacząłem prezentacje. Pierwszą w Południku 0, gdzie ku mojemu zdumieniu już trzydzieści minut przed prezentacją nie było miejsc. Później w Warszawskiej Szkole Fotografii i na Uniwersytecie Warszawskim. Tutaj serdeczne podziękowania dla Asi, Moniki i Magdy, które te spotkania zorganizowały i poświęciły swój czas. Dzięki serdeczne też dla wszystkich tych, którzy pojawili się na piwku nad Wisłą w piątek po wszystkich spotkaniach.

IMG_20140529_183619414

Później na prezentację do Gdańska, Szczecina, Gorzowa, Poznania, Torunia, Białegostoku, Kielc, Rzeszowa, Krakowa, Katowic, Opola, Świdnicy, Wrocławia i na koniec do Gdyni. Mógłbym opisywać każde z tych spotkań, każdą z osób, którą spotkałem lub które mnie przenocowały, pomogły czy po ludzku porozmawiały przy piwie, ale zajęłoby to wieki, a ten wpis ma być zwykłym podziękowaniem.

Dla Natalii, Filipa, Sandry, Rafała, Agi, Hani, Kasi, Magdy, Szymona, Jawora, Kasi, Amadeusza, Agaty i Rafała, Karola, Karoliny i Michała, Kasi, Karoliny, Przemka, Marka, Szady, Marcina i Natalii, ekipy Busem przez Świat, ekipy wyprawybusem.pl Jowity, Sprita, Estery i Ambasady podróżników :)  To dzięki Wam miałem możliwość zarażania podróżami podczas prezentacji przed setkami osób, a przede wszystkim mogłem poznać Was. Wcześniej tylko ikonki na Facebooku śledzące i komentujące bloga od miesięcy, a obecnie ludzie, z którymi przegadałem co najmniej cały jeden wieczór wymieniając się nie tylko opowieściami, ale i również spostrzeżeniami, żartami. Dziękuję Wam za to, że pokazujecie, że osoby śledzące tego bloga, to nie lemingi, ale młodzi, inteligentni i ciekawi ludzie, którzy kiedyś będą stanowić o Polsce. Dlatego cieszę się, że Was poznałem i mam nadzieję, że jak po raz kolejny będę odwiedzał Wasze miasta, to mnie przyjmiecie, bo u mnie zawsze jesteście mile widziani. Miło mi, Przemek jestem!

P.S Co do książki, jeśli ją przeczytaliście, to będzie mi miło, jeśli zamieścicie recenzję tutaj. A jeśli znaleźliście gdzieś jakieś wywiady, to również możecie je śmiało wstawiać w komentarzach, bo zamieszczę je w  trochę już nieaktualnej zakładce „Współpraca:)

P.S. 2 Podsumowaniem wyjazdu jest filmik z serii „Życie pełne przygód”

P.S. 3 Obecnie ogarniam egzaminy, magisterkę i pracę, ale o tym już w następnym wpisie.

17 maja 2014

Autostopem przez życie – premiera książki

21 maja godzina 9.00, czyli planowana „Godzina 0″ w moim życiu. W księgarniach w całej Autostopem_okladkaPolsce ukaże się książka pt. „Autostopem przez życie”. Coś, na co pracowałem przez ostatnich pięć lat, pielęgnując swoją pasję, zacznie być oceniane przez innych, w zdecydowanej większości obcych, mi ludzi. Coś co tworzyłem przez kilka miesięcy, znajdzie się albo na półkach w mieszkaniach u wielu osób, albo spłynie z szambem krytyki do kanałów nic nie wartych książek podróżniczych.

Co to zmieni? Czy dam radę? Czy narobię wstydu innym noszącym to nazwisko? To tylko trzy z wielu pytań, które od tygodni krążą mi w głowie.
Ostatnio, gdy rozmawiałem z Mamą w niedzielne popołudnie, przyznałem się szczerze

- Wiesz co, Mamo? Gacie, to mam pełne strachu. Jak przed maturą.

Dokładnie tak się czułem. Niepewność tego jak ludzie zareagują, gdy przeczytają książkę. Podekscytowanie związane ze zbliżającym się terminem. Ciekawość świata mediów ogólnopolskich. Strach przed krytyką, niezrozumieniem i chyba największy – przed zbyt dużymi oczekiwaniami.. Radość, że już niedługo będzie po wszystkim i tygodnie życia w napięciu w końcu się skończą. Wszystko to na przemian przejmowało nade mną kontrolę.W zależności od tego jakiej muzyki słuchałem lub którą nogą wstałem.

Nigdy nie uważałem, że jestem pisarzem. Nawet mi przez myśl, to nie przeszło i pewnie też nie przejdzie. Dlatego osoby, które spodziewają się górnolotnych opisów rodem z Władcy Pierścieni uprzejmie informuję, że takich nie ma. Nie ma też udziwnień, skomplikowanych metafor, czy trudnych zabiegów językowych. Dużo w niej tego co czułem, tego kim jestem i tego czego doświadczyłem. Napisane prostym językiem, bo też prostym jestem chłopakiem. Zawiodą się Ci, co szukają młodego Kapuścińskiego, czy nowego Cejrowskiego. To jest moja książka. Dosłownie i w przenośni.

Radość i przyjemność w przeczytaniu jej znajdą Ci, którzy tak jak ja, są otwarci na świat i nowe wyzwania. Czasem zbyt krytyczni zarówno wobec siebie jak i innych, ale jednocześnie zdeterminowani w dążeniu do bycia lepszym człowiekiem. Osoby, które traktują podróż jako jedną z wielu ścieżek samodoskonalenia, a pasje nie jako hobby, a sposób na życie. Tak jak w tytule – „Autostopem przez życie”. Książka na pewno nie zaskoczy autostopowiczów, bo Ci wiedzą doskonale, że każda podróż, nawet ta niedaleko, jest przygodą. W książce opisuję ją tylko w innej skali. Ten mój życiowy kamień milowy z pewnością zaskoczy osoby, które do tej pory nie podróżowały lub podróżowały w inny sposób. Jest to pierwsza, od kilku dobrych lat, książka stricte autostopowa, przedstawiająca przygodę, którą każdy powinien przeżyć choć raz w życiu i udowadniająca, że nie jest to nic strasznego.

Pewnie część z Was już widziała, że z promocją książki jest związane sporo audycji, wywiadów i różnego typu programów telewizyjnych o zasięgu ogólnopolskim. „Fejm i sława, a na koniec tygodnik Gala” – jak to skwitował mój kumpel. Ja to widzę inaczej. Jedyne co się zmieni dzięki temu rozgłosowi, to zawartość mojej szafy (trzeba będzie kupić dwie, czy trzy nowe koszule) oraz słupki sprzedaży (bo „reklama dźwignią handlu”). Być może będę mówił o rzeczach, które dla niektórych wydają się banalne, ale mam za punkt honoru skorzystać z okazji i możliwie najbardziej wypromować autostop. Tak, żeby skończyły się rozmowy typu „Nie biorę, bo to złodzieje, brudasy, menele i nigdy nie wiesz co Ci zrobi”. Żeby rodzice przestali mówić – „Nie pojedziesz, bo to niebezpieczne, wariackie i kto za to zapłaci?”. Żeby inni przestali patrzeć na to jak na wakacje ludzi biednych. Zdecydowanie bardziej wolę odpowiedzi „Wziąłem Cię, bo autostopowicze są ludźmi ciekawymi”, „Zarób sam i jedź, to nauczysz się życia!” i „Wiem, podróżujesz autostopem, bo można poznać cudownych ludzi, miejsca i otworzyć się na świat”. Utopia. Jeśli jednak chociaż w kilku przypadkach uda mi się zmienić to stereotypowe myślenie, misję „media ogólnopolskie” uznam za spełnioną.

Gdy już skończę tydzień reklam w Warszawie, ruszam w trasę po Polsce. Gdańsk, Szczecin, Gorzów, Poznań, Toruń, Białystok, Kielce, Rzeszów, Kraków, Katowice, Opole, Świdnica, Wrocław i Gdynia. To lista miast, które odwiedzę przez kolejne dwa tygodnie. Z rana wywiady, księgarnie, a wieczorami prezentacje dla Was. Nie dla niebieskich słupków w zakładce „statystyki”, ale dla osób, które czytają tego bloga lub przeczytały książkę i będą chciały przyjść, posłuchać opowieści, pogadać o życiu i swoich podróżach. Będzie mi miło jeśli się pojawicie, a będę przeszczęśliwy, jeśli weźmiecie ze sobą przyjaciół. Listę szczegółowych spotkań macie poniżej. Zapraszam.

21.05 – Południk 0
https://www.facebook.com/events/651432638225473/

22.05 – Warszawa – Wyższa Szkoła Fotografii
https://www.facebook.com/events/245191185669301/

23.05 – Uniwersytet Warszawski (NZS UW)
https://www.facebook.com/events/274211079417722/

24.05 -Targi Książki na Stadionie Narodowym

26.05 – Politechnika Gdańska
https://www.facebook.com/events/790251064319366/

27.05 – Szczecin
https://www.facebook.com/events/681837088540446/

28.05 – Gorzów Wielkopolski
https://www.facebook.com/events/274211079417722/

29.05 – Poznań
https://www.facebook.com/events/274211079417722/

30.05 – Toruń
https://www.facebook.com/events/1479529665613457/

31.05 – Białystok
https://www.facebook.com/events/1427801240807659/

01.06 – Kielce
https://www.facebook.com/events/1397911643826716

02.06 – Rzeszów
https://www.facebook.com/events/856375461046401/

03.06 – Kraków
https://www.facebook.com/events/301080426716743/

04.06 – Katowice
https://www.facebook.com/events/1469245123311748/

05.06 – Opole
Masala Tea House – Herbaciarnia

06.06 – Świdnica
OSIR
https://www.facebook.com/events/668360306533452/

07.06 – Wrocław
https://www.facebook.com/events/388106401327037/

08.06 – Gdynia
Centrum Riviera
8 czerwa o 17.00
scena-fontanna

A co później?

Nic niezwykłego.
Ostatnia sesja egzaminacyjna, obrona pracy magisterskiej, poszukiwanie sezonowej pracy na wakacje i marzenia o kolejnej podróży. Bo prosty chłopak jestem.

okładka

12 marca 2014

Miasto 44

Dzisiejszy wpis jest niejako przedsmakiem tego, co będzie się działo na nowej odsłonie bloga. Pomijając podróże (wciąż będą głównym tematem) od czasu do czasu, w osobnych działach, będę pisać teksty o rzeczach, które mnie motywują, inspirują czy skłaniają do przemyśleń. Dzisiaj tekst z serii tych ostatnich.

Wczoraj wieczorem kompletnym przypadkiem znalazłem w sieci zwiastun nowego polskiego filmu, który przedstawia Powstanie Warszawskie oraz losy młodych ludzi, którzy brali w nim udział.

Sam reżyser mówi o filmie: „„Miasto 44” nie będzie filmem historycznym ani dokumentem o przebiegu Powstania Warszawskiego. Mimo że rozgrywa się w walczącym mieście, opowiada historię ludzi, a nie oddziałów czy barykad. „Miasto 44” nie będzie argumentem w powstańczej dyskusji. Film ma przekazywać emocje, a nie ważyć racje, czy odsłaniać kulisy decyzji sprzed 70 lat. „Miasto 44” nie będzie pomnikiem. Nie chcemy składać hołdu. Opowiemy historie prawdziwych, młodych ludzi. Niektórzy z nich zachowali się pięknie, inni załamali się i stchórzyli. Jedni marzyli o poświęceniu, inni o kochaniu się z dziewczyną. Nie szukamy spiżowych bohaterów. „Miasto 44” nie będzie filmem o polityce. Będzie filmem o miłości, młodości i walce.”

Z zajawki filmu, poza widowiskowymi jak na polskie warunki efektami specjalnymi, zapadła mi w pamięć scena, na której jeden z bohaterów zaprasza na swoje dziewiętnaste urodziny. W otoczeniu scenerii zniszczonej Warszawy wygląda to nieco upiornie i przygnębiająco. Gdy skończyłem oglądać filmik, uderzyło mnie, że przecież w Powstaniu Warszawskim walczyli w większości ludzie w moim wieku lub młodsi. Po chwili zacząłem się zastanawiać na ile w dzisiejszych czasach ludzie młodzi kochają ojczyznę i w jakim stopniu są patriotami.

O dziewiętnastolatku przedstawionym na zwiastunie, myślę raczej w kategoriach patriotyzmu sprowadzającego się do realnej obrony kraju. Ekspansywna polityka Rosji, ostatnie wydarzenia na Krymie i często przetaczane słowa Lecha Kaczyńskiego „Wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”, sprawiły, że coraz częściej zaczęło się mówić o naszej obronności, NATO i szeroko pojętej armii.

Jasne, ktoś powie – „Przecież wojny nie będzie”. Może nie, może tak. We współczesnych czasach wysoko rozwiniętych gospodarek mało komu się ona opłaca. Z drugiej strony, żyjemy w świecie gdzie decyzja kilku osób może momentalnie wpędzić w wojnę pół świata. Co by się stało, gdyby była potrzeba powszechnej mobilizacji? Byłby dramat.

Odwiedzając szkoły dość łatwo i szybko można zauważyć coraz to powszechniejszą modę na tak zwane „bezradne męskie nóżki” lub „gram w grę”. Chłopcy są rozpuszczeni, rozpieszczeni, ulegający modzie z Zachodu i powoli mają więcej wspólnego z kobietami lub pączkami niż z mężczyznami. Na WFie coraz więcej zwolnień lekarskich z powodu rozmaitych chorób związanych z siedzącym trybem życia, kompletnego sieroctwa wynikającego z braku wystarczającej aktywności ruchowej lub zwykłego lenistwa. Jeśli chłopak ma osiemnaście lat i nie jest się w stanie podciągnąć na drążku lub zrobić poprawnie dziesięciu pompek, to chyba coś jest nie tak. Rośnie nam pokolenie słabeuszy i plastikowych dzieci.

Jakby tego było mało, jeszcze miesiąc temu wszyscy trąbili o gender, dżender, srender. Do czego doszło, żeby z czegoś takiego robić debatę publiczną i trąbić o tym we wszystkich mediach. Czy naprawdę nasze społeczeństwo doszło do etapu gdzie chłopcy w przedszkolu czy szkołach podstawowych powinni przebierać się za dziewczynki i malować sobie paznokcie? Każda logicznie myśląca osoba zdaje sobie sprawę, że takie działanie sprawi, że w przeciągu jednego pokolenia będziemy mieli masę gamoni na ulicach. Przecież tu już nie chodzi o dawanie ludziom możliwości decydowania o tym, kim wolą być. Tarzan dorastał z małpami, ale to nie było jego naturalne środowisko. Tak samo, jak dla w naturze człowieka nie leży przysłowiowe kończenie gatunku poprzez preferowanie tej samej płci lub dywagacje na temat tego kim wolę być albo gorzej – co jest modne. Nie jestem homofobem i w głębokim poważaniu mam to jakiej ktoś jest orientacji. To, co kogoś czyni szczęśliwym, to tylko i wyłącznie jego sprawa, ale nie popadajmy w przesadę. Równanie wszystkiego i wszystkich kiedyś nas zgubi.

grubas

Co zrobić, żeby „żyło się lepiej”? Po pierwsze, zamiast zalewać media debatą o bzdurach w postaci gender, skupmy się na promowaniu postaw patriotycznych oraz zdrowego trybu życia. Jednak nawet to nie zmieni faktu, że pewnie z biegiem lat młodzi wcale nie będą bardziej aktywni i będąc nastolatkami wciąż będą na etapie dużych dzieci. Właśnie dlatego drugą sprawą powinno być przywrócenie obowiązkowej służby wojskowej. Wrócić do zasady „Nie uczysz się – idziesz do woja” a nie „Nie uczę się, to płacę za prywatną szkołę i mam spokój”. Wszystkim wyjdzie na zdrowie, a i poziom edukacji pójdzie w górę. Chociażby pół roku musztry rezerwistów w wojsku, powinno nauczyć część opornych czym jest szacunek do starszych, dyscyplina oraz jak przebiec kilometr bez zadyszki. Mało tego, to może w końcu niektórzy „faceci” nauczyliby się w końcu jak wymienić żarówkę, odetkać kolanko w zlewie czy wykonać podstawowe prace w aucie. Mówcie co chcecie, ale wojsko robi z chłopców mężczyzn w sposób, jaki nie zrobią tego kolejne filmy czy gry komputerowe. Jeśli nie, to jeszcze kilka lat tak postępującej degeneracji i będziemy w naprawdę wielkiej, ciemnej dziurze obronności kraju.

Ostatnio przeprowadzono kilka sondaży wg których w razie wojny Polacy nie są gotowi umierać za ojczyznę. Taka smutna prawda. Kiepska edukacja czy po prostu rozczarowanie otaczającą nas rzeczywistością? A jak jest z patriotyzmem objawiającym się w zwykłej codzienności?

Obecna sytuacja gospodarcza, ekonomiczna i polityczna w naszym kraju jest jaka jest. Skomplikowana zwłaszcza w przypadku ludzi młodych. Czy wyjazdy za granicę, te zarobkowe, są objawem patriotyzmu? Czy szara strefa, praca na czarno i zero zainteresowania polityką, to jego brak? Nie. Zadajmy sobie raczej pytanie czy wybierani w wolnych wyborach włodarze naszego kraju mają w sobie chociaż jego ułamek, skoro sprawiają, że młodzi uciekają i mają władzy dość. Uciekając, pracując na czarno czy załatwiając rzeczy „na boku” nie mają poczucia, że działają na szkodę państwa a jedynie wystawiają do wiatru krawaciarzy z Wiejskiej.

Czy to się zmieni? Nie, jeśli media wciąż będą prały mózgi większości Trynkiewiczem, Gender, mamą Madzi czy Macierewiczem. Nie, jeśli dalej będziemy siedzieć i patrzeć jak denat o nazwie ZUS dalej ciągnie grube miliardy, politycy podnosić podatki. Nie, jeśli pozwolimy komputerom, smartfonom i internetowi wychować pokolenie, które będzie zbyt leniwe i słabe, żeby wstać i wyjść na ulice jak już przeleje się miara goryczy. Patriotyzm jest kształtowany od najmłodszych lat, więc może zamiast malowania paznokci poczytajmy dzieciom wspomnienia z Powstania Warszawskiego. Kształtujmy od najmłodszego dumę narodową. Pokazujmy przykłady Polaków, którzy zabłysnęli na świecie tym co robili i przede wszystkim kim byli, a nie fundujemy im na odczepnego sieczkę, którą ociekają media. Będąc patriotami nie wstydźmy się tego okazywać. Nie pozwólmy, żeby patriotyzm oparty na zdrowej tolerancji i poszanowaniu był kojarzony tylko i wyłącznie ze skrajnymi nacjonalistami, bo tak nie jest.

Dobrze, że powstał taki film jak „Miasto 44″. Być może dla tej części młodych, która jest zblazowana do szpiku kości będzie on sygnałem, że jednak coś, gdzieś, poszło nie tak jak powinno. Jeśli nie dla nich, to oby dla ich rodziców i nauczycieli, którzy pełnią przecież najważniejszą rolę w procesie wychowania młodych Polaków.

ewolucja