Europa Północna 2011

Dzień 1

I znowu kolejny rok spędzam wakacje na autostopie. Jaram się okrutnie , ale nie będę się rozwodził z wstępem tak jak rok temu.
Ogólnie dzień do szałowych nie należał. Najpierw przemieszczałem się busem z Gdańska do Suwałk, do którego ledwo się zmieściłem, bo na Wschód jechały niesamowite tłumy. Mało tego – usiadłem obok starszej babuni, która już na początku podróży ściągnęła buty i i niósł się niesamowity fetor. Dodatkowo siedziała za mną dwójka nadpobudliwych dzieci, które co chwile chciały w coś grać, masakrycznie się przy tym drąc. Na szczęście dobrnąłem do Suwałk ze stoickim spokojem. Z dworca odebrał mnie Kamil i chwała mu za to, bo zabrał mnie do siebie do domu na obiad , a jego mama udzieliła mi przydatnych wskazówek o Rosji, dała kilka folderów i mapek. Po wszystkim odstawił mnie na wylotówkę i tam łapałem stopa. Po 30 min zabrały mnie trzy dziewczyny i odwiozły na samą granice. Popełniłem wtedy jedno z większych faux pas w moim życiu. Dziewczyny zapytały się kim są rodzice i wyszedł mi bardzo śmieszny żarcik, że tata jest onkologiem i klientów mu nigdy nie zabraknie , a dziewczyny niedawno wracały z pogrzebu, bo ich znajomy zmarł właśnie na raka.
Z granicy zabrała mnie para programistów , którzy wracali z festiwalu rokowego i postanowili zwiedzić Wilno. Pochodzili z Białorusi, więc zacząłem ich wypytywać o mity, które słyszałem o ich ojczyźnie i walce o demokrację. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie pomylili drogi i pojechali do Wilna przez Kowno, a nie tak jak planowałem – przez Troki. Oczywiście twardo zaprzeczyłem, że to nie jest żaden problem, pożegnałem się i zostałem zostawiony na środku „autostrady” między Wilnem a Kownem. Po kilku kilometrach na piechotę dotarłem do drogi prowadzącej do Trok. Powoli zaczynałem wątpić czy coś uda mi się złapać , bo zbliżała się 22.00 i powoli się ściemniało, ale zatrzymał się samochód. Okazał się nim być Litwin, świetnie znający polski. Był tak pomocny, że nie dość, że pojeździł ze mną w celu znalezienia taniego campingu, to koniec końców, gdy się zaparłem , że nie zapłacę 30zł za nocleg , pokazał mi swoje miejsce gdzie łowi ryby i powiedział, ze spokojnie mogę się tu rozbić. Jedyny warunek – rano po sobie posprzątam. Rozbiłem się 2m od jeziora, zjadłem kolację i wskoczyłem do wody , żeby się schłodzić po całym dniu. Bajka!

Nocleg nad jeziorem w Trokach

Dzień 2

Byłem w błędzie. Bajka to była, gdy się obudziłem. Otworzyłem namiot, a tam piękna pogoda, jezioro i widok na zamek w Trokach. Zjadłem śniadanie, spakowałem się i kierunek – miasto.
Odechciało mi się po 2 km z plecakiem w pełnym słońcu. Do miasta jeszcze 3km, więc stanąłem i zacząłem łapać stopa. Zatrzymały się typowe polskie wieśniaki na wakacjach. Słoma z butów, do wszystkich po polsku jakby byli u siebie . No ale dojechaliśmy do Trok, wiec bez żalu się z nimi pożegnałem. Nie chciało mi się zasuwać z 25kg plecakiem, wiec zapytałem jednego gospodarza czy mogą u niego zostawić plecak i nie było problemu. Obszedłem całą mieścinę, zwiedziłem zamek i poszedłem na obiad do tradycyjnej Karaimskiej restauracji. Po obiedzie sjesta. Poszedłem na jeden z wielu pomostów nad jeziorem, rozłożyłem ręczniczek i wskoczyłem do wody, a później foczkowanie. Cudo pogoda. O 17.00 zreflektowałem się , że mógłbym ruszyć już w kierunku Wilna. Wziąłem wiec plecak i ruszyłem na wylotówkę. 10 min łapania i jedziemy. Ogólnie facet nijaki, ale był tak miły , że podwiózł mnie aż pod sam dom Julki. Julka – mógłbym o niej na kilka stron się rozpisać ,bo była moim najlepszym hostem ever i przeuroczą dziewczyną, kompanką do rozmów, picia i spontanów, ale ograniczę się do zwykłego: CUD KOBIETA. Z Julką poszedłem na zakupy , a później do 1.00 w nocy siedzieliśmy u niej na balkonie i rozmawialiśmy o wszystkim. W międzyczasie byliśmy świadkami śmiesznego zjawiska. Wprost na nas leciał samolot, ale leciał tak że widać było tylko przednie światła, które oślepiały i musze przyznać , ze się lekko przestraszyłem, bo wyglądało to jak pędzące na nas UFO :D

Z Julką w Wilnie

Dzień 3

Wstaliśmy rano i zjedliśmy śniadanie, zastanawiając się co chcemy zobaczyć. Julka zaproponowała swoją trasę. Poszliśmy na autobus i jazda. Najpierw nowoczesna dzielnica VIPów z budynkami ze szkła i w bardzo dziwnych kształtach, panorama miasta. Stamtąd na biały i zielony most, a potem na ulicę Sezamkową, po czym skręciliśmy w Dzielnicę Artystów. Mega! Odpoczęliśmy w parku i wróciliśmy do domu na obiad. Pierwszy couchsurfingowy posiłek – „naleśniki z tego, co jest w lodówce”. Po obiedzie klasyczny zgon. Generalnie byliśmy już padnięci całym dniem chodzenia , ale zadzwonił Emanuell –znajomy Julki i wyciągnął nas na piwo. Później przyłączyli się do nas inni couchserferzy z Niemiec i Indii. Zaczęło się od piwa i przekąsek w pubie, a skończyło na wódce i imprezie na mieście. Po imprezie poznałem największy minus Wilna – brak komunikacji nocnej. Wracaliśmy o 5.00 nad ranem 6 km do domu. O 6.00 dosłownie umarłem.

Dzień 4

Całodniowy zgon. W sumie wstaliśmy dopiero około 14.00 i nie zrobiliśmy nic ciekawego poza obiadem i wspominkami. Mój couchsurfer z Rygi napisał mi, ze jednak nie może mnie przenocować, wiec 2 h spędziłem na wypisywaniu do innych i w końcu udało się załatwić nocleg . W sumie chciałem wyjść na miasto, ale Julce się specjalnie nie chciało, ale koniec końców zaproponowała największą masakrę litewską, czyli trunek o nazwie „999”. Spiliśmy się oglądając kabarety. W ramach próby wytrzeźwienia poszliśmy na spacer w piżamach dookoła jej osiedla. Kiedy wróciliśmy ogarnęliśmy się przed snem i do łóżka. Nieziemski helikopter.

Dzień 5

Znowu w domu do 15.00. Nie dość , że kac, to jeszcze paskudna pogoda. Non stop padał deszcz, więc odwlekałem wyjazd ile mogłem. Ruszyłem się o 15.50 i w deszczu dojechałem do wylotówki na „autostradę” . Tam popełniłem błąd. Zamiast stać i czekać to sobie ubzdurałem, ze pójdę na kolejny zjazd. Jak debil zasuwałem 6 km tylko po to żeby się dowiedzieć , ze jest zamknięty i mam wracać. Po 2 h wróciłem więc w to samo miejsce, gdzie zaczynałem i łapałem. Spotkałem tam dwójkę Polaków i trochę z nimi porozmawiałem, a później na stopa wzięli mnie pracownicy ambasady angielskiej w Wilnie. Wyrzucili na krzyżówce z drogą prowadzącą na Rygę. Jako że już się ściemniało, znalazłem miejsce na namiot. I spać.

Dzień 6

Obudziłem się o 6, ale całą noc denerwował mnie i budził ptak , który upodobał sobie skrzekanie mi nad głową. Dodatkowo musiałem zwijać mokry namiot , bo całą noc padało. Plusem było miejsce do łapania stopa – remont drogi i ruch wahadłowy. 30 sekund i miałem stopa do samej Rygi. Mało tego. mimo, że facet mówił tylko po rosyjsku (jakoś się dogadywaliśmy) to zawiózł mnie na Górę Krzyży i poczekał , aż sobie zwiedzę. Na Łotwie stwierdził, że pokaże mi jeszcze jedną miejscowość po drodze i tym samym zajechaliśmy do miejscowości, której nazwy nie pamiętam i obejrzałem Pałac Królów.
Ryga powitała mnie ulewą i miałem niemałe problemy z założeniem pończa (ubranie go na plecy z wielkim plecakiem jest nie lada wyzwaniem). Wyglądałem komicznie. Ludzie się patrzyli albo z uśmiechem, albo z politowaniem. Byłem chyba nawet przyczyną jednej stłuczki , bo facet się na mnie zapatrzył i nie wyhamował w korku. Z moim kolejnym hostem – Edgarem- miałem się spotkać o 17.00, a była dopiero 15.00 więc trochę pochodziłem i godzinę spędziłem schnąc w moim ulubionym miejscu do nadrabiania zaległości na fejsie – McDonaldzie. O 17.00 Edgar zabrał mnie z centrum do domu (de facto tez centrum). Rozpakowałem się i wspólnie z jego kumplami pojechałem na zakupy. Gdy wróciliśmy to ogarnęliśmy się i poszliśmy na party. Parówa Party, ku ścisłości. Mój host okazał się gejem. Gdy mi zaproponował, zebym poszedł z nimi to stwierdziłem, ze nigdy nie będę miał podobnej okazji. Pozbyłem się uprzedzeń i poszedłem z nimi na domówkę. A tam dokładnie to, co spodziewałem się zobaczyć. Faceci w wieku 30 – 60 lat i część to tzw. „pedały” , a reszta normalni geje. Tak czy inaczej nie miałem zamiaru spędzać reszty wieczoru w towarzystwie ludzi praktycznie dwukrotnie starszych ode mnie, więc ruszyłem na miasto. Standardowy spontan. Wypiłem dwa piwa i zgarnęły mnie dziewczyny z wieczoru panieńskiego, później dwóch chłopaków, którzy stawiali mi okrutnie mocne shoty. A na sam koniec poszedłem potańczyć sambę do jednego z klubów. Wróciłem o 3.00 dość podpity i z tragicznym problemem. Miałem klucze do mieszkania, ale za cholerę nie pamiętałem jaki był jego numer. Chłopaki nie odbierały, wiec pijany Przemek zaczął przymierzać po kolei klucze do każdego zamka. Po czwartej próbie mi się udało, ale gdyby któryś z sąsiadów mnie nakrył to mogłoby być nieciekawie.

Dzień 7

Wstałem o 9.30, bo obiecałem dzień wcześniej , że pojadę z nimi odebrać kolejną couchsurferkę. Jak obiecałem – tak zrobiłem, mimo potężnego kaca. Pojechałem na dworzec z Edgarem , żeby odebrać Włoszkę , która wracała do domu po odbyciu stażu w ambasadzie w Moskwie. W domu zjedliśmy śniadanie, ogarnęliśmy się i Edgar pozwolił nam wziąć rowery, żeby zwiedzić całe miasto. Polecam wszystkim! Ale było zbyt pięknie, więc po 2h jazdy zepsułem rower. A dokładniej- zerwałem łańcuch. Nie wiem jakim cudem, ale po prostu pękł. Zostawiliśmy więc rowery i starówkę zwiedziliśmy na piechotę. Po 2h wróciliśmy po rowery i zaczęliśmy szukać miejsca, gdzie można albo kupić nowy łańcuch albo zostawić rower do naprawy. W końcu po godzinie szukania trafiliśmy na bazar, gdzie podjęliśmy walkę z wymianą łańcucha. Później pojechaliśmy jeszcze zobaczyć wieżę telewizyjną, panoramę miasta i do domu, żeby ugotować wszystkim obiad. Natalia znała się na włoskich makaronach, więc postanowiliśmy ugotować spaghetti carbonera (w sumie to bardziej ona , ale starłem ser i nastawiłem wodę na makaron) . Po obiedzie wypiłem 1,5l piwa w plastikowej butelce za równowartość 3zł i byłem gotowy na noc. Edgars postanowił pokazać nam coś ekstra i wprowadził w tajniki gry geocaching. Pojechaliśmy do opuszczonej fabryki z 3 latarkami. Tam weszliśmy do jednego z opuszczonych budynków. Na ścianach napisy „death metal” , „śmierć ruskim” itp. No ale twardo weszliśmy aż na sam strych i po belkach doszliśmy do miejsca, gdzie był ukryty skarb. W sumie była to stara walizka do której każdy coś wrzucał, i zabierał , żeby posłać dalej w świat. Ekstra! W międzyczasie zdążyłem jeszcze napisać do innych couchsurferow w mieście czy maja jakieś plany na wieczór. I dwie dziewczyny z Anglii napisały mi smsa, że jest domówka. Więc zebraliśmy się i pojechaliśmy na nią z Edgarem i Natalią. Na domówce full osób z całego świata, ale stwierdziliśmy, ze warto się wybrać na miasto, wiec zgarnęliśmy jeszcze dwie osoby i pojechaliśmy do klubu. Edgar wpadł na pomysł, żeby jeszcze pokazać nam panoramę Rygi z najwyższego budynku w mieście, więc weszliśmy do niego i pojechaliśmy na samą górę. Magia! Do klubu dotarliśmy o 2 w nocy, potańczyliśmy i dom o 5. Idealny dzień!

Dzień 8

Brutalna pobudka o 8, bo obiecałem Irene ,że ją odwiozę , więc gdy wróciłem do domu to zgon do 12.00. Gdy zacząłem się zbierać przyjechał kolejny CS ! Francuz , który zdecydował się na podróż dookoła świata! Pogadałem z nim 2h, spakowałem się, zjadłem i Edgars wziął mnie na wylotówkę z miasta. Po drodze kupiłem jeszcze piwo, chleb i kiełbaski, bo w planach miałem nocleg na plaży. Stałem mniej więcej 20 min, jak złapałem stopa na trasę bezpośrednio na Tallin. Tam kolejne 5 min i zatrzymały się dwie kobiety jadące nad morze. Poprosiłem je, żeby wysadziły mnie 2-3 km przed miastem. Wszedłem w las i po 400m miałem już przed sobą 100m plaży ,widok na chylące się ku zachodowi słońce i żywego ducha w zasięgu wzroku. Rozbiłem namiot, zebrałem drewno , rozpaliłem ognisko i odpoczywałem smażąc kiełbaski, pijąc piwo schłodzone w morzu i podziwiając zachód słońca. Jedyne co było słychać to cichy szum morza i drzew

Dzień 9

Budzę się i paczę: turbo pogoda! Postanowiłem więc, że się trochę poopalam i poleniuchuję. Zebrałem się dopiero o 14.00 i poszedłem z buta na autostradę. Paskudną spockę złapałem, bo naprawdę żar się z nieba lał (czuję, że rymuję). Stałem godzinę zanim w końcu się ktoś zatrzymał. Wziął mnie pocieszny facet, który ledwo mówił po angielsku, ale nie przeszkodziło mu to w załatwieniu mi kolejnej podwózki. Kolejnym stopem była małomówna kobieta, która podwiozła mnie do centrum Tallinna. Moja host w Tallinnie pracowała do 21.00, więc spotkałem się z jej współlokatorką – Kadii . Mega pozytywna dziewczyna. Poszedłem z nią na zakupy i na piwo do parku. Po powrocie poznałem mojego hosta – Virge. Wiem , że nie powinienem oceniać po wyglądzie, ale okazała się typem osoby, której nie trawię. Niezbyt urodziwa, bardzo otyła, zaniedbana, arogancka, nietowarzyska i zapatrzona w siebie. Powiedziała mi cześć i wróciła do swojego pokoju. Na szczęście Kadii okazała się mega w porządku. Wieczorem poszliśmy na niesamowitą miejscówkę na opuszczonym parkingu w porcie i wróciliśmy spać.

Dzień 10

Pobudka o 9.00 i z Kadii ruszyliśmy na zwiedzanie miasta (Virge oznajmiła, ze ma na 15.00 do pracy i jej się nie chce nigdzie iść). Tallinn mnie jakoś specjalnie nie ruszył i nie powalił, więc o 13.00 byłem już w domu. Zjedliśmy obiad i poszedłem z kumpelami Kadii pić do portu. Tam dziewczyny zrobiły mi niespodziankę i przyniosły tradycyjny estoński alkohol o smaku toffi , który pije się z mlekiem. Alkohol niby 60% , ale wchodził jak woda. Po zachodzie słońca poszliśmy pochodzić po starówce i tam usiedliśmy w ogródku, gdzie młody chłopak grał na gitarze. Jako, że byliśmy lekko podpici, zaczęliśmy z nim śpiewać. Po chwili przyłączyła się do nas 11osobowa ekipa z wielkiego wycieczkowca i do 2.00 siedzieliśmy i śpiewaliśmy. Do momentu, kiedy właściciel restauracji nas wyrzucił. Chłopak, który grał powiedział , że zna miejsce, gdzie zawsze jest impreza, wiec poszliśmy za nim do jakiegoś dziwnego hostelu z małym parkietem i tanim piwem. A tam padłem ze zdumienia. Wchodzę i na wejściu spotykam Francuza , którego spotkałem u Edgara w Rydze! Pośmialiśmy się napiliśmy i wróciliśmy do domu o 5.00.

Dzień 11

Nie ma czym się chwalić tego dnia. Kac i ogarnianie się przed wyjazdem do Sankt Petersburga.

Dzień 12

Obudziłem się o 8.00. Zjadłem śniadanie i się zmyłem zanim dziewczyny wstały. Najpierw poszedłem na tramwaj, żeby dojechać do dworca, skąd miałem odjechać autobusem na przedmieścia. Na miejscu okazało się, że takowy nie istnieje. Podjechałem więc kawałek miejskim i ogarnąłem olbrzymi karton, na którym napisałem „If you are going to Russia – take me”. Zacząłem łapać. Było śmiesznie, ale nikt się nie zatrzymał przez godzinę, wiec stwierdziłem, że ruszam dalej. Nagle zatrzymał się Estończyk i powiedział, ze może mnie podwieźć w lepsze miejsce. Kolejna nauczka – jeśli jesteś pewny , ze lepszego nie ma, to nie ufaj miejscowym. Wywiózł mnie do portu – 4km od autostrady. I znowu 4km w pełnym słońcu z dwoma plecakami. 2h stracone, ale dotarłem na autostradę i zacząłem łapać. Po 20 min pierwszy raz w życiu zatrzymało się BMW. Szok, bo tego typu auta nigdy się nie zatrzymują. Kierowca okazał się młody chłopak, mówiący po angielsku. W sumie wiele ciekawych rzeczy mi powiedział o konfliktach estońsko- rosyjskich, o samej Estonii i sytuacji młodych w kraju. Wyrzucił mnie w nadmorskim kurorcie Narwie Północnej. Znowu rozbiłem namiot na plaży i ponownie podziwiałem piękny zachód słońca. Naglę około godziny pierwszej budzą mnie jakieś głosy. Leżę nieruchomo i nasłuchuje( w przypadku mojej ślepoty nazywanej przez niektórych krótkowzrocznością jestem zdany tylko na słuch). Głosy coraz bliżej i nagle…Bęc! Cały namiot się zatrząsł. Oczywiście pałka telesokopowa i nóż już gotowe do użytku. Szybko wyskakuje z namiotu w samych bokserkach i patrze. A tam, jeden facet na ziemi , a drugi stoi i sie smieje. Co się okazało? Dwójka pijanych rosjan wyszła sobie trzeźwieć na plażę(wzieli wódkę co by nie trzeźwieć za szybko) i jeden z nich potknął się o linki mocujące namiot. Jak zobaczyli mnie przerażonego, na pełnej spince w samych bokserkach, to zaczeli się strasznie śmiać (oczywiście z powodu bokserek, a nie mojej postury i przerażenia). przez 15 min im tlumaczyłem, ze nie mam ochoty pić z nimi wódki i w końcu dali mi spokój i poszli w swoją strone. Poczekałem jeszcze 20 minut i padłem spac.

Dzień 13

Chciałem ruszyć z samego rana, ale po przebudzeniu zobaczyłem, że z powodu bliskości morza namiot jest cały wilgotny, więc trochę minęło zanim wysechł. Poszedłem na przystanek autobusowy, żeby dojechać do Narwy. Kierowca wysadził mnie pod samym przejściem granicznym. Ostatni telefon do rodziny , bo w Rosji za minutę połączenia 7zł. Następnie 1h czekania w kolejce, 500m spacerem po moście nad rzeką niczyją i trzykrotnego przepisywania formularzy (celnikom ciągle coś nie pasowało) i jestem na terenie Federacji Rosyjskiej. Usiadłem, zjadłem jakieś resztki ze śniadania i ruszyłem na łapanie stopa. Po 15 min zatrzymał się starszy pan z polskimi korzeniami i podwiózł mnie około 100km. Następnie zacząłem łapać stopa zaraz obok stojącej milicji. Po 5 min milicjant zapytał się mnie gdzie jadę i czy mi pomóc coś fajnego złapać. Zaskoczony się zgodziłem. No i stoimy tak 5- 10 min i pojawia się Porshe Cayenn. Milicjant macha pałką i zatrzymuje auto. Po chwili mnie woła i mówi, żebym wskakiwał. Cały uchachany wskakuje, a w środku dwóch kolesi po 40 jeszcze bardziej uchachanych niż ja. Okazało się, że mowią po angielsku, więc zapytałem ich co powiedział im milicjant, a ci, że dał im wybór: albo mnie biorą do St. Petersburga albo płacą za przekroczenie prędkości. Podroż z nimi była jedną z tych, których nie zapomnę do końca życia. Po pierwsze ani razu nie zwolniliśmy poniżej 90km/h, a średnia prędkość była w okolicach 150km/h. Po drugie okazało się, że facet jest przeokrutnie bogaty (własny jacht i samolot). W ciągu 1,5h dowiedziałem się wszystkiego o prostytutkach, narkotykach i korupcji w mieście. Przykład tej ostatniej miałem w trakcie jazdy. A mianowicie – jechaliśmy po mieście 150km/h i skasowali nas suszarką. Podchodzi milicjant, prosi o dokumenty, a kierowca cały uchachany pyta się o ile przekroczył i okazało się, że o 80km/h. Kierowca pyta się ile to będzie kosztować i okazało się, że 800rubli (około 80zł). Dał mu więc 1000 wciśnięte między dokumenty. Milicjant popatrzył po czym poszedł do auta i przyniósł mu resztę. Chłopaki wysadziły mnie na środku ulicy w centrum miasta (Nevski Prospekt). Dosłownie na środku. Zatrzymał się na przejściu dla pieszych i bezstresowo pomógł mi się wypakować. Na pożegnanie dał mi swoją wizytówkę i powiedział, ze jakbym miał kłopoty albo czegoś potrzebował to śmiało mam dzwonić. Jak tylko stanąłem a ulicy to byłem wdzięczny Bogu, ze wciąż żyję. Praktycznie całą drogę trzymałem się uchwytu na drzwiach z całych sił (jakby miało mi to pomoc w momencie wypadku). Tak czy inaczej, kolejne miasto i kolejny couchsurfer. Po trzech ostatnich nie miałem żadnych obaw, ale się rozczarowałem. Okazało się, że dziewczyna , która miała mnie nocować nie planuje się pokazać w mieście przez jeszcze dwa dni i kazała kontaktować się z jej współlokatorem. Tak więc zrobiłem. Spotkałem Alexa i poszedełm do domu. A tam – szok. Mieszkanie okazało się dosłownie speluną i komuną, w której mieszkało 8 osób i pies (2,5 pokoju). Oczwiście nie istniało pojęcie odkurzacz, papier toaletowy czy szafa. Masakra. Ale zmiotłem swoją część podłogi ,rozłożyłem karimatę i poszedłem się przejść. Towarzyszyła mi jedna z mieszkanek komuny – Elisa. Miała 17 lat i uciekła z domu z Uralu, a utrzymywała się z doraźnych kradzieży. Plusem mieszkania, był fakt iż znajdowało się praktycznie w centrum, dlatego przeszedłem się Newskim prospektem i o 22.30 mimo, popijawy w pokoju obok, poszedłem spać.

Dzień 14

Wstałem sobie z rana, bo nie chciałem, żeby Elisa się znowu przyczepiła, bo stawała się wczoraj lekko namolna i poszedłem zwiedzać. Newski Prospekt, kościoły, ermitaż, katedry. Jak wróciłem to dosłownie padałem z nóg. Wg GPSa przeszedłem około 20km. Godzinka drzemki i na CS.org zobaczyłem , że jest domówka, wiec wziąłem małolatę i poszedłem. Miłe zaskoczenie. Około 30 osób, z całego świata, wypiłem trzy piwa, pooglądałem, pośpiewałem i większą grupą zebraliśmy się , żeby zdążyć przed otwarciem mostów. Otwarcie mostów to ciekawe przedstawienie. Generalnie STP jest położony na kilku wyspach, które łączy blisko 300 mostów, które co noc się otwierają, żeby statki mogły swobodnie przepłynąć. Problem polega na tym ze otwierają się o 1.00, a zamykają dopiero około 4.00. Tak więc ekipą około 10osobową ruszyliśmy. I oczywiście byliśmy sekundę przed otwarciem. No to lekko podpici stwierdziliśmy, że zdążymy przebiec. Z siedmiu osób , które pobiegły, zdążyła tylko jedna, a resztę zatrzymali milicjanci. Na szczęście, jako że byliśmy turystami, oszczędzili nam mandatów. Tak więc utknęliśmy na wyspie, podziwiając otwierające się mosty i zgodnie stwierdziliśmy, ze zdecydowanie przyjemniej oglądałoby się je z drugiej strony rzeki. Mieliśmy trzy godziny, więc w sumie wszyscy wpadliśmy na ten sam pomysł: wódka. Problem polegał na tym, że w Rosji w ramach walki z alkoholizmem, wprowadzono zakaz sprzedaży po 22.00. Na szczęście po zrzutce 50 rubli pani w sklepie dala się przekonać, że popsuł się jej zegarek. Wódkę wypiliśmy nad brzegiem rzeki, pomiędzy dwoma historycznymi latarniami. O 4.00 zamknęli mosty i jeden z chłopaków odwiózł nas do domu. Padłem.

Dzień 15

Wstałem dopiero o 12.00, ale szybki ogar i ruszyłem zwiedzić Zajęczą Wyspę. Gdy wysiadłem z metra, zaczepiła mnie dziewczyna pytająca o drogę. Powiedziałem jej, że tez jestem tutaj pierwszy raz i pojęcia nie mam, wiec stwierdziliśmy, ze możemy razem zwiedzać. Poszliśmy do muzeum Z.S.R.R. Wszystko fajnie , ale Christina wlekła się niesamowicie, wiec przyspieszyłem z oglądaniem eksponatów i ją trochę odstawiłem. Muzeum było podzielone na dwie części. Pierwsza dotyczyła historii Związku Radzieckiego, a druga Lenina, ponieważ muzeum znajdowało się w budynku z którego Lenin wygłosił słynną przemowę do ludu Petersburga. Przejście do drugiej było dość ciężkie do zauważenia. Tak więc po zwiedzeniu drugiej części zorientowałem się, że Christina zniknęła. Ruszyłem dalej do twierdzy, po której zwiedzeniu usiadłem na trawie i odpoczywałem, słuchając grającego na ulicy zespołu. W tym momencie pojawiła się Christina i tak jak podejrzewałem – nie zauważyła przejścia do drugiej części muzeum i myślała, że ją zostawiłem. Kupiła mi piwo i pogadaliśmy trochę. Okazało się, że ma 34 lata i przyjechała na 2 dni na szkolenie z Holandii. O 19.30 byłem umówiony z dziewczyną która pierwotnie miała mnie przenocować , ale się okazało, że rodzina ją odwiedza. Zaproponowała mi więc, że możemy się przejść. Christina stwierdziła, ze i tak nie ma nic lepszego do roboty i poszła z nami. 3h spacerowaliśmy i rozmawialiśmy o Rosji, o sytuacji politycznej, o mieście, o życiu, przygodach itd. Do domu wróciłem o 23.00 i padłem jak zabity.

Dzień 16

Wstałem o 10 i poszedłem do konsulatu Polski, który był za rogiem , żeby się dowiedzieć czy wciąż obowiązuje mnie zasada meldunku. Na szczęście pracownicy wydrukowali mi fragment ustawy i powiedzieli , że mogę spokojnie wyjechać. Później poszedłem jeszcze zobaczyć część miasta , w której jeszcze nie byłem i wejść na dach katedry, żeby zobaczyć panoramę miasta, ale niestety lało jak z cebra. Wróciłem więc do domu, spakowałem się, zjadłem i o 21 już spałem.

Dzień 17

Budziłem się całą noc , bo przed wyjściem dzień wcześniej zapomniałem zamknąć okna, a zapomniałem wspomnieć, ze prawdziwą zmorą STP są komary. Co wieczór spędzałem około 5 min na polowaniu na nie. Wstałem o 5.30, zapakowałem śpiwór oraz karimatę i się zwinąłem . W pokoju obok oczywiście wszyscy pijani w sztok. Metrem wyjechałem na przedmieścia, stamtąd tramwajem i stałem na wylotówce z miasta. Po 40 min zabrał mnie budowlaniec, który pięknie mówił po angielsku, znał się i orientował w polityce, a jakby tego było mało kupił mi obiad! Jedynym minusem była pogoda. Lało. Z miejsca, gdzie wyrzucił mnie budowlaniec, zabrała mnie parka , która praktycznie słowem się nie odezwała przez cała podróż i wysadziła na klasycznej stacji , która nie powinna istnieć, bo przez 3h zatrzymało się tam tylko dziewięć aut (mimo że była przy samej autostradzie) W końcu się udało i zgarnął mnie młody chłopak, który nadrobił 40km , żeby podwieźć mnie na większą stację. Mało tego – załatwił mi transport TIRem na granicę! Moim kierowcą okazał się Roman. Bardzo wesoły pan, który podwiózł mnie na samą granicę. Wysiadłem , pożegnałem się i idę. I na samej granicy okazuje się , że nie mogę jej przekroczyć. Powód? Nie jestem zmotoryzowany. Przejście dla pieszych jest 200 km dalej. Szczęka mi opadła , ale podszedłem do pierwszego auta w kolejce i zapytałem czy mogę się z nimi przejechać 500 m przez granicę. Mogłem. Za kierownicą dziewczyna 17 lat, która w przyszłym tygodniu wychodzi za mąż. I jej matka. Generalnie nic nadzwyczajnego, oprócz masy papierosów i wódki , którą wiozły do Finlandii na sprzedaż. Podwiozły mnie kilka kilometrów za granicę i zostawiły w dobrym miejscu (zatoczka, długa prosta). Świeciło piękne słoneczko, drogi były gładkie, a ludzie mówili po angielsku. Europo witaj ponownie! Zadzwoniłem do znajomego, który miał mnie w Helesinkach przenocować i ustaliliśmy , ze jak dojadę to dam mu znać. W plannach miałem dojechać jeszcze dzisiaj, mimo że do przejechania 300km, a zbliżała się 19.00. Po 20 min stania zaczęło się chmurzyć, a po kolejnych 20 burzyć. I spostrzegłem, ze zgubiłem i kapelusz i kurtkę przeciwdeszczową. Uświadomiłem sobie, ze kurtkę zostawiłem pewnie u Romana , a kapelusz u Rosjanek. Fuck. Grzmi. Schowałem się więc pod drzewem, ubrałem ponczo, usiadłem na plecaku i czekałem. Po 30 min przeszło , wiec stanąłem znowu i łapię. Nagle ostro hamuje TIR. Ja wskakuje, a tam Roman! I moja „szmatka”! Okazało się , ze jechał bez ładunku i raz dwa go puścili przez granicę. Podwiózł mnie 40km i zostawił na środku autostrady. No ale podszedłem na przystanek autobusowy przy wjeździe i łapałem, mimo ze była już prawie 21. Stwierdziłem, ze jak nie złapie nic do 21.30 to szukam miejsca do snu. Po chwili zatrzymała się kobieta , która podwiozła mnie 40km przed Helsinki. Tam rozbiłem namiot i spać.

Dzień 18

Wstałem z samego rana i wziąłem się za łapanie. Podwiozła mnie para rastamanów i o 9.00 byłem już w centrum Helsinek. O 9.30 odebrał mnie Leszek (brat przyjaciela mojego ojca). Pojechaliśmy do niego do domu i tam zjadłem śniadanie z jego rodziną. Następnie pojechaliśmy do wesołego miasteczka, gdzie zostawiliśmy dzieciaki i poszliśmy na spacer po Helsinkach. Zobaczyłem praktycznie całe centrum, poszliśmy na piwo, a później on poleciał do dzieciaków, a ja do muzeum narodowego. Po 3h spotkaliśmy się wszyscy i pojechaliśmy do domu na obiadokolację. Zjadłem, zgrałem zdjęcia, podładowałem cały sprzęt, wyprałem ciuchy, posprawdzałem mapy, pogodę i przygotowywałem się do ruszenia na północ. Wieczorem pograłem jeszcze przez chwile z dzieciakami na playstation i spać.

Dzień 18

Wstałem o 7.30 i Leszek zawiózł mnie na wylotówkę. Miejsce dobre, ale jakoś nikt się nie zatrzymywał przez godzinę. W końcu jeden stanął i powiedział , że zna lepsze miejsce. I znowu – nie ufaj ludziom, którzy nie podróżują autostopem!!! Straciłem kolejną godzinę. Mało tego. Zorientowałem się, że zapomniałem przewodnika po Skandynawii, więc musiałem wrócić do Darka. O 12.00 byłem znowu u nich, ale się uparłem, źe wyjadę dzisiaj z Helsinek. Postanowiłem wyjechać z drugiej strony miasta, wiec wziąłem metro i busa. Lipa. Trzeba iść z buta. Generalnie problemem miasta było to, że jest otoczone trzema pierścieniami autostrad, i ciężko znaleźć połączenia autobusowe. Szedłem więc na piechotę 10km. O zmierzchu dotarłem do trzeciego ringu i padłem spać w namiocie na stacji.

Dzień 19

Zostałem obudzony o 6 przez pracownika stacji, że nie mogę tutaj spać i mam się zmywać. Jak mi kazał – tak zrobiłem. Wyszedłem za trzeci ring i stanąłem z tabliczka. Dwie godziny czekania i nic. Pierwszy taki poważny kryzys. Usiadłem lekko załamany i zatrzymała się ciężarówka z „toytoyem”. Przez chwile myślałem, że do mnie, ale przecież nie stałem tylko siedziałem załamany na plecaku. Facet wyszedł i zaczął poprawiać taśmy. Stwierdziłem, że nie mam nic do stracenia i zapytałem czy jedzie do Lahti. JEDZIE I CHETNIE MNIE WEŹMIE. ZWARIOWAŁEM! Wziął mnie do samego Lahti. Godzinka na zobaczenie centrum miasta i znowu staję z tabliczką. Wzięło mnie pierwsze auto. Później szybka przesiadka i jadę do Mikkeli. Dziewczyny, z którymi jechałem, zmierzały na koncert rokowy w mieście. Gdy dojechaliśmy aż nie wierzyłem, bo miasto ma około 60.000 mieszkańców, a na koncercie około drugie tyle. Fani rocka byli wszędzie. W ogóle ciekawa sprawa. W Finlandii maja świra na punkcie ekologii i wszędzie są rzeczą zwyczajną są automaty na puste puszki i butelki. Za każdą wrzuconą dostaje się o 10 do 20 centów. Na koncercie było mnóstwo dzieciaków, które biegały z miejsca na miejsce i zbierały puszki do potężnych worków, które dźwigały za sobą. Jak się zapytałem jednego malucha ile zarobił to powiedział, ze w pierwszym dniu festiwalu zarobił blisko 250 euro. Zastanawiałem się przez chwile czy nie przyłączyć się do nich, ale stwierdziłem, że szkoda pogody, bo było ślicznie. Jadę dalej. Dojechałem z młodymi wracającymi z festiwalu do Varkaus, gdzie podładowałem sprzęt i rozbiłem namiot.

Dzień 20

Jak wstałem to okazało się, że miejsce nie jest jakieś fenomenalne do łapania, więc stwierdziłem, że się przejdę do kolejnego zjazdu. Była 8.00 rano, a słońce już piekielnie wysoko. W końcu po godzinnym marszu dotarłem do zjazdu i stanąłem z tabliczką „Kuopio”. Piętnaście minut stania i zabrali mnie dwaj chłopacy. Okazało się, że jechali sprzedać auto. Jeden z nich już świętował, dlatego jak wsiadłem to na wstępie poczęstowali mnie piwem. Stwierdziłem, że lepiej będzie jeżeli wysiądę 10 km przed Kuopio, bo zaczynała się tam autostrada i nie wiadomo było czy zdołam znaleźć stację. Miałem rację. Pięć minut i jest kolejny transport, aż do Kaajani. Tam zobaczyłem zabytkowy kościółek i ruszyłem dalej. Miałem już niesamowite ciśnienie na prawdziwą pustkę i dzicz. Kolejny autostop i jadę. Coraz piękniej. W pewnym momencie przed Suomussalmi zobaczyłem przeurocze miejsce. Niedaleko drogi , wystarczyło przejść kilkaset metrów. I mimo że była dopiero 15.00 stwierdziłem , że koniec na dzisiaj i się rozbiłem . Wskoczyłem do jeziora, a później do 20.00 opalałem się w pełnym słońcu (słońce zachodziło około 23.00). Czysty i zrelaksowany wskoczyłem do śpiworu i spać.

Dzień 21

Obudziłem się o 5.00rano, bo było piekielnie zimno. Otworzyłem namiot, żeby zobaczyć jaka pogoda. A tam mleko. Dosłownie. Mimo że namiot miałem około 1,5m od jeziora, to go nie widziałem. No ale szybko ubrałem dodatkowe skarpety, czapkę i jakoś to było do 7.00. Wstałem, spakowałem rzeczy i wystawiłem namiot na słońce , żeby jako tako wysechł, bo był cały wilgotny. Chwilę pogadałem z motocyklistami , którzy też tam dojechali późnym wieczorem i wyszedłem łapać. Powoli zaczynałem czuć, ze jestem już na północy. Auta jeździły średnio co 2-3 minuty, ale szczęśliwie już po 15.00 miałem transport. Para Rosjan jechała aż do Kuusamo. Właśnie z nimi pierwszy raz zobaczyłem renifery. Mega podjara i oczywiście nie miałem pod ręką aparatu. W Kuusamo ostatnie większe zakupy i kierunek na Oulanke. Pięć minut stania i znowu wzięli mnie ci sami Rosjanie. Okazało się, że wpadli do miasta do znajomych i wracali do kraju. Podwieźli aż na drogę prowadzącą prosto do parku. Stoję z tabliczką i jedzie młody chłopak na rowerze. Zagadał do mnie. Jakoś zaczęliśmy dłużej rozmawiać , bo się zapytałem czy wie gdzie mogę dostać kajak na spływ rzeką. Powiedział, ze może popytać znajomych i tym samym poszedłem z nim. Później spotkaliśmy jego kolegę, którego ojciec powiedział, ze może mi udostępnić swój kajak , który ma nad rzek. Pod warunkiem, że go zostawię przed granicą. Bajka! Mało tego – chłopaki pokazali mi swoje ulubione miejsce w okolicy. Małą wysepkę otoczoną kaskadami, na która prowadziła tylko jedna droga przez mały drewniany mostek. Na środku wysepki miejsce na ognisko i mały domek do schronienia. Miejsce jak z bajki. Stwierdziłem, że zostaję. Chłopaki były uszczęśliwione. Jeden poleciał po łososia do domu, kolejny po wędkę i po znajomych. Po godzinie siedziałem i jadłem obiad zrobiony na palenisku z pięcioma młodymi. Jak zjedliśmy to poszliśmy połowić. Wieczorem przyszły trzy pary starszych z wioski i tez zaczęli sobie gotować i pić. Siedzieliśmy w 20 osób i rozmawialiśmy do późnego wieczora. Potem chłopaki pomogły mi zrobić jeszcze prowizoryczne kaloryfery ( stalowy kubeł napełniony kamieniami i rozpalone w nim małe ognisko tak długo, jak to możliwe, żeby kamienie się nagrzały i oddawały ciepło przez cała noc). Dwa takie i ciepło mi było jaki nigdy wcześniej.

Dzień 22

Wstałem wyspany z samego rana. Spakowałem się i wróciłem na drogę, na której stałem wczoraj. 10 min i zgarnął mnie pierwszy samochód,d który jechał. Para Włochów wysadziła mnie w centrum Parku Narodowego Oulanka. Znalazłem ojca Mattiego , który dał mi kajak z mapą i powiedział, w którym miejscu mam go zostawić. Jakimiś cudem wcisnąłem plecak i ruszyłem. Godzina 10.00 rano, bezchmurne niebo, i nikogo dookoła. Pierwszego dnia miałem do przebycia około 40km kajakiem. Jedyne ryzyko wiązało się z przypadkowym przekroczeniem granicy , ponieważ od miejsca gdzie miałem zostawić kajak do granicy było mniej więcej 5km. Płynąłem praktycznie cały dzień i dotarłem na miejsce dopiero około 17. Ręce mnie bolały jak diabli, ale widoki i wrażenia były niesamowite. Mnóstwo reniferów, do których mogłem spokojnie podejść. Wyciągnąłem kajak na brzeg, rozbiłem namiot, rozpaliłem ognisko i delektowałem się zarówno samotnością jak i ciszą.

Dzień 23

Wstałem o 8 i zjadłem standardowe śniadanie składające się z chleba tostowego i nutelli. Do schroniska miałem 20km na piechotę z łącznym bagażem 25kg. Wyjścia nie było: idę. Pierwsze 2h marszu były spokojne, ale później zaczęły już doskwierać komary, słońce, pot i bród. Dlatego po czwartej godzinie zszedłem nad rzekę , żeby się wykąpać i odpocząć. Ugotowałem sobie makaron z serem i trochę się powylegiwałem. Ponownie ruszyłem około 15.00. Kolejne dwie godziny marszu, ale po drodze mało co na zawał nie zszedłem. Spokojnie sobie idę i nagle podnoszę wzrok, a jakieś 7-8m przede mną.. ŁOŚ! W pierwszym momencie myślałem, że to jakiś większy koń, ale później zobaczyłem poroże. Olbrzymie. Dosłownie zamarłem, ale na szczęście jegołoś tylko na mnie spojrzał i poszedł dalej. Przez dobre 30 sekund nawet nie oddychałem, bo przypomniałem sobie co mówiły chłopaki. A mianowicie kilka tygodni temu jeden łoś zaatakował ich wujka i przygniótł do drzewa. Wujek przeżył tylko dlatego ze miał broń i strzelił mu w głowę. Zanim zeszła ze mnie adrenalina dotarłem do schroniska. Początkowo byłem sam, ale wieczorem doszły jeszcze cztery osoby. Wykąpałem się w rzece, ugotowałem sobie kolację i pogadałem z pozostałymi turystami. To, co doskwiera nocami na północy to przenikliwe zimno. Dlatego byłem szczęśliwy, że w schronisku był potężny piec , w którym napaliliśmy. Jak się położyłem to w minutę zasnąłem (trochę współczułem pozostałym , bo schronisko to jeden wielki pokój z ławami do spania, a jak jestem zmęczony to chrapię niemiłosiernie)

Dzień 24

Miałem rację. Zwrócili mi uwagę, że chrapię, ale specjalnie się nie przejąłem. Spakowałem wszystko i ruszyłem w kierunku centrum parku, gdzie zatrzymywały się auta. Po godzinnym marszu dotarłem na miejsce i zapytałem się pierwszej lepszej osoby czy może mnie podrzucić na trasę. Gdy mnie wysadzili miałem dwie opcje. Pierwsza to kierunek Salta i do Kemijarvi, a później na północ. Druga to cofnięcie się w kierunku Kuusamo i przez Posio do Rovaniemi. I wtedy na północ. Ruch był mały, więc zrobiłem tabliczkę i po jej dwóch stronach miałem inna miejscowość. Jak słyszałem auto to po prostu biegałem z jednej strony jezdni na drugą. W końcu po godzinie zabrał mnie Rosjanin jadący do Kuusamo i wysadził na skrzyżowaniu w kierunku Posio i Rovaniemi. Tam stałem przez 2h z tabliczką Rovaniemi, ale nikt aż tam nie jechał. Byłem zdziwiony , bo to w sumie największe miasto na północy (60.000 mieszkańców) i nikt tam nie jechał. W końcu zmieniłem tabliczkę na Posio. 50km jechałem trzema stopami. I wtedy zrozumiałem czemu nikt mnie nie brał – cała trasa do Rovaniemi (200km) to tak naprawdę pustynia. Nie licząc pojedynczych domów co 2-3 km i Posio (3000 mieszańców). Do Posio dotarłem dopiero o 18.00 i byłem już lekko padnięty, więc stwierdziłem, ze jeżeli nie złapię stopa do 19.00 to odpuszczam. I miałem szczęście. Pierwsze auto jakie jechało wzięło mnie aż do Rovaniemi. Młody chłopak od którego dowiedziałem się jeszcze więcej o Finlandii i jeszcze bardziej ją polubiłem. W Rovaniemi byłem o 21.00. Postanowiłem za wszelką cenę dotrzeć jeszcze dzisiaj do siedziby Świętego Mikołaja , która znajduje się dokładnie na granicy koła podbiegunowego. Miałem do przebycia 10km, nie było zmiłuj. Pierwsze 3km i już miałem dość . Zatrzymałem się przy drodze i próbowałem coś łapać w ramach odpoczynku. 10 min i nic, więc ubieram plecak i idę dalej. W tym momencie zatrzymuje się obok mnie karetka, z której wyskoczył młody facet i powiedział żebym pakował manatki to mnie podwiozą! Dotarłem! Jestem na kole podbiegunowym. Na stacji podładowałem sprzęt i zrobiłem jako takie zakupy. Na dziko rozbiłem namiot i padłem.

Dzień 25

Dzisiaj miałem ambitny plan, żeby dotrzeć do Nord Kappu. Wszyscy, którym tego dnia o tym mówiłem wybuchali smiechem. Później okazało się, że mieli rację. Pierwszego stopa złapałem po 10 min i miły facet pokazał mi Sodankyle i tradycyjną mszę ludu Samiów, czy – jak kto woli – Lapończyków. Wysadził kawałek za miastem, ledwo wysiadłem i już złapałem kolejnego stopa. Okazała się nim młoda kobieta, która była właścicielką małej restauracji , gdzie zafundowała mi obiad i załatwiła kolejny transport do Ivalo. Miałem nadzieje, ze Ivalo i Inarii mi zaimponują , ale najwidoczniej urocze są tylko zimą. Bo poza tym, ze są położone nad największym jeziorem Finlandii, nie widziałem nic ciekawego, a przejście ich zajęło mi około 30 min. Sama komercja. Wyjazd z Inarii okazał się trudny z jednego powodu – dalej już praktycznie nikt nie jeździł. A w kierunku Norwegii prowadziła tylko jedna droga. Po 2h stania, w końcu zabrała mnie dziewczyna , która okazała się mieszkanką jednego z domów położonych na drodze do Norwegii (codziennie 60km w jedną stronę do pracy). Wysiadłem z nią i byłem przerażony. Byłem w miejscu, które jest kwintesencją zadupia. Do najbliższej cywilizacji 60km, a dookoła tylko 4 domy i tyle. Przez 3h stania przejechał tylko jeden autobus i nic więcej. W czasie gdy się wylegiwałem (stać nie było sensu , bo samochód słyszałem jak był oddalony o 1km ode mnie) podszedł do mnie ojciec dziewczyny , która mnie podrzuciła i zaczał opowiadać różne ciekawe historie. Głównie o II wojnie światowej, w której walczył. Facet miał grubo ponad 80 lat, a świetnie się trzymał i mówił po angielsku. Po godzinie rozmowy powiedział, ze i tak już nic nie złapie i jak chce to mogę spać w namiocie gdzie zwyczajowo wędzą ryby, a rano mnie zawiozą na granicę, bo i tak muszą zatankować. Więc cały szczęśliwy rozpakowałem się w namiocie i wykąpałem , a o 21 do namiotu przyszedł z cała rodziną, mięsem renifera i łososiem i smażyliśmy wszystko na ognisku. Jedliśmy do 2.00 w nocy. Minusem była ilość wódki, którą wypił, bo o 1.00 w nocy już ewidentnie nie ogarniał i ledwno go rozumiałem. Na szczęście przyszedł jego syn i go ogarnął do domu.

Dzień 26

Wstałem o 8, bo tak się z nimi umówiłem. Zabrali mnie tak jak obiecali aż na granice, która okazała się zwykłym mostem i tabliczką z napisem Norge. Po przekroczeniu granicy oparłem się o plecak i czekałem na samochody. Dopiero po 40 min ze strony Norwegii jechało auto. I później wracając z Finladnii mnie zabrało. Kierowcą okazała się młoda , kobieta, która pojechała do Finlandii zatankować, bo ceny są dużo niższe niż w Norwegii. Podrzuciła mnie do centrum małej mieściny, skąd złapałem transport ze świeżymi bułkami do Lakselv. Na tym etapie podróży pisząc „miasto”, mam na myśli nie więcej niż 2000 mieszkańców. Stamtąd zabrał mnie świeżo upieczony rozwodnik, który hejtował całą drogę instytucję małżeństwa i czego on to teraz nie zrobi. W momencie kiedy z nim jechałem to zobaczyłem na własne oczy, czym jest odpływ i fiordy. Przepiękne! Był tylko jeden minus. Uświadomił mnie , ze za wjazd na Nord Kapp zapłacę, delikatnie mówiąc, majątek. Około 250zł. Wysadził mnie w miejscu gdzie do Nord Kappu była już prosta droga i nic innego. Mój kierowca zgrabnie powiedział, ze częściej tutaj widać samoloty lecące z Londynu do Tokio niż samochody. Miał rację. 2h stania i jedyne co jechało na Nord Kapp to autokary. Zirytowałem się i stwierdziłem , że chrzanię i jadę w kierunku Narviku. Po kolejnej godzinie zatrzymałem auto, które wracało z Nord Kappu. Okazało się , ze to dziewczyna , która tam pracuje. Podwiozła mnie kawałek, kupiła loda i wysadziła na drodze w kierunku Alty. Po 20 min czekania mało nie padłem ze zdziwienia. Zatrzymał się camper! Nigdy nie jechałem i tez nie słyszałem, żeby ktoś zatrzymał takiego na stopa. Moimi kierowcami okazała się para przemiłych Szkotów, z którymi spędziłem całą resztę dnia. Najpierw dojechaliśmy do Alty, a następnie zaproponowali, żebym rozbił się obok nich i zjadł z nimi obiadokolacje. Byli wegetarianami, ale przyrządzili kotlety sojowe, ryż i warzywa. Sprzątnęliśmy, posiedzieliśmy, popiliśmy wina z Francji. Niesamowici ludzie. Mieli po 35 lat i stwierdzili, ze cierpią na kryzys wieku średniego, wiec rzucili pracę, sprzedali mieszkanie i kupili campera , którym postanowili zwiedzić Europę. Stwierdziliśmy, że robi się zimno, wiec poszliśmy na zbieranie drewna, a później rozpaliliśmy ognisko i tak piliśmy i rozmawialiśmy siedząc do 2.00 w nocy. Mieliśmy okazję podziwiać czym jest dzień polarny. A mianowicie słońce zaszło lekko przed 1.00, a wschodziło już po 2.00.

Dzień 27

Obudziłem się na na lekkim kacu i cieszyłem się, ze rozbiłem namiot w cieniu campera, bo inaczej grzałoby mi niemiłosiernie. Jak usłyszałem, że się już krzątają po aucie to wyszedłem na zewnątrz. Wziąłem się za składanie namiotu, a Szkoci zrobili mi herbatę z mlekiem. Chcieli wejść na najwyższy szczyt Finlandii dlatego wysadzili mnie u podnóża góry. Minusem jazdy camperem jest jego wolne temo, bo maksymalnie rozwija prędkości rzędu 80km. Wiec jak mnie wysadzili o 19.00 i zbierało się na burzę to stwierdziłem , że nie ryzykuję podroży dalej i rozbijania się w deszczu, tylko znajdę coś na spokojnie i rozbiję namiot. Jak postanowiłem – tak zrobiłem. Spokojnie zjadłem, przepakowałem cały plecak, bo już bałagan mi się zrobił, zrobiłem najdroższe zakupy w swoim życiu. O 21.00 rozpętała się burza , więc nie pozostało mi nic innego jak wskoczyć do namiotu i iść spać.

Dzień 28

Po obudzeniu okazało się, ze słońce , które mi towarzyszyło, skończyło się definitywnie i jest pochmurno oraz wietrznie. Spakowałem namiot i ruszyłem. Ruch oczywiście minimalny, ale po godzinie zabrał mnie pierwszy kierowca. Cały wydziarany. Następnie podwózka przez porucznika wojska norweskiego. Okazało się , że wszystkie tereny w okolicy to największy poligon w Skandynawii, a czerwone tabliczki przy drodze, które zauważyłem, ostrzegały, że zjechanie z drogi grozi śmiercią. Później podwózka przez faceta, który już się ledwo ruszał (Miał 89 lat!). Późnym popołudniem byłem już w Narwiku. Zobaczyłem tablicę pamiątkową poświęconą strzelcom podhalańskim i postanowiłem się zwijać , bo w mieście nie było nic ciekawego poza muzeum poświęconemu bitwie o Narwik, które było już zamknięte. Dzwoniąc do ojca dowiedziałem się, że pogoda ma się bardzo pogorszyć i już widziałem pierwsze tego oznaki (chmury i potężny wiatr). Musiałem podskoczyć na drogę w kierunku Szwecji, ale jakoś nikt nie chciał mnie specjalnie zabrać, a marzłem okrutnie. Po 1,5h w końcu zlitowała się nade mną dwójka młodych i podwiozła 40km do zjazdu. Tam zacząłem się rozglądać za miejscem do rozbicia namiotu. Znalazłem jedno idealne, ale na nieogrodzonej posesji prywatnej. Poszedłem się zapytać właścicieli czy mogę się rozbić i zniknąć przed 7.00, ale się nie zgodzili. Byłem delikatnie mówiąc – zły. Pogoda coraz gorsza, masakrycznie zimno i wietrznie. Stanąłem wiec i zacząłem łapać jeszcze raz. Udało się. Zabralii mnie młodzi i podwieźli 200km aż do Kiruny. 200km przez istną pustynię. Zostawili mnie za miastem. Była już prawie 23.00, lał deszcz, wiał wiatr, i było okrutnie zimno. Rozstawianie namiotu w takich warunkach nie należy do przyjemnych. Z miejscem też słabo. Wszędzie wysoka, mokra trawa. W końcu po 10 minutach walki z namiotem i wiatrem udało mi się rozbić. Spory kryzys. Wszystko mokre i brudne, bo od Helsinek nie robiłem prania.

Dzień 29

Otwieram oczy i znowu mój największy wróg – deszcz. Pakuje mokry namiot. Buty mokre, ciuchy mokre, a jechać trzeba. Stanąłem na poboczu i łapię. Na szczęście po 10 min zatrzymały się dwie dziewczyny, które jechały na studia do Gallivare. Wysadziły mnie 20km przed miastem. Po rozmowie z nimi postanowiłem , ze jadę do Lulei, w której znajduje się miasto wpisane na listę UNESCO. Kolejna godzina łapania w deszczu i się udało. Zabrali mnie chłopacy wyglądający tak jak ja, czyli brudni, mokrzy i śmierdzący. Okazało się, ze wracają z nocnych biegów na orientację i jadą do samej Lulei. Uff. Jechałem z nimi 3h i wyrzucili mnie w samym centrum. Nie było wyboru. Nikt z couchsurfingu mi nie odpisał, a musiałem się już wykąpać i przeprać rzeczy. Znalazłem więc hotel i się zameldowałem. Pierwsze co to długi, gorący prysznic, a następnie szybkie pranie. I wychodzę na wielką i tłustą kolację, bo cofa mi się na myśl o chlebie tostowym, serze i ciepłej szynce. Wyszedłem na miasto w poszukiwaniu starówki. Okazało się, ze owszem jest, ale w przewodniku, mając na myśli stare miasto , pisali o miejscu w którym centrum znajdowało się 400lat temu, czyli 12km od aktualnej linii morza. Stwierdziłem, ze pojadę tam rano.

Dzień 30

Wstałem o 8.00 i o 9.00 się wymeldowałem. Oczywiście żeby zaoszczędzić na busie postanowiłem się przejść. Głupi pomysł, bo po 3 km byłem znowu mokry, a po 7 km stwierdziłem, że szkoda czasu i wziąłem busa. Dojechałem o 12.00. Miasteczko robiło wrażenie . Wszystkie domy były identyczne: czerwone z białymi okiennicami. Po obejściu całego skansenu ruszyłem na autostradę. 2h stania w pierwszym miejscu i 1h w drugim. W końcu zabrała mnie dziewczyna, która podwiozła 40 km dalej, do miejscowości Piteaj. Następnie znowu 1h łapania. Bez skutku. Spacer na drugą stronę mostu, bo stwierdziłem, ze będę miał tam większe szanse na złapanie czegokolwiek. Miałem rację. 30 min spaceru i piękna zatoczka. Stałem niecałe 10 min jak zatrzymał się facet jadący do Skelleftea. Dojechaliśmy o 20.00 i znowu ten paskudny deszcz. Facet zostawił mnie na stacji. Miejsce było dobre do łapania stopa, wiec stwierdziłem, że będę nocować gdzieś w okolicach stacji. Zapytałem się czy mogę zostawić plecak i poszedłem zwiedzić starówkę. Nic ciekawego, więc wróciłem. Ciągle padało, ale zobaczyłem, że na stacji jest tak jakby garaż z meblami ogrodowymi, gdzie mógłbym się kimnąć. Postanowiłem wiec trochę pobajerować obsługę i się popytać o miejsca do spania. Początkowo proponowali drewniane domki na wzgórzach , ale w końcu ich ubłagałem. Czekał mnie nocleg w myjni. Tak, samochodowej. Dziewczyna ze stacji dala mi kilka potężnych kartonów, żebym miał miękko i sucho i się rozłożyłem w myjni i zamknąłem drzwi. Był jeden warunek i jeden minus. Warunek: mam zniknąć przed 6.00. Minus: Całą nocą działa wentylacja i fotokomórka, która uruchamiała się za każdym razem jak się poruszyłem, dając mocne światło. Ale było cieplutko.

Dzień 31

Masakrator. Mózg rozwalony. Spróbujcie kiedyś zasnąć w hałasie porównywalnym do włączonej suszarki. Wstałem o 5.45, ogarnąłem się i wyszedłem. Byłem okrutnie niewyspany i oczywiście padało. Szczęśliwie pierwszego stopa złapałem po 30 min. Pogadałem chwilę i zasnąłem. Spałem jak zabity 2h. Obudziłem się jak dojeżdżaliśmy do miasta. Miły pan wysadził mnie na stacji, gdzie po30 min złapałem transport 30km dalej i według zapewnień kierowcy, miało to być lepsze miejsce. Sprawdziłem na GPS i wyglądało zachęcająco. Po dojechaniu do wskazanego miejsca okazało się, że miał rację. Prosta droga, ładna stacja. I najważniejsze – wyszło słońce. Postałem 10 min i zatrzymał się polski TIR! Bajka, bo od kilkunastu dni z nikim po polsku nie rozmawiałem. Jechał w kierunku Stotholmu. Całą reszte dnia spędziłem właśnie z nim. Na parkingu, gdzie się zatrzymaliśmy, rozbiłem i wysuszyłem namiot, a później jeszcze trochę poopalałem. O 21.00 spałem już jak zabity.

Dzień 32

Z Jurkiem umówiłem się na 5.00 rano, więc o 4.50 byłem już gotowy, ale u niego w kabinie ciągle cicho. Pokręciłem się przez 30 min aż w końcu zacząłem rzucać małymi kamyczkami w szybę, żeby „przypadkiem” się obudził. Podwiózł mnie do Sztokholmu Zadzwoniłem do mojego hosta w Sztokholmie i się okazało , ze czeka na mnie w akademiku. Znowu więc 5km spaceru. Dotarłem mokry, bo pogoda dopisywała. O 9.00 spotkałem się z Deniz. Mega w porządku ziomek. Wykąpałem się, ubrałem ostatni komplet czystych ciuchów i poszliśmy zwiedzać miasto. W sumie Sztokholm mnie rozczarował. Nic specjalnego, a na pewno nie był wart pieniędzy, jakie tam zastawiłem na zakupy i autobusy. Mnóstwo turystów i ulicznych sprzedawców. Jak wróciłem to ugotowałem sobie obiad. Deniz rzucił hasło, że wieczorem impreza integracyjna erasmusow, wiec się ucieszyłem, ale zapomniałem o jednym. Prohibicja! W Szwecji kupić to sztuka. Nie dość , ze trzeba znaleźć specjalny sklep, to jest on jeszcze bardzo krótko otwarty. Wypiłem więc 3 piwa kupione w sklepie (każde 3,5% i kosztowało mnie 10zł), a później do klubu. W klubie z piwo 30zł. Masakra. Wydałem blisko 150zł na całą imprezę. Ale wytańczyłem się i o 3.00 wyproszono nas z klubu (dłużej nie mogą być otwarte) i wróciliśmy na piechotę do domu całą ekipą.

Dzień 33

Wstaliśmy dopiero o 12.00. Poszedłem zwiedzić muzeum narodowe Szwecji i przejść się nabrzeżem i znowu nic ciekawego. Zrobiłem zakupy i wróciłem do domu. Chłopaki stwierdziły , ze można by było pograć w piłkę, wiec wyszliśmy na dwór. Pograliśmy 2h, a jak wróciłem to prysznic i padłem spać.

Dzień 34

Wstałem o 7.00 i się spakowałem. Deniz spał jak zabity, więc tylko szybko się z nim pożegnałem i o 8.30 łapałem stopa. Dopiero o 10.00 wziął mnie mega spoko koleś , który dał mi swój namiar na emaila i powiedział, ze jak jeszcze raz będę chciał odwiedzić Szwecję to mam śmiało pisać i mogę się zatrzymać z jego rodziną. Zostawił mnie w mega dobrym miejscu , ale było mega słabo ze stopem. Nikt nie jechał w moim kierunku (co było aż dziwne). Zmieniłem tabliczkę z nazwą miejscowości na bliższą i wzięła mnie młoda kobieta, która podwiozła mnie w kolejne dobre miejsce. Tam polski TIR i mega w porządku kierowca , który pokazał mi jak się robi interes na alkoholu w Szwecji (przewozi z Polski i sprzedaje miejscowym taniej) – w ciągu godziny zarobił 300zł. Dojechałem z nim do Malmo i tam się rozbiłem. Sprawdziłem też finanse i okazało się , ze nie mam już pieniędzy na zwiedzanie Kopenhagi , więc podjąłem decyzję o powrocie do domu.

Dzień 35

Pobudka o 5.00 rano i łapanie stopa. O 6.00 jechałem już do Polski. Zabrał mnie młody chłopak z Warszawy, który wracał z wakacyjnej pracy. Po drodze pomogliśmy zmienić koło jednym Francuzom i o 23.30 byłem w Poznaniu. Wziąłem taksówkę na dworzec i tam pociąg do Gdańska.

8 komentarzy dodanych:

  1. Jestem pod wrażeniem, czytam wpisy już chyba od 3 godzin. Wszystkie są wyjątkowe, podobnie jak miejsca, które odwiedziłeś.
    Skandynawia zawsze była mi bliska :)

    Trzymam kciuki za spełnianie kolejnych marzeń, powodzenia!

  2. Przemku, czytając Twoje opowieści, co jakiś czas się zastanawiam skąd to 25 kg na plecach. Też sporo schodziłem i zjeździłem, także autostopem ale miałem max 16, z ciuchami, jedzeniem, piciem, namiotem, śpiworem, kuchenką, garami itp. A i tak byłem na siebie zły że wziąłem za dużo wtedy.

  3. Pisze Pan o kąpielach w rzekach i jeziorach. Czy na dalekiej północy można wytrzymać w wodzie dłużej niż piętnaście minut?

  4. wizę do Rosji miałeś prawda? Planuje w tym roku podobną wyprawę ale właśnie nie wiem jak planować drogę , co mi się bardziej bedzie opłacało – ta Rosja czy moze jednak skorzystanie z promu między Helsinki ,a Tallin…
    Mogę prosić o radę ? Pozdrawiam :D

Dodaj komentarz