DSC04124

Europa Południowa 2009

Trasa 2009


Mój pierwszy autostop i chyba najważniejszy do tej pory. Co mnie skłoniło do ruszenia w Europę? Zmęczenie. Wakacje po zdaniu matury są najdłuższymi wakacjami w życiu, a ja praktycznie całe przepracowałem. Dałem się wrobić w organizację wesela mojego ówczesnego szefa i szczerze odradzam komukolwiek podejmowania się tego trzy miesiące przed wyznaczoną datą. Najgorszy w tym przypadku był fakt , że młoda para postanowiła sobie zrobić wesele w miejscu do tego zupełnie nie przystosowanym, a mianowicie – na końcu mola w Sopocie. No ale mniejsza o to. Z dnia na dzień podjąłem decyzję o wyruszeniu autostopem w świat.
Był to mój pierwszy raz, więc nie znałem ani reguł, ani problemów, ani kwoty pieniędzy, jaką wydam. Pierwszą osobą , której się zapytałem czy chce jechać była moja dziewczyna Paulina, ale stwierdziła , że nie jest gotowa na takie wojaże. Poza tym miała już wykupioną wycieczkę autokarową. Obdzwoniłem znajomych i okazało się, że była jedna chętna. Dziewczyna , którą widziałem wcześniej raz w życiu na oczy (później okazała się moją całkiem niedaleką kuzynką) – Ula. Decyzja, że jedziemy zapadła praktycznie z dnia na dzień i już po czterech dniach umówiliśmy się we Wrocławiu, gdzie postanowiłem rozpocząć mojego pierwszego autostopowego tripa w życiu.

Dzień 1 i 2

Wyruszyłem pociągiem z Gdańska do Wrocławia o 21.50 i od razu z przygodami. Okazało się , że w ostatnim wagonie część któregoś koła zsunęła się z torów, więc mieliśmy trzygodzinny przymusowy postój pod Tczewem. Do Wrocławia dojechałem dopiero o 11. Ulka czekała już na mnie trzy godziny, więc szybko się przywitaliśmy i ruszyliśmy w poszukiwaniu darmowego autobusu do Auchan, o którym przeczytałem na stronie autostopem.net (polecam początkującym). Przeskoczyliśmy przez barierki na stację Orlenu na autostradzie i wzięliśmy się za łapanie samochodów. W sumie staliśmy kilkanaście minut i zatrzymał się mój pierwszy autostop w życiu. Fiat 126p. Słyszałem legendy o tym ile można do niego upchnąć i muszę przyznać , ze są prawdą. Zmieściły się tam nasze dwa gigantyczne plecaki, toboły kierowcy i my. Naszym pierwszym kierowcą okazała się dziewczyna pracująca w szpitalu psychiatrycznym pod Leginicą. Ledwo wysiedliśmy na stacji, a zobaczyłem busa na niemieckich tablicach. Okazało się, że to Polacy jadący do pracy w Niemczech. Za dwa tigery zgodzili się nas wziąć. Dojechaliśmy z nimi aż do skrzyżowania autostrad A4 i A72, więc 300km. Wysadzili nas na stacji i zaczęło się łapanie pierwszego stopa na stacji benzynowej. Udało się po 30 min. Zabrało nas małżeństwo, które oferowało nocleg u siebie w domu i podwiozło nas kilkadziesiąt kilometrów. Wtedy popełniłem pierwszy błąd na autostopie. Uwierzcie – nie ma nic gorszego niż zjechanie z autostrady, a później ponowne wskakiwanie na nią. Na szczęście po dość krótkim czasie zatrzymał się młody chłopak, który podwiózł nas na najbliższą stację benzynową na autostradzie. I tam znowu. Lekko zniechęceni faktem , ze robi się już późno i od 40 min nic nie złapaliśmy postanowiliśmy się zabrać z mega niskim ciemnym ziomkiem w BMW, który powiedział, ze nas podwiezie kawałek dalej. Ponownie utknęliśmy przy wjeździe na autostradę. Była już 20.00 i zacząłem się rozglądać za miejscem do rozbicia namiotu. I tu nagle niespodzianka w postaci kobiety , która mówiła tylko po rosyjsku. Mimo to jakoś się dogadaliśmy i podwiozła nas pod Selb, a tam rozbiliśmy się na polu obok autostrady. 900km – nieźle jak na pierwszy dzień autostopem.

Pierwszy autostop

Dzień 3

W nocy uświadomiłem sobie , ze trzeba szybko dotrzeć na południe, bo to jednak już połowa września i nocami robi się zimno. Wstaliśmy i o 9.00 wzięliśmy się za łapanie stopa. Jak się okazało miejsce było mega słabo uczęszczane, więc wpadliśmy na genialny pomysł, żeby przejść do kolejnego zjazdu, na którym na pewno będzie większy ruch. Pomysł był o tyle genialny, że główna jego część dotyczyła przejścia się poboczem autostrady. Mieliśmy 2,5km i dosłownie 300m przed zjazdem zatrzymała nas policja. W sumie mega dobre wrażenie. Płynnie po angielsku, miło i uprzejmie poinformowali nas , że autostrada to nie jest dobre miejsce na spacer i puścili. Zeszliśmy z autostrady i stanęliśmy przy wjeździe na nią. Dopiero o 11.00 zatrzymał się piękny mercedes, z którego wyszedł do nas pan około 75 lat. Okazało się, że był wojskowym ze Stanów Zjednoczonych, który służył w Berlinie na przejściu granicznym w ramach wymiany żołnierzy i osiedlił się w RFN na stałe. Podwiózł nas na stację benzynową i dał 20 euro na obiad, które wykorzystaliśmy zgodnie z przeznaczeniem. Po obiedzie zacząłem się rozglądać za kolejnym stopem i przypadkiem spotkałem inną autostopowiczkę, która jechała do znajomych do Wiednia. Wspólnie złapaliśmy stopa aż do Passau. Następnie dwoma busikami dojechaliśmy aż pod Malibior, gdzie zdecydowaliśmy się spędzić noc. Pierwszy nocleg na stacji benzynowej. 21.30 kładliśmy się spać.

W drodze na Hvar

Dzień 4

Wstaliśmy bladym świtem i już o 6.30 łapaliśmy stopa. O 7 uśmiech losu i zabrał nas autentyczny wariat drogowy, aż za Zagrzeb. Słoweńczyk wysadził nas na stacji skąd dosłownie po chwili zabrali nas Węgrzy, który praktycznie w ogóle nie mówili po angielsku. Nie przeszkodziło im to jednak w podwiezieniu nas aż do Splitu. W Splicie stanęliśmy przy bramkach na autostradę i zrobiliśmy sobie szybki obiad. Przypadkiem spotkaliśmy innego autostopowicza z Polski, z którym chwilę pogadaliśmy i po jakimś czasie udało nam się złapać miejscowego. Ten podwiózł nas do końca autostrady i dosłownie wyciskał z auta tyle ile fabryka dała. Wyrzucił nas na końcu autostrady, w malutkiej mieścinie, gdzie nie było dosłownie nic poza drogowskazem na Medjugorie. Zdecydowaliśmy się mimo wszystko jechać na Hvar, tak jak sobie postanowiliśmy. Czemu Hvar? Bo byłem tam 2 czy 3 lata wcześniej z rodzicami i mieszkaliśmy na campingu, który jako jedyny w całej Chorwacji miał długą, piaszczystą plażę. Tak czy inaczej wzięliśmy się za łapanie. Mieliśmy o tyle trudną sytuację, że musieliśmy przeskoczyć przez góry na wybrzeże. Na szczęście pogoda dopisywała, więc łapanie było przyjemnością. Po mniej więcej godzinie złapaliśmy polskiego stopa Makarskiej, a następnie trzy dziewczyny wracające z zakupów wysadziły nas w Drveniku. Tam kupiliśmy świeże owoce i o 18.00 wsiedliśmy na prom na wyspę. Następnie czekało nas 5 km marszu, ponieważ o 19.00 było już praktycznie ciemno i nic nie jeździło. O 21.00 w końcu dotarliśmy do „Mlaski” i rozbiliśmy namiot.

Po zatrzymaniu przez policje:)

Dzień 5

Odpoczynek do 12.00, kąpiel w morzu, obiad na spokojnie. Po południu zdecydowaliśmy się, że warto pojechać do Hvaru , największego miasta na wyspie. Spakowaliśmy się i powoli zbieraliśmy się, żeby wejść na główną. I jak z nieba spadli nam Polacy, którzy akurat jechali na środek wyspy. Chętnie nas wzięli i podrzucili. Miejscowość okazała się autentyczną dziurą. Jeden sklep i kilka domów. Było już ciemno i parno. Zbliżała się burza. A ja się zorientowałem, że na capmingu w recepcji zostawiłem wszystkie dokumenty i pieniądze. Trochę spanikowałem i zacząłem chodzić po okolicznych domach z pytaniem czy ktoś mógłby mnie podwieźć. Nikt nie chciał za mniej niż 50 euro. Na campingu też nikt nie odbierał. Zaszedłem nawet na straż pożarną , ale powiedzieli, że idzie burza i muszą czekać na wezwania. Zrezygnowany stwierdziłem , że zostajemy i rano będziemy kombinować. Jedna z osób powiedziała, ze może mnie rano podwieźć jak będzie jechała zawieźć dzieci do szkoły. Rozbiłem więc namiot i się położyliśmy. I wtedy się zaczęło. Największa burza jaką kiedykolwiek przeżyłem. Jak walnęło to się ziemia zatrzęsła. Jak zaczęło lać i wiać to nie dość, że przygniotło namiot, to jeszcze dookoła wlała się woda na 10cm. Na szczęście po 30 minutach uspokoiło się i zasnęliśmy.

Widok z promu na Wybrzeże Dalmatyńskie

Dzień 6

Wstałem o 7.00 i poszedłem pod dom gospodarza, który jechał do Sucuraju z dzieciakami do szkoły. Wysadził mnie kilometr od campingu i powiedział, że będzie wracał za 10 minut, więc jeśli zdążę to mnie zgarnie. Zrobiłem więc szybki sprint na camping i okazało się, że wszystko jest tam gdzie zostawiłem, więc zasuwałem z powrotem pod górkę. Byłem na styk. O 8.00 składałem namiot z Ulą i szliśmy łapać stopa. Ruch był dosłownie zerowy. Po dwóch godzinach wzięli nas strażacy, z którymi dzień wcześniej rozmawiałem i powiedzieli, że mogą nas podwieźć do Sucuraju. Pisząc „strażacy” mam na myśli pięciu mężczyzn w rożnym wieku w czerwonych koszulkach i w starym ogórku z napisem „straż pożarna”. W połowie drogi mieli wezwanie. Pojechaliśmy z nimi i okazało się, że samochód spadł z drogi (szczęśliwie dookoła była dość porządna roślinność i miał miękkie lądowanie), ale bez dźwigu ani rusz, wiec zostawiliśmy ich z problemem i łapaliśmy dalej. Do Sucuraju mieliśmy mniej niż 5km.  Po 10 minutach zatrzymało się auto i podwiozło nas aż na przystań. Po wyjściu z promu na drogę w ciągu 20 minut złapaliśmy polskiego stopa aż do samego Dubrownika. Mało tego – tak się z nimi świetnie dogadaliśmy, że zostawiliśmy u nich w aucie bagaże i na spokojnie poszliśmy zwiedzać. Jak tylko spotkaliśmy polską wycieczkę to się podpięliśmy i mieliśmy zwiedzanie z przewodnikiem za darmo. Wieczorem poszliśmy jeszcze nad urwisko oglądać panoramę miasta przy zachodzącym słońcu i o 21.00 spotkać się z naszymi towarzyszami podróży. Powrót był spokojny i cichy, aż nagle nasz kierowca zaczyna kląć. Budzę się i patrzę, a przed nami samochód, który jedzie dosłownie slalomem. Kierowca musiał być pijany jak dzwonek, bo mało co nie spowodował dwóch czołówek, ale w końcu zjechał na pobocze. Zostawili nas w miejscowości Omniś , gdzie stwierdziliśmy, ze weźmiemy jakiś pokój do wynajęcia, żeby się wykąpać i przeprać rzeczy. Kilka osób zapytanych i znalazła się staruszka, która udostępniła nam pokój z prysznicem. Uwierzcie , nie ma nic lepszego niż gorący prysznic i czyste ciuchy po 5 dniach podróży.

Widok z klifu na twierdzę w Dubrovniku

Dzień 7

Wstaliśmy i zebraliśmy się przed 11, po czym wyszliśmy na trasę. Postanowiliśmy pojechać do Medjugorie , o którym nigdy nie słyszałem, ale Ula owszem. Gdzieś w głębi duszy wiedziałem, ze odnalezienie wszystkich dokumentów graniczyło z cudem , wiec stwierdziłem , że warto pojechać i się pomodlić w ramach podziękowania. Wyszliśmy na trasę prowadzącą na granicę i staliśmy mniej jak 5 min z tabliczką, gdy zatrzymał się autokar jadący prosto do Medjugorie. Wskoczyliśmy i jechaliśmy z czeską pielgrzymką , która cała drogę odmawiała zdrowaśki. Niestety okazało się , że nie mogą nas przewieźć przez granicę , bo nie pozwala na to ubezpieczenie auta, więc granicę przekroczyliśmy pieszo i zaczęliśmy łapać dalej. Zabrała nas para Chorwatów, która opowiedziała historię Medjugoje. Wysadzili nas w centrum. To co zobaczyłem aż mnie zatkało. Tłumy ludzi i mega dużo stoisk z pamiątkami (większość to figurki Matki Boskiej we wszystkich możliwych formach). Przypadkiem zauważyliśmy samochód na polskich rejestracjach i się zapytaliśmy czy zna może jakiś camping czy coś podobnego. Marek, bo tak miał na imię, zaofiarował się, ze może wziąć nasze plecaki na przechowanie w czasie gdy my wjedziemy na Górę Krzyży i spotkamy się wieczorem. Zgodziliśmy się bez wahania , bo sprawiał wrażenie nieszkodliwego, lekko nawiedzonego ultrasa religijnego i poszliśmy zwiedzać. Samo miasto malutkie, z wielka bazyliką po środku i tyle. Ale zarówno Góra Krzyży jak i Góra Objawienia to coś, co warto zobaczyć. Mnóstwo ludzi , którzy dawali świadectwo swojej wiary. Na przykład: Marek nam opowiedział o kobiecie , która co roku wchodzi na Górę Krzyży na kolanach w intencji swojej chorej córki. Wpierw weszliśmy właśnie na nią. Całe utrudnienie polega na tym, ze góra nie dość , ze jest wysoka to jeszcze strasznie kamienista. Dlatego ludzie wchodzący na nią na kolanach lub boso, z reguły w połowie trasy zaczynają krwawić. I ponoć dlatego ziemia na niej jest czerwona. Następnie poszliśmy na Górę Objawienia, czyli miejsce , w którym Matka Boska ukazała się pięciorgu dzieci. Tłumy ludzi i niesamowity widok. Wielki biały posąg a dookoła niego, tysiące tabliczek z podziękowaniami, prośbami i zdjęciami. Po zejściu zadzwoniliśmy do Marka. Okazało się , że nie dość , ze zaopiekował się naszymi bagażami to załatwił nam nocleg w domu pielgrzyma polskiego! Ale zanim tam trafiliśmy to zaproponował , ze pójdziemy na msze do bazyliki. Jak już tam byliśmy to stwierdziłem, ze mogę się wyspowiadać. Jak postanowiłem tak zrobiłem. Ksiądz był na tyle uprzejmy, ze dał mi wybór. Albo pielgrzymka do Częstochowy albo droga krzyżowa na Górze Krzyży. Nie miałem wyboru. Postanowiłem, że następnego dnia o 8.00 idę odprawić pokutę. Tak czy inaczej,j zanim się wyspowiadałem to Ula z Markiem byli już w domu. Dotarłem do nich o 22.00. Wchodzę do domu, a tam 10 śpiewających osób przy stole. Usiadłem i od razu dostałem kolacje. Po zjedzeniu zaczęły się śpiewy i rozmowy. Dla mnie osobiście nieco zbyt skrajne spojrzenie na religie i wiarę (np. opowieści o tym jak ktoś sobie zrobił zdjęcie na tle Sfinksa i postawił w pokoju, a następnie został opętany przez złe duchy). Po kolacji poszliśmy do pokojów i spać.

Medjugorje – Góra Objawienia

Dzień 8

Wstałem o 7.00 i poszedłem pokutować na Górę Krzyży. O 10.00 wróciłem do domu i mimo nalegań ultrasów postanowiliśmy się zbierać. O 11.00 Marek podrzucił nas na trasę w kierunku granicy. Wzięliśmy się za łapanie stopa. I teraz uwaga – jak kiedykolwiek będziecie w Bośni – nie jeździcie samochodem! Tutaj nie obowiązują żadne zasady czy przepisy. Masz ochotę zatrzymać się na środku skrzyżowania? Śmiało! Zobaczyłeś znajomego w aucie? Podejdź do niego i pogadajcie na środku! Ktoś zatrąbi? Wyzywaj i zagroź pięścią, po czym wróć do rozmowy. Tak czy inaczej po godzinie w końcu zabrała nas para Bośniaków, z którymi rozmawiałem o wojnie, rozgrywającej się niegdyś na Bałkanach. Postanowiłem, że kiedyś  tu wrócę i zwiedzę więcej. Chłopaki podwieźli nas pod samą granicę, mimo że musieli nadrobić 20km. Granicę ponownie przeszliśmy na piechotę i stanęliśmy na głównej drodze w kierunku Splitu. Po 20 minutach łapania stopa podszedł do nas mężczyzna , który sprzedawał owoce na stoisku za nami i nam przyniósł kilka z nich. Po mniej więcej 50 min złapaliśmy stopa pod Split. W drodze zaczęło się chmurzyć, a przed samym miastem zapowiadało się już na porządną burzę. Podbiegliśmy wiec szybko na bramek, przy których staliśmy kilka dni wcześniej i zaczęliśmy rozglądać się za transportem na nadbrzeże. Niestety nie uniknęliśmy deszczu i wyglądaliśmy jak zmokłe kury, dlatego nie wierzyłem własnym oczom, jak zatrzymało się auto i kierowca powiedział , żebyśmy wskakiwali. Inaczej. Nie byłoby w tym w sumie nic szczególnego gdyby nie fakt , ze było to Porshe Cayenne , a kierowcą w garniturze okazał się prezes mistrza Chorwacji w piłkę ręczną i jednego z najlepszych klubów w Europie. Wysadził nas w centrum, więc poszliśmy zwiedzić pałac Dioklecjana i kupić bilety na prom do Włoch. O 0.00 weszliśmy na pokład w klasie ekonomiczno-ekonomicznej i wciśnięci w fotele poszliśmy spać.

Spacer po Anconie

Dzień 9

O 8.00 byliśmy w Ankonie. Znaleźliśmy pocztę , żeby kupić i wysłać pocztówki i wzięliśmy się za łapanie stopa. W okolice autostrady podwiózł nas jeep, a następnie TIR z nietypowym (a może i typowym) Włochem. Facet był przedziwny. Miał 65 lat, trzy małżeństwa na koncie i szóstkę dzieci. Ciekawostką jest fakt, że żadne z dzieci nie pochodziło ze ślubnego łoża. Tak czy inaczej podrzucił nas dobre 300km. Następnie zabrała nas dwójka milczących Greków. Z Alessandri  przygarnęło nas małżeństwo Hiszpanów i pojechaliśmy z nimi do Pietra Ligure (tam gdzie przez ostatni rok odpoczywał Kubica). Rozbiliśmy się na campingu i poszliśmy na prawdziwą włoską pizzę (nie polecam).

Pietra Ligure

Dzień 10

Wstaliśmy z samego rana i poszliśmy się smażyć na plażę. Dosłownie. Jak typowe foki machnęliśmy się na leżaki i obracaliśmy co 30 min. Co jakiś czas tylko zaczepiali na czarni jak smoła sprzedawcy oczywiście „oryginalnych” torebek. Później pizza i relaks za całe 9 dni podróży. Tak czy inaczej przeliczyłem fundusze , które mieliśmy na podróż i okazało się , że powoli się końca. Na całego tripa mieliśmy po 500zł, więc trzeba było podjąć decyzję o kierowaniu się w stronę kraju.

Nocleg na dziko w Turynie

Dzień 11

Obudził nas deszcz. Całą noc padało i zapowiadało się , ze dzień będzie podobny. Posiedzieliśmy w namiocie do południa, ale zdecydowaliśmy się zwijać. Wyszliśmy na drogę i zaczęliśmy łapać stopa. Dwie godziny staliśmy na drodze zanim wziął nas pierwszy samochód. Zaczął się pierwszy kryzys  podróży. Na stacji przy autostradzie kolejne trzy godziny zanim zabrało nas małżeństwo z południa. A następnie z kolejnej stacji kibice wracający z meczu Juventusu z Genuą. Podwieźli nas pod najtańszy Hostel jaki znali, ale jak usłyszałem cenę 30 euro za noc to stwierdziłem, że wolę iść na piechotę 7km na camping. I poszliśmy. Camping o 22.00 oczywiście zamknięty, a jak dzwoniłem pod numer podany w przewodniku to okazało się , że jak to we Włoszech, rozmówca nie mówił słowa po angielsku. Na dodatek zaczął padać deszcz. Rozbiliśmy się w parku pod jakąś zabytkową bramą. Wstaliśmy o 5.30 , żeby nie shaltowali nas jacyś żandarmi czy inni nadgorliwcy i poszliśmy na tramwaj do Centrum. Zwiedziliśmy Turyn , który w deszczu nie wygląda urzekająco z powodu wszechobecnych straganów i turystów, a następnie pojechaliśmy na wylotówkę. Wtedy zaczęła się jedna z najdłuższych łapanek w historii mojego autostopowania. Dzisiaj wiem, że błędem było przestrzeganie zakazu wejścia na lepsze miejsce, ale tak czy inaczej było trochę śmiechu. Bo żeby przykuć uwagę kierowców, to najpierw do nich machaliśmy z szerokim uśmiechem, a dopiero potem pokazywaliśmy tabliczkę. Po 4 godzinach poszedłem do McDonalda, żeby kupić coś do jedzenia. Jak wiadomo z pełnym żołądkiem świat jest piękniejszy, wiec stanąłem dosłownie na autostradzie przy zatoczce i po 10 min zatrzymało się auto. Małżeństwo w aucie wysadziło nas 100km dalej, a następnie po 30 min zabrał nas kolejny prezes w tej podróży, a dokładniej IBM na północne Włochy. Praktycznie całą podróż miał w odpaloną konferencje na pulpicie auta i rozmawiał, więc dużo nie pogadaliśmy. Podrzucił nas aż do Verony. Tam się ogarnęliśmy i szukaliśmy miejsca do spania. W pewnym momencie podszedł do nas Włoch i coś uparcie zaczął nam tłumaczyć. Z tego co zrozumiałem, to miałem iść za nim, więc poszedłem. Pokazał mi swoje auto. Okazała się nim naczepa z sześcioma peugeotami 206 i 306, które ledwo co z fabryki wyjechały, bo w środku jeszcze były pokryte folią. Wymownie otworzył drzwi, wrzucił plecak i ułożył ręce jak do snu. Padłem. Oferował nam nockę w nowych autach. Oczywiście cali uchahani przystaliśmy. Jedynym warunkiem było znikniecie z auta przed 5.00, bo wtedy ruszał w trasę.

Poranek w Turynie

Dzień 12 i 13

Wyskoczyliśmy z auta o 4.50 i poszliśmy łapać stopa. Udało się już po 30 min. Zabrał nas młody facet, który jechał do pracy. De facto był on pierwsza osobą , która poprosiła nas o paszporty, żeby się upewnić , ze jesteśmy tymi, za kogo się podajemy. Wysadził nas na stacji, skąd dosłownie po chwili zabrał nas kierowca polskiego TIRa jadącego pod Berlin. O 19.00 byliśmy pod Berlinem, gdzie o 21.00 złapaliśmy stopa aż do Słupska. W Słupsku SKM i o 9.00 byliśmy w Gdańsku! Odprowadziłem Ulę na pociąg i wróciłem do domu.

 

3 komentarzy dodanych:

  1. Przemku, naprawdę wielki szacunek za tą podróż. Pierwsza podróż, pierwszy krok – Czy był on bliższy najłatwiejszemu, czy najtrudniejszemu? Trudniej Ci było wyruszyć pierwszy raz czy podróżować potem w nieco trudniejszym terenie? (mam tu na myśli Kaukaz i Bliski Wschód)

Dodaj komentarz