Europa Zachodnia 2010

Dzień 1

Z Gdańska wyjeżdżałem o 22.30. Bolo zwiózł mnie do Wrzeszcza na pociąg i jazda do Wrocławia.
Pociąg jak to pociąg w wakacje – cały zawalony i w każdym przedziale napchane ludzi. Ale idę i pcham się z tymi moimi dwoma plecakami (jeden mniejszy na klacie, a drugi 120l na plecach. w drugim wagonie nagle patrzę i nie wierze – tylko dwie osoby, wiec wskakuje. Grzecznie pytam się czy można, ale mimo całego mojego uroku osobistego i powalającej aparycji w odpowiedzi słyszę jedynie zezwalające burkniecie. Wchodzę, ściągam plecak i przyglądam się swoim towarzyszom podróży.
Pierwszy z nich to Marcin, który kulturalnie zagaduje gdzie jadę i po co, a jak usłyszał ze na autostopa to wyciągnął piwo mówiąc – „siadaj i opowiadaj”. No i się zaczęło. Pierwsze piwo , drugie i wyciągnęli wódkę. Nie potrafiłem odmówić, wiec rozmawialiśmy dalej i piliśmy. Oczywiście jak pojawia się wódka to i twórcze pomysły wyskakują. Stwierdziłem, ze nie mam zamiaru się z nikim dzielić moja częścią przedziału , wiec wziąłem scyzoryk i zamknąłem drzwi od przedziału za co później grożono nam mandatem. Na szczęście o 2 już byliśmy lekko wcięci i zmęczeni dlatego raz dwa zasnęliśmy.

Dzień 2

Pobudka na lekkim kacu. Ale trzeba się zbierać i żegnać. Marcin z dziewczyną polecieli do Centrum, a ja zacząłem szukać dworca gdzie odjeżdża sprawdzony w zeszłym roku darmowy bus do Auchan`a. 30 min czekania, 20 min jazdy i wysiadka. Jestem przy obwodnicy. Pozostało mi przeskoczyć przez barierkę i podejść do stacji benzynowej. Jest 8.15 standardowe postanowienie autostopowicza – „jak nikt mnie nie weźmie do 9.00, to łapie z tabliczką” . Mija 9.00 jest słabo. Nie wziąłem pod uwagę faktu, ze w sobotę większość ludzi nie jeździ daleko tylko raczej gdzieś do rodziny lub jakieś weekendowe wypady. Jak tak sobie stałem i czekałem na nowe auta pojawił się klasyczny żul. Facet zaczął mi się zwierzać jak to on podróżuje autostopem. I tak sobie myślałem, ze jeżeli ktokolwiek kiedykolwiek go wziął na stopa to facet jest mistrzem przekonywania, bo był tak brudny i waliło od niego tak okrutnie, ze pewnie bym go poczuł przejeżdżając obok autem z zamkniętymi szybami. Los żula na tyle mnie poruszył, ze przygotowałem sobie karton z napisałem „Pekin albo Niemcy” . Zatrzymało się trzecie auto.
Nazywał się Jasiek i miał 27 lat, przez ostatnie osiem studiował informatykę . A aktualnie jedzie oglądać zawody Red Bull Air. Wszystko byłoby fajnie i pięknie gdyby nie fakt, że na autostradzie przed jego zjazdem nie było żadnej stacji benzynowej. Wiec zjechaliśmy na boczne drogi. I wtedy się zaczęło. Mała pipidówa i potężna ulewa. Utknąłem na przystanku autobusowym na 2h. Lało i wiało tak okrutnie, ze karton po chwili był do wyrzucenia. Wiec czekałem , az przestanie padać i wyciągnąłem kartkę z zeszytu i na niej napisałem „Autobahn”. I w końcu po 2h stania zatrzymała się rodzinka i podwiozła mnie do autostrady i wysadziła pod nią. SUCHO! Pełen optymizmu zrobiłem kolejna tabliczkę z napisem „Help me – A4”. Po 5 minutach zatrzymała się Pani, która powieźć do Drezna. Cały szczęśliwy jadę ! Ale znowu ten sam błąd. Zbawicielka podrzuciła mnie do centrum i po zrobieniu kilku zdjęć znowu musiałem zasuwać na piechotę kilka kilometrów. Mało tego, zapomniałem włączyć tak istotną rzecz jak roaming w telefonie. Rodzice pewnie świrowali, wiec jakoś udało mi się dogadać po niemiecku z panią w obsłudze na stacji i mogłem zadzwonić z ich telefonu do domu. Kolejne 2h na łapanie stopa. W końcu zgarnęli mnie dwaj chłopacy , którzy się przeprowadzali i dzięki Bogu wiedzieli jak funkcjonuje autostop i gdzie najlepiej mnie wysadzić. Na pace mieli chyba wszystko począwszy od wanny poprzez kwiatki i dywany. Na stacji gdzie wysadzili mnie chłopacy, byłem świadkiem dziwnej sytuacji., a mianowicie dosłownego zjazdu rumunocyganiaków. 7 samochodów zapakowanych dosłownie ponad sufit ( rumunocyganie maja zwyczaj pakować rzeczy na dach samochodu, wiązać sznurkiem i przykrywać ceratą) stanęło w kółeczku. Chwile później wysypało się z nich około 30 osób i zaczęli przygotowywać dosłowny piknik. Pozdejmowali stoły z dachów, rozpalili grilla rozłożyli koce i zaczęli grać na gitarach.
Znowu łapałem dwie godziny. Sobota to paskudny dzień na łapanie stopa. Przyłączył się do mnie drugi autostopowicz z Czech. Jechał wprawdzie w innym kierunku, ale w dwie osoby da się przepytać więcej osób i tym samym ogarnął mi stopa w kierunku.
Po raz pierwszy tego roku rozbiłem namiot i żeby potrzymać klimat dnia, rozbiłem go oczywiście w miejscu gdzie się okazało, jakiś pies (chociaż sadząc po rozmiarach bobka był to raczej koń) załatwił swoją potrzebę, a że było ciemno to po prostu tego nie zauważyłem. Nie chciało mi się przenosić namiotu, wiec po prostu część jakoś wyniosłem, a część przykryłem grubą warstwą liśći i dezodorantu. Wykąpałem się na stacji ( Niemieckie maja to do siebie, ze sa perfekcyjnie wyposażone) i padłem jak zabity. To był wyjątkowo pechowy dzień.

Dzień 3

Noc była dziwna. Nie mogłem spać. Raz obudziły mnie dzikie wrzaski na stacji benzynowej, potem potężna ulewa, a gdy wybiła 6.45 – budzik. Ze względu na wczorajszą autostopową porażkę, miałem w planach jak najwcześniejszą pobudkę. Niestety pokonała mnie ulewa, więc cierpliwie czekałem, aż przestanie padać. Mój stan błogiego odpoczynku trwał do 11, jednak żeby nie marnować czasu postanowiłem powtarzać słówka z francuskiego, bo często słyszałem opinie, że we Francji nikt nie mówi po angielsku. W okolicach 12 w końcu przestało padać. Lepiej! Nawet zaczęło mocno świecić słońce, wiec namiot był suchy po 15 minutach. Wyszedłem na stacje i zacząłem łapać stopa. Trzydzieści minut pytania i nareszcie pierwszorzędny autostop – dwójka młodych ludzi wracała z wakacji z Kopenhagi i jechali aż do Szwajcarii! To ok. 500km, więc czekała mnie długa podróż. Młodzi okazali się niesamowitymi gadułami, więc po trzech godzinach wszyscy byliśmy już zmęczeni opowieściami i wymianami poglądów.
Region Bodensee jest prześliczny. To miejsce, w którym schodzą się granice trzech krajów, a na jeziorze setki żeglówek.
O 18.00 dotarliśmy do granicy. Pożegnaliśmy się w miłej atmosferze i udałem się na drogę, żeby złapać kolejnego stopa. Zaczęło się robić późno, a miałem plan znaleźć się dzisiaj w górach. Kilka minut i.. udało się! Złapałem parę wracającą z mistrzostw Europy w Kitesurfingu! Podwieźli mnie niecałe 200km, ale nie było ruchu, więc jechaliśmy dość szybko. Ciekawą rzeczą w Szwajcarii jest fakt, że 90% ludzi mówi płynnie po angielsku, niemiecku i w zależności od regionu – po włosku lub francusku. Zostawili mnie na dużej stacji benzynowej, ale była już prawie 20, wiec zacząłem powątpiewać czy coś złapie. Mimo wszystko wziąłem się za szukanie kartonu. Ku mojemu zdziwieniu podszedł do mnie ostro wytatuowany koleś i zapytał gdzie jadę. Skończyło się na tym, że podwiózł mnie aż pod samo Bern. Był naprawdę śmieszny – jechaliśmy przez 1,5h i praktycznie całą drogę narzekał, jacy to szwajcarzy są bogaci ( był Niemcem) i jak to on kocha swój samochód (ford z 1967 roku). Opowiedział mi chyba całą jego historię przeglądów, wymian oleju i klepania.
Zostawił mnie na dużej stacji przed samą stolicą. Szybki rekonesans – toalety, prysznice, prąd, miejsce na namiot. Ideał, wiec zdecydowałem się zostać na noc. Postanowiłem się rozbić niedaleko dużego campera, w którym urzędował starszy jegomość, wiec grzecznie się zapytałem czy mogę się rozbić niedaleko. Zgodził się. Jakby tego było mało – przyłączył się do mnie do kolacji i przez dwie godziny rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Okazało się, że pochował żonę i postanowił zwiedzić samotnie świat. Był Australijczykiem i ma już na swoim koncie Azję, większość Europy, a następnie jedzie do Stanów Zjednoczonych ( w 2011 dostałem od niego kartkę z Alaski).

Dzień 4

Standardowy plan – pobudka o 6.00 i szybkie zwijanie sprzętu, żeby o 7.00 już złapać stopa. Standardowy poślizg – teoretycznie pobudka o 6.00, praktycznie o 6.30. Wszystko przez to, ze o poranku jest jeszcze niesamowicie ciemno. Myślałem, że to pochmurna noc, więc jeszcze dogorywałem. Dopiero o 6.30 zdecydowałem się wynurzyć nos z namiotu. Okazało się, ze niebo jest bezchmurne, ale słońce jeszcze nie wyszło zza gór. Złożyłem wiec namiot, szybko zjadłem śniadanie i wziąłem się za łapanie stopa. W sumie było przyjemnie, ale większość jechała do stolicy, a ja musiałem skręcić na Thun. Tak więc przez 45 minut nikt nie jechał w moim kierunku.
W końcu zatrzymał się długowłosy rockman. Wsiadam, gadka-szmatka, aż tu nagle zaczyna mi opowiadać o swoim hobby. Był (uwaga, uwaga!) poszukiwaczem złota! Tak, dokładnie! Co się okazało – w Szwajcarii jest go całkiem sporo i są ludzie, którzy zajmują się tym zawodowo. Pokazywał mi nawet swój największy bobek – 10g (de facto miał jego zdjęcie w portfelu razem ze zdjęciami rodziny).
Długowłosy zostawił mnie na stacji 40km przed Kanderstagiem. Było cudnie. Piękna pogoda, góry jak z bajki, tylko 40km do pierwszego punktu podróży, siedzenie dziesięć minut z tabliczką, próba złapania policjantów na motocyklach, którzy niesamowicie się przez to uśmiali. W końcu chciał mnie wziąć facet w lamborghini, ale niestety nie mieliśmy co zrobić z moimi plecakami. Wreszcie podszedł do mnie ok. 60-letni mężczyzna i zaproponował, że mnie podwiezie do Kanderstagu. I oto mój pierwszy autostop w języku Moliera. Naprawdę piękne uczucie, gdy rozumiałem, co facet do mnie mówi. Szkoda tylko, że nie mogłem odpowiedzieć mu tak samo, jednak mimo wszystko daliśmy radę pogawędzić o pogodzie, górach i o tym jak się nazywam.
Dotarłem – Kanderstag! Miasto jak z bajki! Znalazłem punkt informacyjny z mapami i wziąłem się za szukanie spożywczaka.I właśnie tutaj miałem pierwszą styczność z szwajcarskimi cenami, o których tyle słyszałem. Dwa pomidory – 12zł, płatki kukurydziane – 24zł. MASAKRA. Bądź co bądź, pogoda-żyleta, więc ruszyłem w góry! Mój zapał minął po pierwszym kilometrze wspinaczki. Uwierzcie na słowo, że podchodzenie pod górę z 25kilogramowym plecakiem w pełnym słońcu nie należy do najłatwiejszych. Po 4 km znalazłem ścieżkę do schroniska i nie specjalnie się przejąłem faktem, że była trochę zarośnięta. To był błąd. W pewnym momencie znalazłem się w miejscu, gdzie jej szerokość była nieco większa niż moja stopa, wiec stwierdziłem, ze nie warto ryzykować i wracam. Straciłem 45 minut i siły. Wróciłem na główny. Gdy zobaczyłem jezioro to zwariowałem.
Sceneria jak z reklamy Milki. Krowy z dzwonkami, ośnieżone góry, słońce, schronisko. Zrzuciłem plecak i szybka kąpiel w jeziorze. Woda cudownie zimna, wiec po kąpieli wysuszyłem się na słońcu i ugotowałem sobie obiad. Godzina odpoczynku i ruszyłem wyżej, do granicy śniegu. Po kolejnej godzinie wspinaczki w końcu się udało. Widok był nieziemski, wiec po prostu usiadłem, cieszyłem samotnością i przecudownym widokiem. Około 17.00 słońce zaczęło się już chować za góry, więc ruszyłem na pole namiotowe. O 20.00 dotarłem, więc szybko rozbiłem namiot, wziąłem prysznic, zjadłem kolacje i poszedłem zobaczyć miasto. Pierwsze, co przyciągało moją uwagę to mały kamienny kościółek, wiec podszedłem porobić zdjęcia. Jakiś starszy pan mnie zauważył i zaczął opowiadać całą historię tego – jak się okazało- kościoła luterańskiego. Niestety, z racji tego, że było już późno, podziękowałem i poszedłem zobaczyć resztę miasteczka. W skrócie to 50:50 hoteli i domów, wiec wróciłem na pole namiotowe i usiadłem na brzegu namiotu. Było widać wszystkie gwiazdy. O 24.00 padłem jak zabity.

Dzień 5

Wstałem o 7.00. Było przeraźliwie zimno i wciąż ciemno( góry zasłaniały słońce). Namiot był wilgotny, ale na słońce niestety nie miałem co liczyć przed godziną 10.00,wiec go spakowałem i ruszyłem na trasę. Z Kanderstagu była tylko jedna trasa wyjazdowa, a mianowicie kilkukilometrowy tunel, który pokonywało się wjeżdżając autami na tory pociągu. Miejsce do łapania stopa idealne, bo pociąg jeździł co 20 min wiec ustawiała się duża kolejka aut, a ja mogłem podchodzić i pytać. Zaczęło wychodzić słońce. I wtedy poczułem jaki błąd zrobiłem dzień wcześniej. Nie posmarowałem się kremem z filtrem. Ręce i twarz piekły mnie okrutnie. Na szczęście już po 30 minutach miałem transport na drugą stronę. W sumie to zdziwiłem się czemu tak długo, skoro miejsce idealne, a Szwajcarzy przyjaźni. Zagadkę rozwiązałem w tunelu – przez 20 minut jedzie się w absolutnej ciemności. Czyli nie dziwota, że nikt nie chciał wziąć obcego do auta. Zabrał mnie facet, którego imienia niestety nie zapisałem, ale chwalił się, że w latach ‘80 występował w półfinale turnieju Australian Open i całe życie grał w tenisa. Wysadził mnie na drugiej stronie. Upał nieziemski. Po 10 minutach wziął mnie kolejny Szwajcar, ale ciężko było go zrozumieć, bo mówił wyjątkowo szybko po francusku z mieszanką włoskiego. Na szczęście wysadził mnie po kilku kilometrach w dużym korku. I znowu 10 minut czekania, a po nich kolejny Szwajcar, dzięki któremu dowiedziałem się o Szwajcarii mnóstwa informacji: o polityce, wojsku (Szwajcaria ma największą armię w Europie i każdy mężczyzna co roku musi iść na miesiąc do wojska) , o historii. Facet mi zaimponował. Znał biegle siedem języków. Studiował w Chinach i Szwajcarii. Stwierdził, ze nigdzie mu się nie śpieszy, a miło nam się rozmawia , więc może mnie zabrać dłuższą, ale piękniejszą trasą do Włoch. Wysadził mnie jednak w słabym miejscu, bo niestety musiał zjechać z autostrady. Na szczęście po 20 min wziął mnie sympatyczny Włoch i podrzucił na stację na autostradzie. Na stacji utknąłem na 3h. I właśnie tam zaczęło się podróżowanie stopem przez Włochy. Masakra w pełnym tego słowa znaczeniu. We Włoszech nikt nie mówi po angielsku. NIKT! W końcu na większą stację podrzucił mnie dukający po angielsku Włoch. Chwała mu , bo już zaczynałem wątpić. Na szczęście stacja na której mnie wyrzucił była spora. Stwierdziłem więc, że zrobię przerwę na kanapki. Siedzę sobie na plecaku i przeżuwam powolnie tost z nuttellą, a obok mnie przechodzi jakiś facet. Akurat miałem przerwę w przeżuwaniu, więc zapytałem czy jedzie może w stronę Francji. I jechał! Umówiliśmy się, że wypije sobie kawę , a ja zjem do końca i jedziemy. Facet okazał się tzw. „bratnią duszą” – stwierdził, że musi odpocząć od wszystkich, więc spakował klamoty, wrzucił do auta i pojechał przed siebie. Przez 3h jazdy non stop rozmawialiśmy o całkiem życiowych sprawach. Mądry facet. Wyrzucił mnie o 19.00 na stacji benzynowej przed rozjazdem na Genewę i Savone. I szlag mnie trafił. Znowu 3h łapania stopa i nic. Albo nie mówili po angielsku czy francusku, albo jechali na Genewe. Około 22.00 pojawili się inni autostopowicze, którzy jechali na Genewe, wiec zaczęliśmy sobie pomagać. I szczęśliwie się złożyło , ze ja im, a oni mi załatwili transport. Gdy podszedłem do auta, które mi załatwili, trochę się zdziwiłem. Kierowcą okazał się zwalisty facet mający około 1.90m, a autem Land rover 500kM z silnikiem 5l (takie z reguły nie biorą) .Wsiadam, grzecznie się przedstawiam po francusku, a facet do mnie – „a po polsku gadasz?”. Zdębiałem. Okazało się , ze facet jest Białorusinem, który w wieku 20 lat uciekł z kraju i zaciągnął się do Legii Cudzoziemskiej, gdzie służył przez 10 lat. Opowiadał niesamowite rzeczy, począwszy od szkolenia, które jego zdaniem jest dla najtwardszych ludzi na ziemi poprzez misję w Sudanie i Republice Konga. Na pytanie czy kogoś zabił powiedział, ze tylko czarnych, więc nawet nie liczył. Obecnie pracuje jako ochroniarz w Monaco. Wyrzucił mnie o 1.00 w nocy na obrzeżach Nicei. Tutaj zaczęły się schody. Mój host z CSa nie odbierał telefonów ani nie odpisywał na smsy . Zacząłem więc szukać miejsca na rozbicie namiotu na noc. Znalazłem mały park, jednak patrzę, a w parku ciemnoskóra ekipa, w kapturach i z amstafami na smyczach. Mało tego – jeden z nich miał przeuroczy tatuaż na pół twarzy. Ale twardo podszedłem, powtarzając sobie, ze w Polsce też tacy są i nie zabijają turystów. Ekipa okazała się imigrantami z Armenii i byli mega pomocni , bo nie dość ze powiedzieli, że w parku ciągle się pojawiają żandarmi, to jeszcze gówien pełno. Zaprowadzili mnie więc do miejsca, gdzie lubią przesiadywać. Cudowne miejsce okazało się być zarośniętym ze wszystkich stron dość szerokim murkiem. A dookoła full pustych portfeli połamanych telefonów, dwie strzykawki i kilka zużytych kondomów. Bajka! Oczywiście zapewnili , ze mogę spokojnie spać i nikt mnie nie będzie niepokoił, ale przez całą noc miałem włączony tryb czuwania, a w ręce na piersi trzymałem otwarty nóż przykryty ręcznikiem.

Nicea o wschodzie

Dzień 6

Hardcorowo! O 4.30 obudziły mnie jakieś trzaski. Nie powiem, lekko się przestraszyłem, ale twardo leżałem i udawałem, że śpię. W pewnym momencie z krzaków wyszedł mniej więcej 10-letni chłopak i przeszukał ziemię dookoła mnie. W sumie to się nawet specjalnie mną nie przejął tylko obejrzał teren i poszedł sobie. Wstałem o 6.00 i ruszyłem nad morze. Byłem brudny i zmęczony, więc wskoczyłem do morza, wymoczyłem się i zjadłem śniadanie. Zaczęło mnie boleć oko (całą noc spałem w soczewkach). Po śniadaniu spakowałem wszystko i zostawiłem plecak w barze obok plazy, żeby móc zwiedzać miasto na spokojnie. W sumie nic ciekawego – kilka zdjęć , psie kupy na chodnikach i tyle, wiec zrobiłem zakupy i wróciłem na plażę trochę się poopalać. Leżało się paskudnie , bo plaża oczywiście kamienista. I oko bolało coraz bardziej. O 15.00 miałem dość, wiec zacząłem się zbierać i planować gdzie jechać dalej. Musiałem się dostać na autostradę , a do najbliższego wjazdu w moim kierunku było 20km. Podjechałem busem do pierwszego wjazdu. Zacząłem łapać i nic przez 2h. Stwierdziłem , że lepiej będzie jak podejdę do kolejnego wjazdu, bo jest już bardziej poza miastem. 1,5h spaceru w popołudniowym słońcu, z piekącymi ramionami i czerwonym okiem. Masakra. Po drodze dwie kąpiele w morzu. W końcu dotarłem. Łapałem przez 1,5h i w końcu zatrzymał się chłopak z wybitą przednią szybą i powiedział, że może mnie podwieźć na stację benzynową na autostradzie. Chwała mu! Przy 70 km moje oko zwariowało ze szczęścia, bo było mu przyjemnie chłodno. Wysadził mnie tak jak obiecał. Na pięknej, dużej stacji. Znalazłem miejsce na namiot, poszedłem wziąć długi prysznic i spać. Padłem jak zabity

Dzień 7

Budzę się o 7.00. Masakra. Oko łzawi jak cholera i cieknie z nosa. Idę wziąć prysznic i patrzę w lustro. Jeszcze większa masakra – oko całe czerwone i spuchnięte. Decyzja. Zimny okład i nigdzie nie ruszam się cały dzień. I tak całe poranek i popołudnie drzemałem, wyskakując co jakiś czas na stację, żeby kupić wodę z lodówki. Wieczorem poszedłem zobaczyć czy coś się zmieniło i z ulga stwierdziłem , ze jest dużo lepiej. Jako, że byłem wyspany to stwierdziłem, ze podładuje wszystko co mam i pouczę się francuskiego. Leżąc w namiocie tak sobie myślałem, że dobrze zrobiłem, że w tym roku pojechałem sam, bo mało kto zniósłby taki dzień jak wczoraj. Kupiłem papierową mapę Europy i zacząłem na niej zaznaczać trasę, jaką robiłem. Siedząc przy stoliku i okupując kontakty co jakiś czas ktoś podchodził i się pytał czy może się podpiąć, ale znalazłem piękny odstraszasz – „Only English , please” i ludzie uciekali. Mija 6 dzień, a ja się czuje, jakby były już za mną dwa tygodnie. Z serii przemyślenia – w Szwajcarii , gdy człowiek się pyta „Do you speak English?” to odpowieć „a little bit” znaczy , że mówi płynnie , a we Francji, że umie się przedstawić.

Dzień 8

Ale akcja! Godzina 3.00 – tak grzmotnęło, że aż podskoczyłem! Szybka kalkulacja: namiot rozbity byle jak , ale szanse , że jak zacznie padać to wyschnie do 7.00 są zerowe. Dzida – dziesięć minut na złożenie wszystkiego i schowanie się w ostatniej chwili pod dach na stacji. Trzeba być mną, żeby od 3.30 łapać stopa. Pierwszego złapałem dopiero o 7.30. Zabrało mnie całkiem w porządku małżeństwo, które zawiozło mnie aż do samego centrum lansu i bansu, jakim jest Monaco.
Miasto jak miasto. Specjalnie się od Nicei nie różniło, wiec przeszedłem tylko trasą, na której jest rozgrywany wyścig F1 poszedłem na potężne schody w centrum i rozwaliłem się jak wielki król, wcinając moje cudowne tosty z nutellą. Przez godzinę oglądałem setki aut z serii luksus i dziewczyny piękne jak z okładek kolorowych czasopism. W końcu mi się to wszystko znudziło, wiec ruszyłem w stronę portu. Tam przeszedłem się wśród ciężarówek i złapałem stopa w kierunku Hiszpanii. Okazał się nim TIRowiec z Portugalii , który podwiózł mnie na kilkadziesiąt kilometrów na lepszą stację. Fascynujące jest to, że podczas podróży nie odezwał się ani słowem. Fuks chciał , ze jak wysiadłem to spytałem pierwsza osobą , którą zobaczyłem i okazało sie, że jadą w moim kierunku. Niestety stwierdzili , że oszczędniej będzie jechać bocznymi drogami i (kurde!) co 2-3 kilometry rondo. We Francji nie ma skrzyżowań – są tylko ronda. Jechałem z nimi 5h, ale mniej więcej 3,5h odsypiałem nockę. Wysadzili mnie już na prostej drodze na Hiszpanię .
Godzinka pytania i wzięła mnie parka w BMW z Rumunii , bo akurat jechali do Hiszpanii. Gadka-szmatka i nagle nas zatrzymują na granicy do wyrywkowej kontroli. Każą wysiąść z samochodu, dać paszporty i zaczyna się wypytywanie dokąd , po co itp. Ja po hiszpańsku jedyne słowo jakie znam to „bajlando”, więc nic nie rozumiem, aż nagle wraca kobieta z naszymi paszportami i coś krzyczy. Nagle zaczyna krzyczeć facet , który nas przepytywał. Ja patrzę na Rumunów, a Ci się kładą na ziemię. Zdębiałem , ale pogranicznik krzyczy coraz głośniej, wiec też się kładę. I nie wierzę. Założyli nam plastikowe kajdanki na ręce i każdego w inną stronę. Zaprowadzili mnie do pokoju i posadzili na krześle i zaczęli mówić po hiszpańsku. Zdrowo zestresowany tłumaczę, że potrzebuje kogoś kto mówi po angielsku. W końcu po 30 min przyszedł strażnik , który mówił po angielsku. Siedzę i tłumaczę, że Rumunów nie znam, że autostopem jadę, ze wsiadłem z nimi 30 km przed granicą. I tak w kółko powtarzam przez 30 min, aż w końcu mnie wypuścili na zewnątrz i kazali pokazać zawartość plecaka. Wypakowałem im wszystko i wtedy przyszedł pierwszy z Rumunów, a po chwili drugi. I się pytam ich co sie stało. I się okazało, ze jeden z nich był kilkanaście lat temu poszukiwany przez Interpol za przemycanie ludzi za granice. Ale ze swoje odsiedział i ponoć coś w systemie im źle wyskoczyło itd. Tak czy inaczej uspokoiłem się jak mnie wysadzili na pierwszej stacji za granicą. Przygoda nieziemska. Ze stacji zabrał mnie wesoły hiszpański busik, który wiózł mnie 100km i całą drogę śpiewaliśmy i klaskaliśmy. Wysadzili mnie na stacji, z której miałem już tylko 40km do drugiego punktu mojej podróży. Jest godzina 19.00. Chodzę, pytam ludzi i nagle nie wierzę! Ten sam samochód i Ci sami państwo , których pytałem o powózkę 4 dni temu na stacji odleglej o 1200km od miejsca, gdzie byłem w tym momencie. Okazało się, że jadą dokładnie tam gdzie ja, wiec zawieźli mnie aż pod sam camping. Zameldowałem się, rozbiłem namiot, zjadłem wykąpałem i padłem ze zmęczenia.

Dzień 9

W końcu! Normalna pobudka, normalne śniadanie, spokojny plan. Po śniadaniu spakowałem się i wsiadłem w kolejkę do Barcelony. W pociągu wesoło. Najpierw wsiadł młody chłopak ze sprzętem grającym i zaczął całkiem fajnie śpiewać, a po nim jakaś Turczynka, co strasznie zawodziła podchodząc do ludzi i pokazując im jakieś obrazki świętych. Pod koniec trasy wsiadło trzech chłopaków, którzy opowiadali jakieś dowcipy. Nie rozumiałem ani słowa , ale śmiałem się razem ze wszystkimi. Jechałem kolejką prawie godzinę i wysiadłem w samym centrum. Zwiedziłem ważniejsze miejsca i zabytki (m. in. słynną katedrę , która niestety była w remoncie) albo bardziej zainteresowali mnie ludzie na głównym deptaku Barcelony. Mnóstwo przebierańców, naciągaczy i złodziei. Gdyby nie młody chłopak , który mnie ostrzegł to pewnie też bym się dał nabrać. System banalnie prosty. Na krześle siedzi facet, a na małym stoliku przed nim trzy karty. Dwie czarne, jedna czerwona. Gra polega na tym, że osoba grająca musi wskazać czerwoną kartę po przemieszaniu ich przez prowadzącego grę. Prowadzący praktycznie cały czas przegrywa, ale nie o to chodzi. W tłumie gapiów siedzi jeden , który patrzy gdzie grający chowa pieniądze oraz ile ma w portfelu i w momencie , w który przestaje grać po prostu idzie za nim i zgrabnie wyciąga mu portfel.
Zjadłem jeszcze obiad na mieście i wróciłem na camping. Wykapałem się w morzu, powypisywałem kartki. I zaległem spać.

Dzień 10

Wielkie odpoczywanie! Wstałem o 9.00, zjadłem potężne śniadanie i poszedłem na campingową siłownię , żeby się trochę poruszać. O 12.00 na lekkiej pompie ruszyłem na plażę. Smażyłem się 15 minut. Jedyne co mnie irytowało to ludzie. Absolutny brak młodych. Sami staruszkowie albo rodzice z dziećmi. I wszyscy się niemiłosiernie darli (chwała mojej mp3!) Wieczorem poszedłem na pizzę, która okazała się wybitnie mała, wiec gdy wróciłem do namiotu postanowiłem się stamtąd wynosić , bo marnowałem czas i pieniądze. Sprawdziłem jeszcze trasę w necie, zrobiłem zakupy i spać. To co było dziwne na tym i w sumie na wszystkich campingach na costa brava , to fakt, że były to swoiste małe miasteczka. Mnóstwo Francuzów, Włochów, Holendrów i Hiszpanów. Rozstawiali przyczepy campingowe, dostawiali do nich namioty i całymi dniami albo oglądali telewizje , albo grali w kulki, albo po prostu gadali do późnych godzin wieczornych.

Dzień 11

Wstałem wcześnie rano, żeby nie ryzykować płacenia za jedną ekstra noc. Spakowałem plecak i ruszyłem. Na początku chciałem łapać przy wjeździe na płatną autostradę , ale ruch tam był żaden. Stwierdziłem, że się przejdę na najbliższą stację benzynową i będę próbował dojechać do granicy bocznymi drogami. Ledwo się rozłożyłem na stacji, a przyszła dwójka autostopowiczów z Polski. Zaczęliśmy rozmawiać i doszedł do na kolejny autostopowicz, tym razem z Niemiec. Przez godzinę żeśmy rozmawiali i wymieniali się doświadczeniami oraz opiniami. No ale w końcu trzeba się wziąć za łapanie. Zasada jest taka, że jeżeli się jedzie w tym samym kierunku to pierwszeństwo ma autostopowicz , który był na stacji pierwszy. Po 15 minutach Polacy znaleźli Hiszpana , który nas podwiózł 10km , później kolejnego, który również 10km i tym samym jakoś dojechaliśmy do stacji przy autostradzie. Rozdzieliliśmy się i zaczęliśmy pytać. Po 10 min znalałem TIRa z Polski , który mógł mnie wziąć. Jechałem z nim 200km i mega przyjemnie się rozmawiało. Na pożegnanie dał mi litr hiszpańskiego piwa i wysadził na stacji, na której złapałem stopa w kierunku Lourdes.Tym samym wieczorem dotarłem do miasta , które jest miejscem świętym, a ilością hoteli ustępuje tylko Paryżowi. Poszedłem zobaczyć potężną bazylikę , wziąć trochę wody ze źródła dla babci , która ma problemy ze wzrokiem i zacząłem się rozglądać za campingiem. W końcu znalazłem jeden. Właściwie nie wiem czy to był camping , bo nigdzie się nie płaciło, a dookoła full Rumunów , psów i kur. No ale rozbiłem namiot nad rzeczką, zjadłem kolacje i spać.

Dzień 12

Ciężki dzień. Spakowałem namiot i okazał się być wilgotny. Musiałem zasuwać 6km na wylotówkę z Lourdes. A później oporne łapanie stopa. Generalnie popełniłem błąd i zamiast kierować się w stronę Pau pojechałem na Tuluzę . W końcu po takim szarpanym stopie udało się dotrzeć pod Bordeaux. Tam spotkałem dziewczynę , która rzuciła studia i postanowiła żyć w komunie w Hiszpanii. Załatwiłem jej stopa , ale sam nic nie znalazłem, wiec wziąłem się za rozbijanie namiotu.

Dzień 13

W środku nocy obudził mnie dziwny dźwięk rozdzierania materiału. Wynurzam nos z namiotu, patrzę, a tam trzech typów tnie plandekę zaparkowanego niedaleko mnie TIRa. Krzyknąłem coś w stylu „Hej!” i chłopaki spojrzeli, zwiali do auta i odjechali z piskiem opon. Wszedłem z namiotu i poszedłem obudzić kierowcę. Ten okazał się być Francuzem i zadzwonił po policje.Ta przyjechała, spisała moje dane, porobiła zdjęcia i tyle. Jak się później dowiedziałem, takie rozpruwanie plandek jest zmorą TIRowców. Ponieważ coraz częściej nielegalni imigranci sprawdzają co jest na pace i kradną na rozmaite sposoby.
Wracam spać. Pobudka o 6.30, ale pogoda średnia, więc przekładam pobudkę na 8. Ale o 7.00 słyszę, że zaczyna padać deszcz i znowu szybka decyzja: pakuje się i spadam. Trzy godziny łapania i w końcu 300km podwozi mnie starsze małżeństwo, aż do rozjazdu na Nates. Tam kolejne 2h łapania stopa i w końcu udaje mi się zagadać kobietę, która początkowo myślała, ze pytam ja o drogę , ale w końcu zgodziła się mnie podwieźć. Początkowo miała mnie zawieźć do Nantes gdzie miała spotkanie, ale powiedziała, ze jak chcę to może mnie podwieźć przed samo Angers, jeśli na nią poczekam 1,5h. Dla mnie bajka. Mało tego, dała mi 20 euro na obiad. Tak wiec miałem 1,5 godziny na zwiedzanie miasta i obiad. Zobaczyłem starówkę, zamek i wróciłem w umówione miejsce. Strasznie miła kobieta, chociaż jak mi powiedziała to nigdy w życiu nie pomyślałaby, ze weźmie autostopowicza. Specjalnie dla mnie pojechała jeszcze trasą nad Loarą, żebym mógł podziwiać widoki. Wysadziła mnie 23km przed Angers. Rozwaliłem się wiec na środku drogi i zacząłem przygotowywać kartkę z napisem. Nie zdążyłem nawet jej dokończyć a już się zatrzymało auto. I znowu dwoje Rumunów! Przecudowni ludzie podwieźli mnie aż pod dom Samuela. Tam przywitała mnie jego mama i wspólnie z jego kuzynem zjedliśmy kolacje i poszliśmy na miasto na piwo. Do domu wróciliśmy o 3.00 i padłem.

Dzień 14

Obudziłem się o 11.30 i zszedłem na dół coś zjeść. Samuel przyjechał po 20 minutach, bo był z mamą gdzieś na mieście. Gdy zszedł jego kuzyn to zjedliśmy razem. Po kolejnych 45 min już był lunch. Francuzi kochają jeść dużo i długo! Po luncho-obiedzie poszedłem popływać w basenie (tak, Samuel ma basen w ogrodzie) i opalałem się do 18.30, wysuszyłem namiot, zrobiłem pranie. Wieczorem jeszcze popływałem z Samuelem i pogadałem. Jak o 21.00 wrócił tata Saumela to zaczęła się wielka uczta. Było sześć dań i przystawek, plus świetny szampan (francuzi przed jego wypiciem zawsze słuchają bąbelków) i czerwone wino. Jedliśmy i rozmawialiśmy, w sumie trzy godziny przede wszystkim o polityce we francji i problemie z imigrantami. W pewnym momencie tata Samuela zaproponował , żebyśmy pojechali pograć w kręgle i tym samym do domu wróciłem padnięty o 2.00 w nocy.

Dzień 15

Wstałem dopiero o 10.00. Spakowałem się i zjadłem potężne śniadanie, a 45 minut później mama Samulea zawiozła mnie na autostradę, gdzie ruszyłem w kierunku Paryża. Złapałem bezpośredniego stopa do centrum z dwoma mega pociesznymi chłopakami, którzy całą drogę śpiewali. Wysadzili mnie przy stacji metra i w ten sposób dojechałem do mojego pierwszego w życiu hosta z Couchsurfingu. Niestety okazało się ze będzie wolny dopiero o 19, wiec miałem 2h, żeby cos porobić. Postanowiłem, ze pójdę zrobić zakupy i coś zjeść. W końcu napisał mi, ze stoi pod klatką. Ja patrzę, a tam dziewczyna. Podszedłem bliżej i jednak nie. To był chłopak. Wyglądał jak gej i nim de facto był. Ale złego słowa nie mogę powiedzieć! Pokazał mi swoje mieszkanie, które było dosłownie o 5 min drogi od Katedry Notre-Dame. Mark po krótce opowiedział mi osobie, o swoich studiach i kilka rad dotyczących Paryża. Miał mega lajtowe podejście do życia i po prostu dal mi klucz do mieszkania i powiedział, żebym wracał kiedy tylko będę chciał. W to mi graj. Umyłem się i na miasto! Myślałem, ze trudno będzie poznać ludzi, a tu niespodzianka! Mnóstwo młodych na ulicach, mostach przy Sekwanie. Butelka winiacza za 1 euro i na pola marsowe. Usłyszałem Polaków, wiec się dosiadłem i bajlando całą noc z ludźmi z całego świata . Do domu wróciłem o 5.

Dzień 16

Ciężka pobudka o 10.00 i ruszyłem na zwiedzanie z przewodnikiem, który dał mi Mark. Zobaczyłem: Notre-Dame,Luwr, Plac concorde, Champs elyysees , łuk tryumfalny, Sekwane, wieze Eiffla. Jako że była piękna pogoda to do domu wróciłem dopiero o 21.00. Szybki prysznic i znowu na miasto z dwiema butelkami wina nad Sekwane. I znowu lekkie pijaństwo, dziesiątki ludzi z dziesiątek krajów i bania nad ranem.

Dzień 17

Z ciężką głową wstałem o 12.00 i ruszyłem na miasto. W sumie zobaczyłem tylko bazylikę i Montmare. Gdy wróciłem to rzuciłem się na łóżko i poszedłem spać na dwie godziny. O 20.00 przyszedł Mark z kumplem, wiec pogadaliśmy, założyliśmy mi konto na fb. O 23.00 ruszyłem nad Sekwane i spotkałem ludzi, z którymi piłem dzień wcześniej. Był poniedziałek, wiec zauważalna była znacznie mniejsza liczba ludzi niż wcześniej, ale w pewnym momencie wszystkie grajki znad Sekwany zebrały się w jednym miejscu z gitarami i bębenkami. Do 3.00 siedzieliśmy i śpiewaliśmy.

Dzień 18

Wstałem o 19 , ale pogoda była koszmarna, więc nadrobiłem zaległości w pamiętniku. Musiałem dogadać się z Markiem czy mogę zostać dzień dłużej, bo jak nie to miałem zamiar napisać do Alana (chłopaka, którego poznałem dwa dni temu nad Sekwana) i ewentualnie kimać u niego przez tą jedną dodatkową noc. Ale jedno jest pewne – musiałem być najpóźniej o 1.00 w domu. Tak, żeby o 7.00 już być w pociągu i wyjechać z Paryża. Do końca dnia pomagałem Markowi sprzątać dom, bo on też się wyprowadzał i wracał do Stanów.

Dzień 19

Obudziłem się o 5.30. Zwróciłem uwagę na to czy nic nie zostawiłem , pożegnałem się i poleciałem na metro. Trochę pobłądziłem szukając kolejki podmiejskiej, ale w końcu trafiłem i wyjechałem na przedmieścia. Rozśmieszyło mnie to, że w kolejce o 7.00 byli sami kolorowi, żadnego białego. Po wyjściu miałem do przejścia mniej więcej 10km przez malutkie miasteczko. W końcu usiadłem , napisałem kartkę i czekałem nie dłużej niż 5 minut aż podwieźli mnie na wjazd na autostradę. Tam kolejne 30 minut i pewien Francuz podrzucił mnie na stację benzynową na autostradzie. Nie wytrzymałem. Głowa mi pękała, wiec się zdrzemnąłem jak klasyczny żul na trawie. Na stacji utknąłem na 5 godzin. Poznałem autostopowiczów z Belgii jadących w drugim kierunku. W końcu udało mi się złapać Anglików jadących do Calais. W Calais znalazłem stopa do Burgii, którą na szybkości zwiedziłem i złapał mnie kryzys. Średnio chciało mi się rozbijać namiot, więc podjąłem decyzję – wracam do domu! Z Brugii do Polski wróciłem trzema stopami, ale zajęło mi to mnóstwo czasu , bo pod Wurzburgiem utknąłem na 7h i znienawidziłem Bawarczków. W końcu do Polski wziął mnie polski TIR i przez CB radio załatwił kolejnego stopa do Wrocławia , a stamtąd pociągiem do Gdańska. Dom!

0 komentarzy dodanych:

  1. Być tak blisko Andory i nie zajechać – to strefa bezcłowa jest :D a przy wyjeździe z niej na stronę francuską takie piękne góry i naturalne gorące źródła ;)
    W tym roku zrobiłam niemal identyczną trasę autostopem. Pzdr.

Dodaj komentarz