Kaukaz i Bliski Wschód 2

Dzien 9

Wstalem o 7.00, bo robilo sie juz zbyt goraco, zeby wytrzymac w namiocie. Spakowalem toboly, a w miedzy czasie obudzil sie Juri i oznajmil mi, ze koniecznie musze zjesc z nimi sniadanie.Okazalo sie, ze na sniadanie byly ziemniaki ze smietana i koperkiem. Pyszne, ale stracilem dwie godziny. Doipiero 9.30 w koncu sie ogarnalem, pozegnalem i ruszylem na trase.

Ledwo podnioslem tabliczke z napisem Odessa, a juz zatrzymalo sie auto ze starszym malzenstwem jadacym do centrum.Mili Panstwo uprzejmie wypytujace mnie o doswiadczenia zwiazene z Ukraina, a ja rownie uprzejmie odpowiadalem, ze Ukraina to krasna kraina. Po drodze zatrzymalismy sie na straganie, ktorych przy drogach jest po prostu multum i nabylismy moja nowa milosc – dynie.

Do miasta dotarlem o 11 i dziarsko zabralem sie za zwiedzanie, tak aby uniknac najwiekszego skwaru, ktory miedzy 12 a 14 jest po prostu nie do wytrzymania.

Odessa

Niestety, szybko jednak okazalo sie, ze nie specjalnie jest co zwiedzac. Jedynym punktem wartym uwagi okazaly sie schodzy znane z filmu „Pancernik Potomin“, po ktorych schodzili oddzialy carskie i strzelaly do ludzi zgromadzonych u ich podnoza. Wedlug przewodnika ciekawe sa rowniez katakumby niedaleko miasta, w ktortych ukrywali sie wszyscy poczawszy od przemytnikow do powstanicow w czasach wojny, ale niestety byly zbyt daleko zebym mogl je zobaczyc.

Schody

Najwiekszy skwar przeczekalem w miejscu, gdzie spotykaja sie wszyscy podroznicy, spragnieni dostepu do Internetu – MacDonaldzie. Po upewnieniu sie, ze mam gdzie podladowac telefon i nikt na mnie nie patrzy, wyciagnalem dynie. Troche dziwnie smakowala w miejscu gdzie pachnialo Big Macikiem i frytkami, ale glod i pragnienie zaspokojone kosztem 5zl.

Osiolek

Po sprawdzeniu w telefonie Google Maps mialem niewesola mine. Przede mna 18km marszu do wylotowki z miasta, a temperatura na zewnatrz bliska 40 stopniom.Teoretycznie moglbym pokonac ten dystans komunikacja miejska, tylko jak skoro na zadnym przystanku nie ma ani rozkladu, ani lini?

Ruszylem wiec pytajac kazdego po drodze, czy wie jaka marszrutka jedzie na wylotowke. Oczywiscie nikt nie wiedzial.

No i tak ide, ide mijam stacje. Ide, Ide mijam parki, Ide, ide mijam place, Ide, ide, mijam osly. Tak! Ni mniej ni wiecej w srodku miasta staly dwa osly i spokojnie pasly sie na chodniku.Zaprawde Ukraina to krasna kraina.

W koncu po blisko 4h marszu, w popoludniowym sloncu, dotarlem do wylotowki.

Oprocz paskudneo zmeczenia irytowala mnie jedna rzecz, Marszrutka nr. 130. Numer ten towarzyszyl mi od praktycznie polowy trasy, ale oczywiscie nikt nie wiedzial dokad ona jedzie.Nosz az mi sie zebralo na siarczyste KURDE.

Nie tak znowu daleko

Podreptalem jeszcze chwile i zapytalem pierwszy samochod stojacy na poboczu, czy jedzie moze do Chersonia. Okazalo sie, ze jechal.

Eksplozja radosci!

Po czym okazalo sie, ze cche kasy i „taxi,taxi“.

Row marianski i dwa metry mulu rezygnacji i rozczarowania.

Ide dalej i slysze klakson. Patrze i ten sam kierowca macha zebym wracal. Wezmie mnie za darmo!

Eksplozja radosci x2!!!

Musialem wygladac naprawde zalosnie, bo Igor powiedzial, ze zostawi mnie az na prostej drodze na Kym.

Po 3h jazdy jestem. Dobre miejsce, ale mysle tylko o snie. Wypakowalem sie z auta i poczlapalem w poszukiwaniu noclegu. Jedynym dobrym miejscem okazalo sie zaorane pole w dosc odslonietym miejscu, gdzie wialo dosc mocno.

Czulem sie doslownie jak kupa. Odciski na calych stopach, piety zdarte, glowa bolaca od slonca i cialo smierdzace jak stare skarpety wpakowane do mikrofalowki. To byl jeden z tych dni kiedy chce sie wszystko rzucic i wrocic do domu.

Dzien 10

Znowu pobudka o swicie, bo za goraco na sen. Dalej czuje sie paskudnie, dlatego stopa zaczynam lapac doslownie 20m od miejsca gdzie spalem.Postanowienie na dzisiaj – dotrzec nad morze i odpoczac.

Mam szczescie, bo po 10 min zatrzymuje sie auto jadace na Krym.Kierowca non stop rozmawial przez telefon i palil fajki przy zamknietym oknie. Mialem juz tak dosc, ze me wszystko po mnie splywalo. Pecherze spuchly i do tego rozciecie, ktorego sie dorobilem na kajakach zaczelo sie paskudzic od brudu. Bajka. Byle nad morze!

Telefonowy ziomek wysadzil mnie na trasie „prostej“ trasie do Tarhankut, gdzie planowalem spedzic najblizsze dni, ale okazalo sie, ze przez godzine nikt sie nie zatrzymal, wiec o 13 zdecydowalem sie isc na busa. I wtedy jest! Kierunkowskaz i auto zwalnia. Z klimatyzajca!

Okazalo sie, ze jada do Eupatorii,W ogole mi to nie po drodze, ale jade z nimi dla tych kilku pieknych chwil w chlodzie.

W przewodniku wyczytalem, ze w Eupatoria sa piekne piaszczyste plaze.Mozliwe, ze tak jest, ale ciezko bylo zauwazyc cokolwiek pomiedzy tysiacami osob lezacymi, stopa w stope, bark w bark.Krolestwo za cicha plaze z piaszczystym dnem.

Kupilem dokladna mape Krymu i zobaczylem, ze droga do Tarhankut wcale nie jest taka prosta, jak myslalem. Kilka roznych wariantow, ale wszystkie przez malutkie wioski, wiec prawdopodobnie malo bedzie osob jadacych bezposrednio na klify.Stwierdzilem, ze chrzanic to i znalazlem dworzec, a na nim bus w okolice Tarhanku

Wilgotnosc w autobusie 99%, temperatura w okolicach 50, a zapach taki jakby kazdy od tygodnia sie nie myl.Dodtatkowo nie wiem czemu, ale cala droge towarzyszyl mi zapach gotowanych kartofli.

Gdy wysiadlem z “autobusu” (bo rownie dobrze mogl sluzyc za komore gazowa) pod skrzydlem mialem Niagare w wersji mini.Na pocieszenie jeszcze informacja, ze do plazy 3km.Co to dla mnie?Kupilem arbuza na kolacje i w droge.

Mniej wiecej po 200m mialem w glowie jedna mysl – “blagam niech mnie ktos zastrzeli, bo mam dosc”.No ale jakos sie dowloklem.

Jak tylko zobaczylem morze i kawalek miejsca, gdzie moge rozbic namiot, mialem wrazenie jakbym bym w filmie.Czemu?

Ano kojarzycie scenki pod koniec filmow kiedy wyczerpany wojaczka mezczyzna wraca po wielu latach do domui i widzi w progu swoja ukochana?Robi rozmarzona i niedowierzajaca szczesciu mine, plecak powoli zsuwa sie mu z ramion i rusza, i przyspiesza, aby w koncu wpasc jej w ramiona. Calosc dopelnia piosenka Celine Dione w tle albo motyw muzyczny z “Glagiatora”.

Mniej wiecej tak wygladalem wbiegajac jak wariat w cichach do morza, chociaz moj wzrok byl pewnie blizszy opetanemu niz rozmarzonemu. 15 min pozniej usiadlem na plazy i wzialem sie za konsumpcje arbuza.

Gdy podniecenie opadlo zaczalem sie rozgladac dookola.Typowo ruski dziki camping.Mnostwo zdezelowanych aut z muzyka na full regulator, grill i wszyscy w samych gaciach.Nagle uslyszalem Polakow. Patrze i nie wierze! Ci sami autostopowicze, ktorych spotkalem 3 dni temu pod Kijowem, czyli jakies 700km stad!Pomoglem im rozbic namiot i wzialem sie za rozpakowywanie swojego.I wtedy uslyszalem krzyk rozdzierajacy dusze.

Patrze, a tam bialoglowa na ziemi, a nad nia starszy czlowiek dzierzacy w dloni noz.Szybka ocena sytuacji i siegam po apteczke, bo wiem, ze bez tego sie nie obejdzie, i biegne na ratunek. Z pewna mina oferuje pomoc przy wyciagnieciu 2cm drzazgi z nogi 6letniej Angeliki.Szarmancki usmiech na twarzy i pytanie „Kak Ciebie zawut?“, a nastepnie dwa ruchy sterylna igla i zarowna drzazga jak i dozgonna wdziecznosc bialoglowej byly moje.

Reszte wieczoru spedzilem rozmawiajac z Darkiem i Paula i naszych autostopowych doswiadczeniach i o 22 polozylem sie na karimacie podziwiajac gwiazdy przy techno remixie piosenki „Ai Se Eu Te Pego“, donoszacej sie z remizy odleglej o kilka kilometrow.

Dzien 11

Mialbyc dzien lenia i nie wyszlo.

O 7.00 znowu skwar nie do wytrzymania, wiec wygramolilem sie z namiotu i leze. Po 20 min lezenie zaczelo byc nudne.Ruszylem sie do wsi w poszukiwaniu pozywienia.

W podrozy wazna jest zroznicowana dieta, wiec zafundowalem sobie kefirek i czekolade. Jak szalec to szalec. Po powrocie na camping pozegnalem sie z Paula i Darkiem i z zapalem wzialem sie za leniuchowanie. 20 min na brzuchu, 20 min na plecach i brak koncepcji co dalej.Postanowilem sie ruszyc w poszukiwaniu urwisk, z ktorych slynie Tarhankut.

Darek i Paula

O! i zapomnialem wspomniec, ze nie spakowalem spodenek do plywania, wiec po prostu, bez stresowo poszedlem w samych slipkach. Sami swoi, wiec czulem sie jak w domu.

Po 30 min dotarlem do klifow. Piekne! Pierwsza mysl – “Musisz skoczyc”

Ja na klifie

Przechadzajac sie zostalem zaczepiony przez mloda parke prosba o zrobienie zdjecia. Mam gest, wiec zrobilem im nawet trzy. Po chwili patrze, ze auto obok nich jest na moldawskich numerach. Pytam wiec „Do you speak english?“ odpowiedz „Yes, we do“. Nie jakies “so, so” czy “little a bit” tylko “Yes, we do” – zwariowalem.

Pogadalismy 10 min i zapytalem czy moge z nimi pojezdzic wzdluz urwisk. Zgodzili sie, wiec pobieglem wszystko spakowac i po 50 mi mialem plecak w ich aucie.

Oleg i Elena, bo tak sie nazywali, byli parka z Moldawi tuz po slubie na swoim miodowymi miesiacu.Zwiedzilem z nimi cale wybrzeze i skoczylem z klifu.

Tarhankut

Kochana rodzinko(bo pewnie Wy sie najbardziej przejmiecie)! Czasami staram sie zachowac pozory odpowiedzialnosci , wiec zanim skoczylem to podplynalem zobaczyc czy jest wystarczajaco gleboko i czy nie ma zadnych skal. Nie bylo, a przede mna tez skakali, wiec stwierdzilem, ze raz sie zyje i polecialem 30m w dol. Zyje, jestem caly nic nie zlamalem, a wspomnienia pozostana.

Po kilku godzinach plywania i zwiedzania wybrzeza Elena i Oleg zaprosili mnie do siebie, gdzie zjedlismy dynie i arbuza, a nastepnie przez 2h opowiadali mi o Moldawi, o swoim slubie i o zyciu generalnie.

U Eleny i Olega nad mapa Krymu

Juz wtedy zaczalem czuc, ze slonce zrobilo swoje i zaczynaja mnie piec ramiona. No coz, bywa. Trzeba przecierpiec.

Wieczorem poszlismy na plaze, gdzie zaproponowali mi, ze jak chce to moge z nimi pojutrze pojechac do Jalty. W sumie czemu nie?

Zakochance

Po pozegnaniu sie z nimi rozbilem namiot i zasypialem w rytmie „Ai Se Eu Te Pego dum dum Ai Se Eu Te Pego”. Nowe miejsce noclegowe okazalo sie w bezposrednim sasiedztwie remizy, ktora slyszalem wczoraj.

To byla dluga noc.

Dzien 11

Plan na dzisiaj byl prosty. Ubrac ciuchy, wskoczyc do morza i lezec w cieniu. Nastepnie czynnosc zapetlic i powtarzac do wieczora. Wychodzilo mi to calkiem sprawnie az do 13, kiedy przyszedl Oleg z pytaniem czy chce isc z nimi do stolowki i poszukac WiFi. Postanowilem zostawic namiot i poprosilem plazowiczow obok, zeby mieli na niego oko.

Z obiadu wrocilismy o 16.

Wchodze na plaze, patrze i w pierwszym momencie nie widze namiotu. Podszedlem i jest. Zoladek wrocil na swoje miejsce.Namiot byl przygnieciony sporym glazem z karteczka “Polecial do morza. Udanych wakacji”.

Co sie okazalo? Po prostu wialo mocno, a ze mialem zamontowany sam topik, to powyrywalo, sledzie z pisaku i namiot pofrunal. Poczciwi ludzie z tych rosjan.

Schowalem sie w cieniu i ucialem sobie drzemke, ktora trwala az do 19 kiedy to obudzila mnie Elena z pytaniem czy ide z nimi poplywac, bo kupili materac i okulary do plywania.

Reszte wieczoru spedzilismy w wodzie i porobilem im kilka fotek dla potomnych.

Dzisiaj dla odmiany kladlem sie spac w rytmie rosyjskiej wersji Krola Juliana i jego madagaskarskiego hitu „I like to move it, move it”

Dzien 12

Z Olgiem i Elena umowilem sie, ze ruszymy w trase o 8 rano.Nawet nam to wyszlo i o 8.15 bylismy juz w trasie.

Generalnie przed poznaniem mnie, chcieli jechac do Europatorii i Simferopolu, ale wybilem im ten pomysl z glowy, bo wedlug przewodnika, nie ma tam nic ciekawego i po prostu szkoda czasu.

W ogole na Krymie malo ciekawych rzeczy, a fascynacja nim spowodowana jest raczej ladna pogoda przez wiekszosc roku, niz atrakcjami turystycznymi.Sam polwysep to w wiekszosci pustynia. Nie liczac gorzystego i zalesionego poludnia, to nie znajdziecie tutaj nic poza stepami spalonej sloncem trawy.

Wiekszosc Krymu tak wyglada.

Kierunek Bakczysyraj. Dosc ciezko bylo ich przekonac do wyprawy tam, bo mama powiedziala Elenie, ze Tatarzy Krymscy ja zgwalca i okradna (niekoniecznie w tej kolejnosci) , a ta bezgranicznie wierzyla w jej osady.No ale jakos sie udalo mi ja przekonac, ze warto.

Bakczysyraj jest jednym z tych miejsc, ktore koniecznie trzeba odwiedzic bedac na Krymie. Jest to urokliwe miasteczko istotne dla trzech religi – islamu, prawoslawia i judaizmu. Jest on rowniez duchowa stolica tatarow krymskich, ktorzy wracaja tam po latach spedzonych na wygnaniu w Uzbekistanie, gdzie wyslal ich Stalin.

Pierwszym punktem zwiedzania, byl dobrze zachowany Palac Chanow opisywac go nie bede, bo kazdy moze znalezc jego fotki w internecie, ale rozbawila mnie informacja w moim przewodniku, ktora skomentowala mala dziewczynka z polskiej wycieczki, z ktora rozmawialem.

Palac Chana

A mianowicie: okazuje sie, ze palac mial rowniez polski epizot w swojej historii.Ktoregos razu do haremu chana trafila polka Maria Potocka, w ktorej wladca zakochal sie bez pamieci. Jednak haremy mialy to do siebie, ze ich lokatorki nie moglby ich opuszczac, dlatego „piekna Maria zmarla z tesknoty i zalu za ojczyzna“ – tak opisal to moj przewodnik, a jak to skomentowala rezolutna dziewczynka? „Moim zdaniem to ona tu z nudow zmarla, bo przeciez ile mozna lezec, pachniec i byc na kazde zawolanie czana?“

Spod palacu dostalismy sie do monastyru Uspienskiego, ktory jest po prostu klasztorem wydrazonym w skale, ale robi wrazenie.

Wejscie do monastyru

Z monastyru do twierdzy zydowskiej Czufut-kale musielismy isc ponad 30 min. Kiedys musiala byc ona nie do zdobycia, bo nie dosc, ze znajdowala sie na szczyscie plaskowyzu, to jeszcze pod nia miescila sie rozbudowana siec jaskin i tuneli prowadzacych do okolicznych lasow.

Czufut-kale – miasto w skale

Po kilku godzinach zwiedzania, slonce dawalo sie juz nam ostro we znaki, wiec wrocilismy do miasta w poszukiwaniu miejsca na obiad. Wpadla nam w oko tatarska restauracja, gdzie pierwszy raz sprobowalem krymskich win. I zwariowalem! Prze-pysz-ne!

Nie zebym byl znawca, ale wina, ktore z nam z polski, to te ktore pija moi rodzice i za ktorymi specjalnie nie przepadam. Drugi rodzaj win, to te, ktre znam z imprez, ale one nie maja smakowac tylko dzialac.

Degustacja win

Opisze jedno, ktore zasmakowalo mi najbardziej – Bastardo. Jest to wino czerwone, jaki bukiet, to nie wiem, ale dla mnie pachnialo roztopiaona mleczna czekolada, a smakowalo jak wisnie w niej zatopione. No i mialo 20% alkoholu, czyli cos na pograniczu wina i likieru. Magia!

Na obiad zjadlem chleb tatarski z miesem zapiekanym w srodku. Calkiem niezly.

O 15 ruszylismy dalej. Jako, ze Elena i Oleg po wizycie w Bakczysyraju zaufali mojemu osadowi podroznika, zgodzili sie pojechac do Jalty trasa dluzsza, ale bardziej atrakcyjna.

Przerwa na arbuza

Droga okazala sie dluga i meczaca z powodu powalajacej ilosci zakretow, ale widoki byly nieziemskie. Trase zwienczala Aj Petri, czyli jedna z najwiekszych atrakcji na Krymie. Mielismy szczescie i podziwialismy ta skale w swietle zachodzacego slonca.

Aj – petri o zachodzie, a w oddali Jalta

Dzien bylby idealny gdyby zakonczyl sie znalezieniem taniego noclegu, co w tym nadmorskim kurorcie graniczy z cudem.Cudu nie bylo.Wszedzie noclegi od 200 dol. w gore.Mloda para byla zmeczona i specjalnie nie wiedziala co robic, wiec po skojrzeniu na ich GPSa przejalem inicjatywe i powiedzialem, ze spimy dzisiaj na dziko.

Miejsce, ktore wybralem okazalo sie dobre z punktu widzenia, jednonocnego postoju. Zaproponowalem nawet zeby Oleg i Elena spali u mnie w namiocie, a ja sie kimne w aucie, ale jak sami przyznali boja sie i pewniej beda sie czuli zamknieci w aucie.

Dzien zwieczylismy kolacja skladajaca sie z pomidorow i arbuza przy aucie w srodku miasta.

Dzien 13

Obudzili mnie juz o 5 rano, bo ludzie zaczeli chodzic chodnikiem, wiec ruszylismy w poszukiwaniu plazy.

Jaskolcze gniazdo

O 6.00 kapiel w morzu i dynia na sniadanie, a nastepnie kierunek Sudak. Zajelo nam to roche czasu, bo zatrzymywali sie w kazdej miejscowosci pytajac o ceny noclegow, zeby mniec rozeznanie co ile kosztuje. I tak za kwatere na jedna noc na poludniu Krymu zaplacicie okolo 140zl za dwie osoby.

Czatyrdach

W koncu o 13 dotarlismy do miasta, gdzie sie z nimi pozegnalem i wsiadlem do busa jadacego prostu do Kreczu, bo bylo zbyt goroco i zbyt daleko od glownej trasy na lapanie stopa.

Gdy dotarlem do Kerczu znalazlem WiFi i okazalo sie, ze napisal do mnie Igor, ktory zaoferowal pomoc i nocleg.Po telefonicznej rozmowie z nim, ustalilem, ze jest u rodzicow za miastem i moge do nich dolaczyc. Wsiadlem, wiec w marszrutke jazda.

Dom rodzicow okazal sie byc staromodna willa, zbudowana 10m od morza i otoczona ogrodami i winnica. Jak z bajki!Igor spedzal tam weekend z dziecmi swojego brata i rodzicami.

Kawalek prywatnej plazy

Pokazali mi moj pokoj, powiedzieli, zebym czul sie jak w domu, a jak bede gotowy, to zebym dolaczyl do nich na plazy.

Cala godzine spedzilem w wodzie z Aluszta i Wiktorem bawiac sie w “Majeka” czyli rosyjska odmiane “berka”.Jak wrocilismy, to mama Igora zrobila wybitnie tlusta kolacje, podczas ktorej zostalem poczestowany rosjska wodka. Tak dla smaku. Oczywiscie wzniaslem 2 minutowy toast za zdrowie i pomyslnosc gospodarzy.

Wspolna kolacja

Po kolacji pogralismy jeszcze troche w karty, porozmawialismy i spac.

Zachod slonca na plazy

Dzien 14

Nikomu nie zycze tego co mnie spotkalo nad ranem.Po kolacji, na ktora zjadlem boczek, topiony ser i wodke, moj uklad pokarmowy przeszedl swoiste katharsis. Po tej ciezkiej przeprawie ledwo zylem i bylo mi mega goraco. Po cichu wzialem recznik z pokoju i wyszedlem na plaze poplywac przy wschodzie slonca.

Wchod slonca w Kerczu

Po powrocie, odswiezony zaleglem jeszcze na poranna drzemke i wstalem dopiero o 10, jak mnie maluchy zawolaly na sniadanie.

Po sniadaniu przekonali mnie, zebym zostal z nimi jeszcze jednen dzien, wiec poszlismy na plaze. Dzieki Bogu nie gralismyh juz w „Majek” (przy calym szacunku dla dzieci, ta gra nie dosc, ze jest wykanczajaca, to jeszcze bezcelowa) tylko bawilismy sie w powstrzymywanie fali. ktore polegalo na machaniu czym sie da w celu zatrzymania nadchodzacej fali (tak, o wiele sensowniejsza zabawa). Bylo o tyle smiesznie, ze fale byly naprawde potezne i co druga praktycznie mnie zakrywala, a maluchy przewracala co chwile.

Wrocilismy dopiero na obiad po ktorym zaczalem sie pakowac w towarzystwie dzieciakow. I sie zaczelo. Pasza zostan, Pasza podaruj mi markera, zdjecie, plecak, pasek, wszsystko! I wtedy Aluszta rozczulila mnie maksymalnie, bo powiedziala – „Pasza, podaruj mi siebie!”. Normalnie wymieklem, ale dzielnie stawilem czola sytuacji i jak zwykle niezawodne okazalo sie, stare, dobre, ruskie – „Niet”.No ale ksero swojego zdjecia jej zostawilem.

Male, urocze pijawki:)

Nastepnie jakims cudem spakowalismy sie w 7 osob do Lady i ruszylismy do domu Igora.

Lada <3

Tam wypralem rzeczy i poszlismy nad morze, gdzie odbywal sie coroczny festiwal muzyki metalowej. Uroczo. Wieczorem moj host pokazal mi miasto noca i powiem szczerze – bylem w szoku. Myslalem, ze Kercz to mala pipidowa, a tu sie okazalo, ze to wielkie miasto z wielka historia.

Zachod slonca nad stocznia w Kerczu

Dzien 15

Na sniadanie Igor zrobil rozwodniona owsianke. I chwala mu za to, bo wciaz podejrzliwie patrzylem na jedzenie. Wpakowany, czysty, przeprany. pozegnalem sie z moim wybawicielem z Kerczu i poszedlem do kawiarenki internetowej uaktualnic bloga i zaleglosci na facebooku, a nastepnie ruszylem w strone dworca w poszukiwaniu marszrutki nr. 1, ktora miala mnie dowiezc do portu.

Na peronie doslownie holota. Ledwo pojechal busik, a wszyscy jak szaleni sie rzucili. W srodku kierowca na prawo i lewo rzucal wyzwiskami i dwie osoby doslownie wypchnal na zewnatrz. Niezly poczatek.

Po dojezdzie do portu zalmalem sie. Koniec festiwalu = tlumy ludzi. No i jeszcze pelne slonce, bo 3 godziny stracilem przy kompie.

Kolejka przed granica ukrainska

Udalo sie. Po 3h taktycznego przesuwania sie w kolejce, dobrnalem do pogranicznika, ktory przybil pieczatke. Ide na prom. I teraz uwaga! Igor ostrzegl mnie, zebym jak tylko wejde na prom poszedl na sam jego poczatek, a jak dobijemy do brzegu, to zebym biegl jak najszybciej, to nie bede stal w kolejce na granicy rosyjskiej. Na poczatku myslalem, ze przesadza. Nie przesadzal. Ledwo rampa dotknela ladu, a ludzie jak dzikie swinie, zaczeli biec. Bieglem i ja. Jak taran i granice rosyjska przekroczylem po 15 min.

Chwile przed startem

Po przejsciu granicy okazalo sie, ze popelnilem blad przekraczajac ja tutaj. Ruch samochodowy byl zaden. Doslownie. Prom kursowal co godzine i jednorazowo zabieral 15 aut.

Stwierdzilem, ze szkoda czasu i kupilem bilet autobusowy do Taupse. Mimo, ze autobus byl rosyjski, to standardem nie roznil sie od tych ukrainskich. Goraco i smierdzaco, czyli to co podroznicy lubia najbardziej. Jedym plusem byla dziewczyna, ktora poznalem – Ania. Jedna z nieliczynych osob, z ktora mialem okazje rozmawiac po angielsku. Okazalo sie, ze tez korzysta z couchsurfingu i duzo podrozuje, wiec jazda autobusem minela dosc szybko.

Do Taupse dotarlem o 3.00 w nocy. Perfekcyjnie. Trafilem do miasta, ktorego nie znalem, w srodku nocy, bez mapy i bez znajomosci. Jak znalazlem WiFi, to sie okazalo, ze rowniez Google nie zna tego miasta i nie ma zadnych dostepnych map. Bajka. Czas na spontan. Podszedlem do mlodych rosjan, wyjasnilem im sytuacje w nadzieji, ze mi pomoga. Mieli jeden warunek. Pomoga, jak napije sie z nimi ruskiej wodki. Nie pozostalo mi wiec nic innego jak ulec ich zadaniom i tym samym dobilismy targu. Napilismy sie, pogadalismy i poszlismy na trase w kierunku Armawiru.

Chlopaki byli tak uczynni, ze pomagali mi lapac stopa w dosc osobliwy sposob. Jeden stawal na srodku drogi, a gdy auta zwalnialy drugi podchodzil i sie pytal gdzie jada. W srodku nocy podkreslam.

Oleg i Alex

No ale sie udalo i po godzinie zlapali mi stopa na trase w kierunku Elbrusa. Padalem z nog, ale musialem kontrolowac trase. Moi kierowcy okazali sie tak mili, ze widzac moje zmeczenie, dali mi kanapke i powiedzieli, ze zaraz sie przesiada i bede mogl sie polozyc, a obudza mnie dokladnie w miejscu gdzie ustalilismy.

Powinienem byc nieufny i w ogole, ale wylgadali porzadnie, a ja bylem zmeczony, wiec upewnilem sie, ze wszystko wartosciowe mam przy sobie i zapadlem w drzemkem budzac sie co jakis czas i sprawdzajac mape.

Male, a cieszy

Dzien 16

Wysadzili mnie dokladnie tam, gdzie chcialem i wmiare wypoczety wzialem sie za lapanie stopa.

Udalo sie juz po 5 min. Moim kierowca okazal sie byc Ibrahim – weteran z Afganistanu z paskudnie poparzonym jednym proflem twarzy. Z tego co mi opowiadal, to przez 2 lata byl w Afganistanie w armi radzieckiej i latal na smiglowcach, az w koncu go zestrzelili. Az przykro sie go sluchalo jak panstwo sie na niego wypielo i mimo swojej niepelnosprawnosci renta, ktora dostaje jest az smieszna.Nagralem z nim mistrzowski wywiad do projektu

Ibrahim

Wszystko bylo by super, gdyby nie fakt, ze pod koniec trasy oswiadczyl, zebym mu zaplacil za benzyne. Grzecznie odmowilem, ale on dalej dosc nachalnie nalegal. W koncu nic nie dalem, ale niesmak pozostal.

Ibrahim zostawil mnie na trasie prowadzacej juz prosto na Elbrus.

Wysiadam z auta, rozgladam sie i widze duza grupe ludzi. Postanowilem podejsc i zobaczyc co sie dzieje. Jak tylko zaczalem sie zblizac, z prawej i lewej strony padaly propozycje wypicia wodki. Okazalo sie, ze trafilem na wesele.

Twardo szedlem w kierunku panny mlodej, ale po drodze trafilem na 6 karnych kolejek. W koncu sie udalo. Jest fotka i jest wywiad.

Z panna mloda w drodze na Elbrus

Chcialem sie grzecznie wycofac, ale mi nie dali. Gosc w dom, Bog w dom. Zaczelo sie jedzenie i wspolne tance. Zakrapiane oczywiscie. Powiedzieli, ze koniecznie musze z nimi jechac, bo niespodziewany gosc przynosi mlodym szczescie. No to jade z weselnikami.

Weselnicy

Po drodze stwiedzilem, ze weselnicy maja juz za dobrze. Jeden puszal pawia przez okno, podczas gdy drugi wypadl przez niedomkniete drzwi. Powiedzialem, ze musze koniecznie dotrzec dzisiaj do Elbrusa. Po ciezkich negocjacjach przyznali mi racje, ale powiedzieli, ze zabiora mnie do domu i nakarmia przed dalsza podroza.

Jak powiedzieli tak zrobili. Zabrali mnie do domu, nakarmili. Pozniej jeszcze wznieslismy kilka toastow i zostalem pozegnany slowami – „Pasza, Ty to jestes pacanek. Uwazaj na siebie”

Moi weselni opiekuni

Nastepnie jeszcze dwa kilku kilometrowe autostopy i bylem u podnoza Elbrusa – nawyzszej gory Europy.

W tym miejscu zaczyna sie szlak na Elbrus

Dzien 17

Wczoraj przez chlopakow zostalem ostrzezony, ze w okolicy grasuja wilki i niedzwiedzie. Niespecjalnie sie tym przejalem, ale nad ranem spanikowalem. Samcznie sobie spie i nagle jakies prychanie kolo namiotu. Budze sie i pierwsza mysl – „Masz jedzenie z wesela w namiocie i pewnie jakis niedzwiedz wyczul!”. Powoli biore worek z jedzeniem, otwieram namiot po drugiej stornie i rzucam jak najdalej. Nie ruszam sie i nasluchuje. Idzie. Tuz obok. Potknelo sie o namiot! Po 2 min wygladam przez lufcik i co widze? Krowe spokojnie zujaca trawe. Az sie smialem z siebie. Wstalem poszedlem po worek z jedzeniem i wciaza sie smiejac zjadlem sniadanie.

Plan na dzien byl prosty. Mialem dwie opcje wejscia na Elbrusa. Pierwsza – na bogato, kolejka i ratrakiem na szczyt. Szacowany koszt okolo 1000zl. Druga opcja – na ubogo – piechota. Wybor oczywisty.

Spakowalem sie i ruszylem. W sumie nie ma o czym pisac, bo przez caly dzien nic tylko wspinaczka i piekne widoki.Lekko nie bylo, bo dosc ciezki i kamienisty teren, ale jakos dotarlem i po 10h wspinaczki na 3800m padlem jak zabity.

Widok na Kaukaz

Trasa podczas wspinaczki na Elbrus

Dzien 18

Spalem do 12. Jedyne co mialem w glowie to aklimatyzacja. O 14 postanowilem sie przejsc na Skaly Pastuchowa, czyli na 4700m. Maszerujac pod gore zrozumialem, ze wejscie wyzej nie bedzie latwe.

Niby nie mam problemow z przebiegnieciem polmaratonu, ale powyzej 4500m, kazdy krok byl ciezki. Doslownie. 5 krokow i minuta przerwy, zeby uspokoic oddech. Przed oczami ciemno. W koncu po 2h dotarlem do Skal i kolejna godzine zajelo mi schodzenie. Masakra.

Schornisko „Boczki”

W namiocie bylem o 17 i pierwsze co to wskoczylem do spiworu, bo padalem ze zmeczenia. Po chwili glosy. Wystawiam glowe z namiotu i widze dwoje ludzi pytajacych mnie, czy moga sie rozbic obok. W sumie czemu nie. Chwile pogadalismy i zaproponowali ruski sposob na aklimatyzacje – Domowej roboty koniak i boczek. Chwala im, bo z wioski wzialem tylko snikersy i juz powoli mialem ich dosc. Parka byla strasznie gadatliwa, ale naszczescie uratowal mnie deszcz i moglem spokojnie z nimi pozegnac i pojsc spac

Misza i jego koniak w butelce po Sprite

Strony:
1 2 3 4 5 6 7

Dodaj komentarz