Kaukaz i Bliski Wschód 3

Dzien 19

Budzilem sie kilka razy, zeby sprawdzic pogode. O 23 ulewa, o 1 siarczysty mroz, o 3 czyste niebo. Ubieram sie, jem sniadanie w postaci snikersa i wychodze.

Pierwsze zaskoczenie. Okazalo sie, ze namiot zamarzl. Doslownie. Jak juz otworzylem wejscie do namiotu to moglem nim trzasnac jak obrazone dziecko drzwiami od pokoju. Paskudny mroz, ale ide.

Fotka z raczki podczas wspinaczki

I znowu do do 4500m jakos dawalem rade, ale pozniej coraz ciezej. Sa jednak i plusy, czyli widoki zapierajace dech w piersiach. Swiadomosc, ze jest sie wyzej niz chmury i gory jest naprawde piekna i mimo tego, ze przed oczyma co drugi krok to ciemno, chce sie isc. Przy Skalach Pastuchowa mialem okazje ogladac wschod slonca w gorach. Jest to cos co kazdy powinien zobaczyc przynajmniej raz w zyciu.

Elbrus o wschodzie slonca

o 9 zaczynaja sie problemy. Najpierw mgla. I to taka typowa dla gor. Nie widac niz dalej niz na metr. Dodatkowo dosc przytlaczajaca jest absolutna cisza. Nie slychac doslownie nic i ma sie wrazenie, ze nawet Twoj glos jest po prostu przez nia pochlaniany. Stwierdzilem, ze najrozsadniej bedzie usiasc i przeczekac. Po 30 min moge isc dalej. Dotarlem juz do przeleczy na ponad 5300m i sie zalamalem. Ostatnie podejscie na gore jest calkowiecie oblodzone. O ile wczesniej byl to po prostu gleboki snieg, tak teraz jest po prostu lod przypominajacy skale. Dwie proby i dwa zeslizgi. Bez rakow, ktorych juz nie udalo mi sie zalatwic przed wyjazdem, nie mialem szans. To wlsasnie jest miejsce, w ktorym konczy sie ryzykowna proba, a zaczyna klasyczna glupota.

Zaczalem schodzic. Przed oczyma ciemno z wysilku. Jak mysle, ze mam przed soba przynajmniej 5h schodzenia to mi niedobrze. No i tak mi bylo niedobrze, ze sobie ulzylem zostawiajac na sniegu to co zadlem na sniadanie. Snikers w sosie wlasnym.

Schodzac ledwo ruszalem nogami. W pewnym momencie potknalem sie i polecialem twarza w dol. Malo brakowalo i snieg, ktorego nalapalem w usta wylecialby mi druga strona, ale jakos wyhamowalem. Schodzac spotkalem Misze z zona i jak mnie zobaczyli, to kazali mi usiasc i odpoczac. Nakarmili kielbasa i dali do popicia herbate. Chyba tylko dzieki nim dalem rade zejsc na dol.

Z Misza

Po dotarciu do namiotu, sprawdzam telefon, a tam sms od wujka z prognoza pogody na Elbrusie. Zamiecie sniezne i opady. Postanowilem dac sobie 1h odpoczynku, a pozniej sie spakowac i zjechac kolejka na dol. Zaplacilem majatek i po godzinie bylem na 2000m w wiosce, gdzie zjadlem normalny obiad i odpoczalem. Mialem szczescie, bo rozpetala sie taka burza, ze kolejka przestala funkcjonowac 15 min po tym jak z niej wysiadlem.

O 19 sie rozpogdzilo na tyle, ze moglem ruszyc w poszukiwaniu miejsca gdzie moge rozbic namiot.

Znalazlem uroczy zakatek w lesie przy rzecze, gdzie moglem sie umyc w strumieniu i w spokoju zjesc melona(tak, dzieki Wam wiem, ze to melon, a nie dynia).

Tak sobie jem i patrze, ze lasem idzie starszy jegomosc z dluga broda. Calego melona sam nie zjem, wiec zaproponowalem, zeby sie poczestowal i tym samym poznalem Romana 89 letniego przewodnika po gorach, z ktorym rozmawialem blisko 3h, a na koniec udzielil mi fenomenalnego wywiadu do mojego projektu.

Roman przewodnik

Roman zadal mi pytanie czy jestem smutny, ze mi sie nie udalo wejsc na Elbrus. I to zmusilo mnie do malych przemyslen

Czy jestem smutny? Nie. Czy jestem zly? Troche, bo to byl jeden z glownych punktow mojej wyprawy, a wiadomo – szpanowac rzecz ludzka. Przy czym wspinaczka pokazala mi jakie mam granice wytrzymalosci. Koniec koncow jestem z siebie dumny, ze okazalem sie wystarczajaco rozsadny, zeby odstawic pyche na bok i odpuscic sobie ryzykowne podejscie bez rakow na sam szczyt. Wlasnie tego typu decyzje, w takich okolicznosciach ksztaltuja nasze osobowosci i to kim sie stajemy. Z Elbrusa zszedlem po prostu madrzejszy i z wspomnieniami, ktore na zawsze pozostana tylko moje. A wlasnie to w tej podrozy jest najwazniejsze i najpiekniejsze.

Dzien 20

Moim pierwszym stopem okazal sie straznik graniczny. Pogadalem z nim i sie okazalo, ze do Gruzinskiej strony jest mniej niz 10km. Zaczlem z nim rozmawiac, jak to bylo tutaj podczas wojny i generalnie powiedzial mi kilka ciekawostek. Przede wszystkim taka, ze na wojne przyslali zolnierzy z innych rejonow Rosji, poniewaz miejscowi bardzo czesto sa spokrewnieni z rodzinami z drugiej strony gor i dobrze sie znaja od wielu lat. Dodtkowo czesto podkreslal, ze jestem na Kaukazie, a nie w Rosji. Tutaj od wiekow zyje blisko 150 roznych narodowosci i jakos potrafia zyc ze soba w zgodzie, a centrale z Moskwy i Tbilisi miesza tutaj niesamowicie.

Wysadzil mnie w polowie drogi na glowna trase w kierunku Wladykalkazu. Postanowilem kupic cos na sniadanie i ruszyc dalej. Kolejny stop to groznie wygladajacy faceci w ciemnym aucie. Mialem zle przeczucia, ktore okazaly sie sluszne. Wysadzili mnie tam gdzie chcialem, ale zazadali 2000 rubli za podwozke. Mialem gaz w kieszeni, wiec bylem przygotowany nawet na najtwardsze negocjacje. Na szczescie skonczylo sie na tym, ze wyrzucilem toboly przez drzwi i kulturalnie ich pozegnalem gestem kozakiewicza. Idioci chcieli ruszyc jak wysiadalem. No coz na 100 przypadkow musial sie w koncu trafic jakis paskudny.

Kolejnym stopem okazal sie ormianski samochod przewozacy hurtowo nieboszczykow.

Na szczescie siedzialem obok kierowcy

W przeciwienstwie do ladunku kierowca okazal sie byc pelnym, zycia, usmiechnietym facetem z tysiacami zarcikow i porad. Wysadzil mnie na jednym z posterunkow policyjnych na trasie. Przez 30 min mialem okazje ogladac sposob zarabiania pieniedzy przez rosyjska milicje. Zgodnie z zasada – „Nieposmarujesz – nie pojedziesz” czesc kierowcow byla odsylana na pobocze, a czesc po zbiciu 200 rublowej piatki z milicjantem jechala dalej. Chory system.

Plusem miejsca bylo pobocze gdzie odsylane byly auta. Moglem tam spokojnie pytac o dalszy transport.

Kolejnym kierowca okazal sie Czeczeniec. Jechalem z nim przez ponad godzine, wiec korzystajac z okazji zaczalem wypytywac o atak na szkole w Bieslanie, wojne i mafie czeczenska. Okazal sie byc strasznie doswiadczony przez zycie. Walczyl w kazdej wojnie czeczensko-rosyjskiej. Wielokrotnie byl przesluchiwany i ranny, a jego braci zabito podczas walk partyzanckich.Korzystajac z okazji przeprowadzilem z nim krotki wywiad na postoju w ramach projektu, bo uznalem, ze to czlowiek, ktory naprawde moze cos ciekawego powiedziec Na pozegnanie podarowal mi butelke cieplej i obrzydliwie slodkiej orenzady i usciskal z prosba o promowanie Czeczeni, bo dla turystow to najbezpieczeniejsze miejsce na swiecie.

Szczerze – najgorsze co kiedykolwiek pilem

Kolejnego stopa juz bezposrednio w kierunku granicy lapalem zaledwie 2minuty. Zatrzymalo sie dwoch facetow Siergiej i Drugi Ktorego Imienia Nie Pamietam. Poczatkowo chcieli mnie podwiezc do miasta, ale zmienili zdanie.

Wzieli mnie do siebie do domu, nakrmili,

Podczas posilku z moimi kierowcami

i pokazali swoj warsztat.

Warsztat moich kierowcow

W pierwszym momencie myslalem, ze to klasyczna dziupla, ale okazalo sie, ze zawodowo startuja w rajdach ekstramalnych na terenie calej Rosji. Po wszystkim obwiezli mnie po miescie i zawiezli nad sama granice.

Jednen z zabytkow Wladykaukazu, ktorego nazwy nie znam, a moj przewodnik po prostu nie opisal tego miasta

Na granicy okazalo sie, ze jest otwarta tylko dla ruchu samochodowego, wiec podszedlem do pierwszego auta w kolejce i sie zapytalem czy nie ma nic przeciwko, zebym razem z nim przekroczyl granice. Nie mial mimo, ze nie mowil ani po rosyjsku, ani po angielsku. Prawdziwe pacanki rozumieja sie bez slow!

Granica Gruzji

Mimo, ze bylem pierwszy w kolejce, przekraczenie jednej i drugiej granicy zajelo nam blisko 3h.

Pierwsze slowa jakie uslyszalem w Gruzji to „Dzien dobry i jak sie masz!”. Chlopak, ktory powital mnie w ten sposob, w Kazbegi, nastepnie przeszedl na plynny angielski, co bylo mila odmiana po 3 tygodniach rosyjskiego

Kazbegi(a wlasciwie Stepancminda)to uroliwa miejscowosc polozona na 2000m. Jej glowna atrakcja jest masyw gory Kazbek oraz jeden z wazniejszych osrodkow kultu w Gruzji – cerkiew Cminda Sameba usytuowana na 2500m n.p.m, ktora mialem w planach zwiedzic.

Kazbeki z gora Kazbek w tle

Po dotarciu do miasta, wzialem sie za poszukiwanie miejsca na nocleg. W pierwszym momencie w oko wpadl mi maly park nad strumieniem i tam tez sie dziarsko skierowalem. W parku mile zaskoczenie – kilka namiotow i ognisko dookola ktorego sporo mlodych ludzi. Postanowilem zapytac sie czy moge do nich dolaczyc. Jasne, ze moge. Byli tak ucieszeni moja wizyta, ze zaczeli mi pomagac rozbijac namiot, nastepnie karmic chlebem i kielbasa, zeby w koncu zaprosic do wspolnego ogniska, gdzie po krotkim przedstawieniu mojej osoby, zaczely sie spiewy.

Ognisko z mlodymi Gruzinami

I to jakie! Gruzini maja to do siebie, ze lubia duzo i glosno spiewac. I nie sa to hity typu „Call me maybe” ale klasyczne gruzinskie piesni. I pozwole sobie przypomniec, ze byli to ludzie w przedziale wiekowym 19-22 lata.

Przyznaje, ze troche komicznie to dla mnie wygladalo. Polsce czulbym sie podobnie jakby moi znajomi zaczeli spiewac Bogurodzice.

W koncu przszla kolej na mnie. Poprosili mnie, zebym im zaspiewal cos z polskiego repertuaru. Ogniskowe hity, ktore znam typu „Na Mazury” czy „Hej sokoly” srednio wpasowywaly sie w klimat,wiec wahalem sie miedzy”Lulaj, ze Jezuniu”, a „Barka”. Skonczylo sie na tym drugim, bo koniec koncow koleda dziwnie by brzmiala latem, w gruzinskim lesie.

Po pierwszej zwrotce kilku z moich nowych kompanow podchwcilo melodie i zaczeli mruczec. Jak skonczylem poprosili mnie, zebym ich nauczyl refrenu. Przyznam szczerze. Podniosle nie bylo. Usmialem sie przy tym nie mniej niz oni, ale po 20 min udalo sie i wyszlo genialnie! 20 gruzinow spiewajacych „Barke” przy ognisku u podnoza Kazbegu. Niesamowite!

Po spiewach czesc zaczela sie rozchodzic do domow. Okazalo sie, ze wiekszosc z nich mieszka w Kazbegi na stale i przyjechalo do nich 3 znajomych z Tbilisi, Alex, David i Nino (Tak kazali mi sie znazywac, bo ich gruzinskie imiona sa niedowymowienia). Po krotkiej rzmowie ustalilismy, ze jutro ruszymy do Cerkwi w gorach, ktora jest jednym z swietych miejsc w Gruzji.

Dzien 21

Z chlopakami umowilem sie, ze ruszymy o 9, ale jak wyszedlem, to wciaz spali jak zabici. Nie majac specjalnie nic do roboty, poszedlem do miasta w poszukiwaniu internetu. Internet znalazlem, sprawdzilem wszystko, zjadlem sniadanie i wrocilem do namiotu. Chlopaki byly juz na nogach, wiec spakowalismy menele i ruszylismy w gory. Bylo smiesznie, bo byl to moj pierwszy kontakt z Gruzinami, wiec opowiedzieli mi mnostwo histori, tradycji i zwyczajow panujacych w ich ojczyznie.

Nino, David i Alex

Po dotarciu na szczyt oniemialem. Miejsce jak z basni. Wyobrazcie sobie malenki koscilek w otoczeniu poteznych gor ,z ktorych najnizsza na grubo ponad 3500m.

Cminda Sameba

Podeszlismy wyzej posiedzielismy podziwiajac widoki, zwiedzismy wnetrze i bylismy swiadkiem rutualnego poswiecenia owcy. Tak poswiecenia. Wsrod ludzi gor wciaz popularne sa wierzenia, ze jezeli obejdzie sie z owca trzy razy cerkiew, poswieci ja mnich, a nastepnie ukatrupi i zje, to przyczyni sie to wyzdrowienia, ktoregos z czlonkow rodziny.

Gruzini z owca w trakcie okrazania swiatyni

Po zwiedzaniu wypogodzilo sie, wiec po prostu zaleglismy na trawie podziwiajac gory, ktore autentycznie wygladaly jak z pocztowki.

Chillout na lace

Gdy wrocilismy do parku, w ktorym zostawilismy namioty okazalo sie, ze chlopaki dzien wczesniej zastawili sidla na zajace i skubancy zlapali jednego. Plan na kolacje zajac z ogniska! Powaznie, wbierw trzeba bylo uciac glowe, pozniej zdjac skore, wyjac bebechy i nabic na dwa ostrugane patyki, ktore nastepnie ustawilismy nad rzazacym sie paleniskiem. Gdyby Bear Grylls mowil po polsku, to pewnie by stwierdzil, ze „Nie ma lipy!”

Zywy zajac

Wieczorem znowu zeszli sie znajomi i znowu to samo, spiewy, rozmowy, tylko, ze z zajacem w roli glownej. Wieczorem doszedl do nas jeszcze jednen podroznik. Filip z Polski, ktory juz dwa tygodnie zwiedzal Gruzje, wic pogadalem z nim godzine, zeby sie dowiedziec co i jak i gdy juz wszystko zostalo zjedzone, obgadane, polozylismy sie spac.

Martwy i jadalny zajac nad ogniskiem

Dzien 22

Wstalem z rana spakowalem namiot, pozegnalem sie z chlopakami i ruszylem w strone wylotowki z miasta. Przygotowalem tabliczke z napisem „Ananuri” i ledwo sie wyprostowalem, zeby lapac i juz zatrzymalo sie auto. Para Gruzinow w olbrzymim terenowym mercedesie. Mialem szczescie, bo odcinek, ktory przyszlo nam pokonac do Ananuri, nalezy do najgorszych drog w kraju. Jest to nic innego jak szutrowa droga pelna dziur, z najwyzszym punktem na wysokosci 2500m i przepasciami po jednej albo drugiej stronie. Widoki zapierajace dech w piersiach.

Takie tam w trasie

Po dotarciu do Ananuri okazalo sie, ze jesto to mala miejscowosc z urokliwym zamkiem nad zalewem. Zamek byl praktycznie pusty. Zadnych turystow, kasy, ochrony. Nic! Bez problemu moglem sobie wejsc gdzie tylko chcialem. Nastepnie zszedlem nad zalew wykapac sie i odpoczac przed dalsza podroza.

Zamek w Ananuri i zalew w tle

Po trzech godzinach ruszlem na trase. I znowu to samo. Ledwo przygotowalem tabliczke z napisem Gori, a juz mam transport. Atostopowa bajka. Gruzini podwiezli mnie do sameg centrum. Tam postanowilem znalezc kafejke internetowa, zeby moc w koncu przygotowac wpisy na bloga. O droge zapytalem mlode dziewczyny, ktore nie tylko mi pokazaly droge do kafejki, ale i rowniez powiedzialy co warto zobaczyc i gdzie.

Zwiedzanie postanowilem zostawic na jutro, wiec po zalatwieniu wszystkiego poszedlem kupic, cos do jedzenia i usiadlem sobie na glowym placu przygladajac sie ludziom.

Glowny plac w Gori noca

Wieczorem pozostalo mi tylko znalezc miejsce do rozbicia namiotu. W sumie nie chcialo mi sie specjalnie ich za miasto, wiec postanowilem sie rozbic zaraz kolo zamku, ktory znajduje sie w centralnej miejscu w Gori. Podczas rozbijania w moim kierunku zaczal sie zblizac policjant, ktorego wczesniej nie zauwazylem. W pierwszej chwili myslalem, ze beda problemy, ale przyszedl tylko pogadac i powiedziec, ze jak cos by sie dzialo, to cala noc bedzie w budce, ktora jest 50m stad. No i jak tu sie nie usmiechac?!

Dzien 23

Wstalem z samego rana. I jak zwykle z tego samego powodu. ZA GORACO! Powaznie, o 7 rano w namiocie robi sie za cieplo, zeby mozna bylo w spokoju odwrocic sie na drugi bok i spac dalej. Nie pozostalo mi nic innego jak wyczolgac sie i ruszyc na zwiedzanie Gori.

Flaga Gruzji

Podszedlem do policjanta z budki w podziekowaniu za calonocne czuwanie i grzecznie zapytalem czy moge zostawic u niego plecach, bo srednio chce mi sie z nim zwiedzac miasto. Nie robil zadnych problemow.

Pierwszym punktem zwiedzania byl zamek, u ktorego podnoza spalem. Podobnie jak zamek w Ananuri – wejscie za darmo i moglem wejsc wszedzie. Niestety minusem byl fakt, ze jest on strasznie zaniedbany i zniszczony, ale widok z najwyzszej wiezy jest spektakularny. Widac cale Gori i posterunki graniczne z Osetia Poludniowa.

Zamek w Gori

W ogole piszac o Gori musze napomknac pokrotce o historii najnowszej miasta, ktora jest dosc smutna.

W sierpniu 2008r. doszlo do 5 dniowej wojny pomiedzy Gruzja i Rosja. Wersja kto zaczal rozni sie znaczaco, w zaleznosci od tego, po ktorej stronie Kaukazu jestes. Generalnie w duzym skrocie konflikt mozna opisac nastepujaco:

W Osetii Poludniowej doszlo do wymiany ognia miedzy powstancami domagajacymi sie niepodleglosci, a zolnierzami gruzinskimi. Walki wybuchly rowniez w Abrazji. Gruzja zaatakowala pozycje powstancow i (wg rosjan) rowniez posterunki rosyjskie. W efekcie Rosja przyslala swoje wojska, ktore w znaczej sile znajdowaly sie przypadkiem na granicy i wyparla wojska gruzinskie z spornych regionow, a nastepnie zajela gruzinskie miasta m.in Gori, ktore przy okazji zbombardowala. W jeszcze wiekszym skrocie – doszlo do rozejmu, ale rosyjskie wojska nie wycofaly sie z obszarow Osetii i Abrazji, a wziely sie zaumacnianie pozycji.

Wg prawa miedzynarodowego, tereny obu republik sa formalnie czescia Gruzji, ale w rzeczywistosci okupowane sa przez Rosje. Oba te pseudopanstwa nie sa uznawane przez inne panstwa (wyjatek to Rosja i Wenezuela i kilka mniejszych, o ktorych przecietny czlowiek nawet nie slyszal). Jako, ze ich mieszkancy formalnie nie maja obywatelstwa, Rosja bardzo chetnie przyznaje im swoje paszporty, co skutkuje coraz wieksza iloscia „Rosjan” w tych obszarach i dlugofalowym skutkiem bedzie pawdopodobnie wcielenie ich do Federacji Rosyjskiej.

To tyle.

Akutalnie w Gori juz praktycznie nie widac efektow bombardowan, a cale miasto staje na nogi. Wiekszosci budynkow jest resturowana(W tym cala starowka),a ludzie usmiechaja sie na ulicach i pozdrawiaja miedzynarodowym „Hello!”

Starowka Gori w trakcie gruntowne renowacji

Po zejsciu z zamku ruszylem do Muzeum Stalina. Tak! Stalina! Jozefa! Gori jest miastem gdzie sie urodzil, a on sam nie byl rosjaninem tylko rodowitym gruzinem. Na zewnatrz znajduje sie dom, w ktorym sie urodzil, w calosci przeniesiony z obrzezy miasta i obudowany poteznymi kolumnami i dachem z czerwona gwiazda. Obok jest rowniez wagon, w ktorym dojechal na konferencje w Jalcie, bo po ludzku bal sie samolotowW srodku, doslownie wszystko. Poczawszy od zestawu obiadowego do kibla na ktorym siadal.

wagon Jozefa

I w sumie to tyle jezeli chodzi o zwiedzanie. Wrocilem jeszcze na chwile do kafejki internetowej, zeby wrzucic jeden z wywiadow, sprawdzilem trase,odebralem plecak i jazda na trase. W sumie mialy byc 4km, ale jakims cudem zabladzilem mimo, ze jedyne co musialem, to isc prosto.

Kiedy juz dotarlem stwierdzilem, ze chrzanic tabliczke i sprobuje zlapac stopa w olewacki sposob, czyli po prostu z wyciagnietym w gore kciukiem. I sie udalo! po 2 minutach!

Kolejny stop w tak krotkim czasie zmusil mnie do myslenia, co powoduje, ze w Gruzji tak prosto o stopa. Jedno dokladniejsze spojrzenie na mape i EUREKA!

Uklad glownych arterii drogowych Gruzji przypomina nieco rozjechanego kota z urwna glowa i wyprostowanym ogonem. Raczki (bez glowy!) prowadza wzdluz wybrzeza. Nastepnie, mniej wiecej na ich srodku znajduje sie kregoslup, ktory prowadzi az do Tbilisi. Tam do kregoslupa dochodza rozgniecione nogi. Jedna z nich prowadzi do granicy z Rosja, a druga do Armenii. Nastepnie przedluzeniem kregoslupa jest dlugasny ogon, ktorym dojedziemy przez Kachetie do Azerbejdzanu.

Dumny ze swojej metafory, zabralem sie za rozmowe z moim kierowca, ale nie byl jakos specjalnie rozmowny, wiec siedzialem cicho i czytalem przewodnik.

Po jakims czasie moj kierowca zapytal sie czy mam czas, zeby podjechac do niego do domu na godzine, bo musi przypilnowac gospodarstwa. W sumie czemu nie? Nie spieszy mi sie, wiec dawaj. Zboczylismy z gruzinskiego kregoslupa i wjechalismy na jakis maly odcinek siersci. Pierwsze co to krowy. Duzo krow! Tak duzo, ze przez okolo kilometr klakson pracowal jak opetany, bo laciate niespecjalnie chcialy schodzic z drogi.

Dojechalismy. Klasyczne gospodarstwo rolne. Mnostwo, krow, swinek, kaczek, kur, indykow, sadow i pol. Jak tylko wysiedlismy zostalismy otoczeni przez cztery psy, ktore wesolo zaczely szczekac i skakac. Chwile pozniej przyszli synowie kierowcy. Chlopaki mniej wiecej 16-17 lat. Jak wysiadlem, tak stoje, bo niespecjalnie wiem co mam robic dalej. Na szczescie gospodarz macha, zebym szedl z nim.

Weszlismy do obory, gdzie wzial sie za karmienie swinek, a tam zaczalem rozmawiac z jego synami, ktorzy calkiem calkiem radzili sobie z krzyzowka angielskiego i migowego. Zrozumialem, ze chca mi pokazac gospodarstwo, wiec ruszylem z nimi. Pierwsze co mi przyszlo na mysl, to ze maja tu doslownie wszystko, co do zycia potrzebne. wszelakiego typu warzywa, owoce, zwierzeta. Przechadzka trwala okolo 15 min, a zakonczyla sie przy malym stoliku, gdzie czekal na mnie arbuz, ser, chleb, czacza (wodka gruzinska) i gospodarz z sasiadami.

Poczestunek w ogrodzie

Okazalo sie, ze jeden z sasiadow mowi po angielsku, bo spedzil 5 lat pracujac w Londynie, a drugi po rosyjsku. Pierwszy poczestowal mnie wodka i wzniosl toast, a drugi podarowal pieniadze. Polskie pieniadze z wczesnych lat 80 kiedy to pracowal w polsce na budowie. Nie wiem po co mi one, ale koniec koncow facet mial gest.

Gruby hajs

Nieswiadom tego co mnie czeka pozniej. Zjadlem tyle, zeby miec spokoj do wieczora. Po wszystkim moj kierowca powiedzial, ze teraz moze mnie zawiezc do Kutaisi, skad bede mial juz blisko do Gelati.

Po 5 min jazdy zobaczylismy rowerzystow, ktorzy wygladali jakby sie zgubili. Moj kierowca po rosyjsku zapytal sie czy mozna pomoc. Odbowiedz polegala na powtorzeniu tego co powiedziala osoba pytajaca. Bylem pewien, ze rowerzysci „niet paniemajet”.

Wyskoczylem z auta i osmielony czacza zaczlem z nimi rozmawiac po angielsku. Okazalo sie, ze byl to moj pierwszy kontakt z Iranczykami. Trojka mlodych ludzi ruszyla na rowerach przez Armnie, Gruzje i Rosje az do Pakinu w ramach akcji UNICEFu. Okazalo sie, ze ich podroz miala trwac dwa lata! Po poradach gospodarza, powiedzialem im gdzie maja jechac i sie pozegnalismy, wzajemnie zyczac sobie wytrwalosci. Ja dam rade, a oni beda jej potrzebowac jak tlenu.

Iranscy rowerzysci UNICEfu

Zgodnie z obietnica zostalem wysadzony w centrum miasta. Byla juz 20 i powoli zaczynalo sie sciemniac, wiec postanowilem, ze jak tylko wyjde z miasta rozbije namiot i pojde spac.

Ledwo ruszylem i obok mnie zatrzymuje sie samochod, a jego wlasciciel pyta sie czy jade do Gelati (okazuje sie, ze juz nawet wystawianie kciuka jest zbedne, bo ludzie sami sie pytaja, czy mnie podwiezc). Zaskoczony odpowiadam, ze tak. Wsiadam i kolejne pytanie ze strony mojego nowego znajomego – czy jestem glodny. I w tym miejscu popelnilem jeden z wiekszych bladow w podrozy. Odpowiedzialem twierdzaco mimo, ze moj brzuszek byl pelny w 70%.

Co sie okazalo? Moj kierowca byl wlascicielem restauracji w Gelati, wiec po 20 min siedzialem wsrod jego rodziny i znajomych przy stole, ktory doslownie uginal sie od ilosci jedzenia i wina. I nie , nie przesadzam, uginal sie. W ten sposob trafilem na pierwsza w swoim zyciu supre, czyli wspolny posilek gruzinow, o ktorym do tej pory tylko czytalem w internecie i ksiazkach.

Supra

Supra to swojego rodzaju swietosc w tradycji guzinskiej. Kazda rodzina przynajmniej raz w tygodniu spotyka sie ze znajomymi i wspolnie je, pije. Z jedzenia jest wszystko co w Gruzji najlepsze: swieze warzywa, owoce i narodowe potrawy, o ktorych bede pisal pozniej. Z rzeczy do picia, niepodzielnie panuje wino. Duzo wina (Mamo, przepraszam, ze znowu pisze o alkoholu, ale bedac w Gruzji nie sposob o tym nie pisac, bo do istotna czesc tradycji tego kraju. Jak wiesz, kocham lokalne tradycje, a ta wyjatkowo przypadla mi do gustu)

No i sie zaczelo jedzenie i picie. Jak wspomnialem bylem w 70% pelny, wiec mniej wiecej po drugim daniu zaczelem miec nielada problem, bo jedzenia ciagle przybywalo. Po czwartym popelnilem duze faux pas. Przy nakladaniu mi kolejnego dania powiedzialem, ze juz dziekuje. I wtedy zapadla cisza. Doslownie cisza.Po ciezkich 5 sekunach glos zajal gospodarz prowadzacy supre z pytaniem – „Nie smakuje Ci?” Ja na to – „Oczywiscie, ze smakuje! Jest przepyszne, wysmienite!” – gospodarz – „No to jak Ci smakuje, to czemu nie jest? Nie szanujesz mnie? Mojej kuchni? Moich gosci?”

Wlasnie to nazywa sie sytuacja beznadziejna.

Z rozpacza w oczach podniaslem widelec z kawalkiem wieprzowiny do ust i zaczalem zuc. Gospodarz sie usmiechnal, wykrzyknal zem „Zuch chlopak”. A ja pograzony w mojej mece i rozpaczy zulem dalej. Sytuacja wrocila do normy i znowu wszyscy mnie poklepywali i rozmawiali. Mowie Wam, dwie wigilie pod rzad to nic przy tym co przezylem. Babcia to zawsze wybaczy jak juz nie moge, a tu nie ma zmiluj.

Malo tego kolejna gruzinska tradycja sa Toasty. przez duze T. Nasze europejskie czy polskie, to z reguly oschle „Na zdrowie”. A o gruzinskich mozna pisac i pisac. Prawie zawsze zaczyna sie od toastu za ojczyne, rodzine, znajomych, za poleglych w wojenie i za kobiety. Srednio przecietny toast trwa okolo 5-8 minut, chociaz bardziej podniosle (np. za poleglych) trwaja powyzej 10-15. Z reguly opowiada sie przy nich o bohaterstwie poleglych, o tym ze okupanci to zloczyncy, o poswieceniu i walecznosci, zahaczajac po drodze o blogoslawienstwo od patriarchy i szeroko pojeta historie kraju. Doslownie. Podstawa jest przy tym ciagle trzymanie szklanki z winem powyzej lokcia, a po slowach Gaumardzos wypicie zawartosci do dna.

Mlody Robert de Niro

Bylo pieknie, ale ja doslownie umieralem przy stole, gdy zostalem poproszony o wzniesienie toastu. A to niemaly zaszczyt, bo toasty z reguly znosi jedynie prowadzacy supre. Wstalem z mocnym postanowieniem przynajmniej 10 minutowego dziekczyno-chwalebno-pochlebnego toastu za Boga, Ojczyzne, przyjazn polsko-gruzinska, dobrych ludzi, wszystkich zgomadzonych, za rady natury. I sie udalo. 10 min i 14 sekund wedlug zegarka na scianie.

Po 5 godzinach kilku daniach i kilkunastu tostach skonczylismy ucztowac. Na mysl, ze musze wziac plecach i isc w poszukiwaniu miejsca na namiot doslownie cofalo mi sie. Na szczescie gospodarz w momencie gdy zobaczyl ze biore plecak powiedzial, ze mowy nie ma i przygotowali mi lozko do spania, a rano obudza mnie pracownicy. Chwala im, bo jak wstalem od stolu to poczulem, ze wino jednak dziala i nogi juz nie te same jak przed posilkiem.

Kladlem sie w mekach, ale jednoczesnie dumny, ze dalem rade i wdzieczny za goscinnosc. Gaumardzos!

Dzien 24

Pracownicy restauracji przyszli o 8. Ciezka pobudka, bo glowa i nogi i brzuch wciaz zyly wydarzeniami wczorajszego wieczora. Tyle co czulem w srodku. Z zewnatrz musialem wygladac jak wietnamski zwiadowca – przygarbiony, unikajacy slonca i ze zmruzonymi oczyma.

Pracownicy restauracji byli przygotowani na to co zastana, wiec razem z serdecznym „Gamardzioba” wcisneli mi w reke chlodna wode. Chwala im!

I znowu nieznosny upal, ktory dzisiaj z wyzej opisanych powodow doskwieral jeszcze bardziej. Postanowilem znalezc jakies miejsce w cieniu, rozlozyc karimate i zapasc w drzemke. Jak pomyslalem tak zrobilem i zaleglem jak zabity.

Po pewnym czasie w moj sen zaczely zaburzac gruzinskie okrzyki, ale twardo nie zwracalem na nie uwagi. I to byl blad. Bo okazuje sie, ze czworka starszych panstwa, nie byla wstanie wejsc tam gdzie sie zbunkrowalem w swoim cierpieniu, wiec krzyczala, zeby sprawdzic czy zyje. Brak jakiejkolwiek mojej rekacji zmotywowal ich do wezwania policji, ktorej sygnal wyrwal mnie z letargu duzo skuteczniej. Jak tylko zeszedlem, wszyscy wybuchli smiechem, a rozbawiony policjant zapytal tylko o jedno „supra?” Dowcipnisie.

No ale zmotywowali mnie do kontunowania mojej podrozy w kierunku Monastyru w Gelati. Skwar nieziemski, ale ide. Po 30 min dotarlem, ale piekno klasztoru zdecydowanie zostalo podzielone przez moje samopoczucie.

Monastyr w Gelati

Na miejscu spotkalem polakow z krakowa, z ktorymi pogadalem przez dobre 30 min i zostalem pozegnany stwierdzeniem – „Przez 4 dni przezyles, zobaczyles i poznales wiecej miejsc i ludzi niz my przez 2 tygodnie tutaj”.

Po wyjsciu z klasztoru stwierdzilem, ze najmadrzej bedzie przeczekac 2h w cieniu, poniewaz slonce grzalo naprawde mocno, wiec usatysfakcjonowany dobrym pretekstem do kolejnej kac drzemki usnalem na karimacie pod drzewkiem.

O 15 juz calkiem oagrniety ruszylem w droge powrotna. 30 min jestem na drodze do Kutaisi. I mam dylemat. Jechac do miasta czy znalezc jakas rzeczke i sie wykapac. Problem rozwiazal policjant, ktory wyszedl do mnie z pobliskiego posterunku i powiedzial, ze 900m stad jest bardzo dobre miejsce na kapiel. W to mi graj!

Schodze w kierunku rzeki i zatrzymuje sie auto z pytaniem, czy potrzebuje pomocy i czy nad rzeke. No raczej! Ciagle nie moge uwierzyc w to co mnie spotyka. Okazalo sie, ze chlopak, ktory mnie wzial jechal spotkac sie ze znajomymi nad wskazane mi przez policjanta miejsce.

Lokalizacja rzeki miejsca byla idealna, polana, las i pole z kukurydza. Nie myslac za duzo wskoczylem do wody. Tak cieplutka, ze mozna w niej caly dzien siedziec.

Rzeczka i wymarzona kapiel

No ale godzina bez przygody byla by nudna.

Po 30 minutowym moczeniu w wodzie slysze krzyk i widze, ze jeden chlopak kulejac wychodzi z wody. Podszedlem wraz z wszystkimi sprawdzic co sie stalo.

Chlopak klasycznie sobie rozcial kolano skaczac do wody. I znowu tak jak w przypadku malej Angeliki obudzil sie we mnie Dr Skokowski. Szybka ocena skaleczenia, siegniecie po apteczke i lecimy. Oczysczenie rany, przyczepienie szwow scalajacych rane, zatamowanie krwawienia, opatrunek, opaska, zeby sie nie zsuwal, klepniecie w plecy i oswiadczenie pewnym glosyem „bedziesz zyl”

Drugi raz w Gruzji zostalem ochrzczony ksywka „Jigari”, co znaczy to samo co rosyjski „Pacanek”

Gdy zglodnielismy jeden z chlopakow podskoczyl na pole po kukurydze, a pozostali wzieli sie za przygotowywanie ogniska. Nasz obiad – kukurydza ogniskowa.

Obiad na spontanie

Po posilku pozegnalem sie z chlopakami i poszedlem na trase do Kutaisi. Wyciagnalem reke i zatrzymala sie pierwsze auto. Zaczynam sie przyzwyczajac.

Do miasta bylo blisko, wiec nie zawarlem specjalnie bliskiej znajomosci z 4 chlopakami w aucie, nie mniej jednak wysadzili mnie w samym centrum.Moj plan? Dotrzec na obrzeza i przenocowac w namiocie. No i znowu sie nie udalo.

Takie tam schody, bo nic wiecej ciekawego w Kutaisi nie widzialem

Ide sobie glowna ulica miasta i z kazdej strony „Hello!”, klaksony i usmiechy! Doslownie wszedzie! W pewnym momencie wola mnie jakis chlopak i pyta sie czy jestem glody. Na obiad byla kukurydza, wiec brzuszek byl pelny tylko w 40%, ale mimo to, wciaz pamietajac wydarzenia dnia wczorajszego ostroznie odpowiadam – „Troche tak”. No to dawaj do nas!

I uwaga! W srodu obcego miasta zostalem zaproszony przez obcych ludzi do laboratorium, gdzie przygotowywane sa protezy zebow (sic!).Sredniej wiekosci pomiesczenie z roznorakim sprzetem pod scianami i stolem na srodku. A na stole mniej wiecej 2kg miesa i 5 litrow wina. W pierwszym momencie sie przerazilem, ale po chwili zobaczylem, ze jest tam okolo 10 mezczyzn, wiec po szybkiej kalkulacji stwierdzielem, ze nie bedzie, az tak ciezko.

Symbol, flaga oraz Gruzji Patriarcha

I znowu toasty, spiewy, zapraszanie sasiadow, jedzenie. Gdy juz bylo nas mniej, czesc pracownikow wrocila do przygotowywania protez, wiec po prostu usiadlem z nimi i wypytywalem o szczegoly i caly proces ich tworzenia.

Z kieliszkami nad protezami

Gdy chcialem ruszyc dalej, wlasciciel mnie zatrzymal i powiedzial, ze nie mam mowy i dzisiaj spie tutaj, bo w nocy moze padac.

Tak wiec noc spedzilem na karimacie w pracowni, gdzie przygotowuje sie protezy zebow. Nice one!

Strony:
1 2 3 4 5 6 7

1 komentarz dodany:

  1. „Z zewnatrz musialem wygladac jak wietnamski zwiadowca – przygarbiony, unikajacy slonca i ze zmruzonymi oczyma.”

    Padlam! hahahahah

Dodaj komentarz