Kaukaz i Bliski Wschód 4

Dzien 25

Obudzilem sie o 8 wraz z przybyciem wlasciciela pracowni. Pozegnalem sie z nim serdecznie i ide dalej. O dziwo czuje sie bardzo dobrze.

Pierwsze co musialem zrobic, to znalezc niezabezpieczone WiFi. Mniej wiecej po kilomentrze mi sie udalo. Usiadlem wiec i sprawdzam gdzie i jak dojsc. I nagle nad moja glowa pytanie „Moze kawy?”. Patrze, a tam z okna na parterze wyglada starsza pani. Lekko oniemialy, mowie, ze chetnie i tym samym wpierw zostalem poczestowany mrozona kawa, nastepnie koniakiem, a skonczylo sie na czekoladzie na droge! Wyobrazacie sobie taka sytuacje w Polsce?! Gruzja to nie kraj, to stan umyslu!

Malo tego juz w momencie, gdy chcialem lapac stopa w kierunku Swaneti (czyli na polnoc Gruzji) dostaje smsa z nieznanego numeru. Czytam, a tam informacja, ze w Tbilisi sie mnie spodziewaja juz jutro i ze wszystko jest zalatwione. I jak tu przestac sie usmiechac? Postanowilem zmienic kierunek podrozy i wracac w kierunku stolicy.

O lapaniu stopa nie bede pisal, bo znowu ledwo co stanalem i mialem transport. Jako, ze mialem dzien zapasu, to chcialem zwiedzic dzisiaj dwie rzeczy- skalne miasto „Upliscyche” pochodzace z epoki brazu oraz dawna stolice Gruzji Mcchete. Moj kierowca nie mowil, ani po rosyjsku ani po angielsku, wiec po prostu jechalismy sluchajac radia.

W trakcie podrozy uswiadomilem sobie jednak, ze zaczynam miec autostopowy problem zimnego lokcia. O co chodzi? Ano mam problem, bo wiekszosci aut, ktorymi jechalem podczas mojej podrozy nie miala klimatyzacji, wiec zawsze jechalem przy otwartym oknie. A wiadomo, ze jak okno otwarte, to i zimny lokiec musi byc. Tylko, ze zawsze ten sam, bo z reguly siadam obok kierowcy, w zwiazku z czym moja prawa reka jest mniej wiecej o 50% ciemniejsza niz lewa. Takie tam moje narzekanie, bo w sumie ostatnio to jedne na co moge narzekac.

W trasie pierwszy problem. Minelismy Upliscyche, ktore bardzo chcialem zobaczyc, a moj kierowca nie bardzo mial jak zawrocic, wiec stwierdzilem, ze olac. Jak Bog da, to jeszcze zobacze.

Mcchety nie sposob bylo minac, wiec zostalem wysadzony o 7km od niej i ide. I problem. Chcialem dosjc jak najszybciej i robilem to w pelnym sloncu o 13. No i sie przegrzalem. Po dotarciu do miasta, glowa bolala mnie paskudnie i nie mialem, gdzie rozbic namiotu. Dodatkowo jutro mialem spotkac sie z ludzmi, ktorzy mnie przenocuja, a czulem, ze niezbyt zachecajaco pachne i wygladam, wiec po krotkich negocjacjach zameldowalem sie na noc w prywatnej kwaterze. 30zl za nocleg z wyzywieniem, to nie duzo, a ja moglem odpoczac i umyc sie porzadnie.

Po wszystkich tych czynnosciach ruszylem jeszcze na chwile pochodzic po miescie, ktore okazalo sie byc przepiekne, a jego glowna atrakcja byl kosciol, ktory mi bardziej przypominal twierdze. Monastyr otaczal potezny mur, ktory w sredniowieczu sluzyl jako schronienie dla mieszkancow okolicnych wsi. Tak czy inaczej moglem go zobaczyc tylko z zewnatrz, wiec polazilem po starowce, ktora jest najpiekniejsza ze starowek w Gruzji i zaleglem spac w mojej kwaterze.

Gruzinski „Wawel”

Dzien 26

Wlasnie tego potrzebowalem! Pobudki w normalnym lozku, bez kaca i z kuszaca mozliwoscia skorzystania z prysznica. Pieknie. Z moimi nieznajomymi hostami z Tbilisi umowilem sie o 10 przed wejsciem do katedry, wiec ruszylem nieco wczesniej, zeby ja jeszcze zobaczyc, bo wczoraj nie bylo mi dane.

Starowka Mcchety

Katedra jak katedra. Podobna do kazdej innej w Gruzji z ta roznica, ze najwyzsza i pochowano tam kilku krolow. Prawie jak Wawel. Prawie.

O 9.50 rozwalilem sie z tobolami pod brama glowna niczym cygan w posredniaku i czekalem na swoich gospodarzy. O 10.15 zauwazylem jegomoscia, ktory okazal sie byc moim hostem, przewodnikiem, kierowca i opiekunem w Tbilisi.

Nugzari (tak to imie) lekko zasapany przeprosil za spoznienie, ale nie mogl znalezc miejsca do parkowania. W pierwszym momencie pomyslalem, ze koniec koncow spacer dobrze mu zrobil, bo byl wielkim czlowiekiem dolownie i w przenosni.

Pierwsze pytanie jakie mi zadal bylo typowo gruzinskie – Jestes glodny? Bylem 30 min po sniadaniu, wiec z czystym sumieniem zaprzeczylem.

Nugzari wzial mnie na zwiedzanie Tbilisi. I w sumie szczerze powiem, ze mnie nie zachwycilo. Prawdopodobnie dlatego, ze wszystko, absolutnie wszystko, bylo w trakcie remontow. Dodatkowo w calym rozgardiaszu tego ponad 1000 letniego miasta, widac tez reke obecnego prezydenta i jego euromanii.

Kladka europejska nazywana rowniez „Podpaska”

Przede wszystkim mam tu na mysli Park Europejski i kladke, ktora do niego prowadzi. Jedno i drugie pasuje do klimatu miasta jak piesc do nosa.

Kolejna rzecz, ktora rzuca sie w oczy ( poza cerkwiami oczywiscie) to wszechobecne kasyna, ktore skutecznie szpeca psuja urok miasta i krew wielu mieszkancow, ktorzy (jak wszyscy zgodnie twierdza) zostawiaja w nich majatek.

Po 4 godzinach lazenia tu i tam pojechalismy odebrac jego zone Natie. Rownie przeurocza kobieta jak jej maz. Zaczelismy rozmawiac o tym co widzialem w Gruzji, a czego nie i sie okazalo, ze ominelo mnie Uplisyche i poludniowa czesc panstwa, gdzie po prostu srednio mialem jak dojechac. Byli w szoku, ze nie widzialem najpiekniejszej ich zdaniem czesci Gruzji (tam sie urodzili i wychowali) i postanowili mnie tam zabrac. Po upewnieniu sie czy dobrze zrozumialem, spojrzalem na mape, a tam w obie strony, bagatela, 400km. No, ale to Gruzja.

Podskoczylismy na chwile do ich domu, gdzie zostawilem bagaz, podjechalismy po ich znajoma i oczywiscie na obiad do tradycyjnej gruzinskiej restauracji. Wlasnie tam pierwszy raz sprobowalem ich narodowego specjalu – chinkali. I sie zakochalem. Lubie pierogi z miesem, a chinkali nieco je przypominaja tylko, ze sa smaczniejsze i badziej sycace. Zjadlem 6 i mialem dosc (dla porownania: pierogow jestem w statnie zjesc okolo 14).

Chinkali

Po obiedzie ruszylismy w droge do Borjomi, po drodze zachaczajac o Uplisyche, ktore jest miastem wykutym w skale i zamieszkanym juz w epoce brazu. Pewnie zrobiloby na mnie wieksze wrazenie, gdzyby nie to, ze dwa tygodnie temu widzialem cos podobnego w Bakczysyraju.

Widok na miasto w skale

Borjomi, to natomiast miejscowosc, ktora slynie z zrodel mineralnych jak i rowniez tras narciarskich.

Dwie godziny i dotarlismy na miejsce. Pierwszym punktem zwiedzania byl monastyr ukryty gleboko w lesie z interesujaca historia.

Zielony Monastyr

Jak nam powiedzial lokalny mnich, w XVI wieku monastyr zostal zaatakowany przez Turkow Osmanskich, a mnisi wymordowani, poniewaz staneli w obronie swojej wiary. Co ciekawe, w miejscu gdzie ich zakatowano do dzisiaj znajduja sie kamienie czerwone od krwi,a ich szczatki spoczywaja jako relikwie na stole. Tak, na stole. Klasztor dopiero zbiera fundusze na jakis zgrabny relikwiarz, a tymczasem szczatki mnichow ulorzone sa na drewnianym oltarzu, przed ktorym znajduje sie kilka klecznikow.

Relikwie na stoliku

Z klasztoru ruszylismy do parku gdzie znajduja sie zrodla wod mineralnych. Nugzari powiedzial, zeby wypil troche, a reszte wzial na zapas na jutro, bo w ich domku letniskowym czeka nas, coz by innego, supra.Chinkali jeszcze spokojnie lezalo w brzuszku i nie wygladalo jakby mialo sie ruszac, wiec znowu mialem to uczucie, ze patrze obzarstwu gleboko w oczy. Nie uciekne. Jedziemy.

Wody mineralne w Borgomi

Domek letniskowy okazal sie bardziej dacza z poteznym ogrodem. Przypomnialo mi sie jedno z gruzinskich przyslow – ” W Gruzji mozesz byc biedny, ale glodny nigdy nie bedziesz”. 100% prawdy. Przez wiekszosc roku piekna pogoda pozwala na uprawianie wszelkiego typu roslin, owocow i warzyw.

Na wejsciu powitali nas znajomi moich hostow,mama Natii oraz ich dziecko – 6 letnia Katia. Przyznam szczerze, do salonu wchodzilem z zoladkiem na ramieniu. Pierwsze spojrzenie na stol i nieufnie do kuchni, chlodna ocena sytuacji i kalkulacja. 8 osob i okolo 3kg jedzienia. Dam rade pod warunkiem, ze nie bedzie za duzo wina. I nie bylo. Kolacja byla przepyszna, sprobowalem kolejnych tradycjnych dan m.in chaczapuri i wszystko zapilem domowej roboty, czerwnonym winem.

Wspolna supra wieczorem

Po wszystkim juz na spokojnie wyszlismy na taras i patrzelismy na bezchmurne niebo rozmawiajac o wszystkim i o niczym. Piekny dzien.

Dzien 27

Odpoczynek. Pelna geba. Jeden jak i drugi moj host musial pracowac, wiec mi pozostawalo uzupenianie bloga, informacji o Iranie i Azerbejdzanie oraz jedzenie. O to ostatnie troszczyla sie corka Katia oraz mama Natii. Powaznie jak przez godzine nic nie jadlem to patrzyly na mnie zmartwionym wzrokiem. Czulem presje, wiec jadlem.

6-letnia Katia

Wieczorem po powrocie Natii pojechalismy zobaczyc Tbilisi noca. I przyznam szczerze, ze w pelni zasluguje na miano „Miasta swiatel”. Wjechalismy na najwyzszy punkt w okolicy i widok zapieral dech w piersiach. Jeden z poetow napisal, ze wyglada to mniej wiecej tak jakby gwiazdy schodzily spac do Tbilisi. Mial racje.

Widok na palac prezydencki i katedre

Dzien 29

Wstalem o 9. Bylem wyspany, najedzony, wypoczety i wszystkie rzeczy pachnialy wizirem. Podrozowanie mozna zaczac od poczatku. Moj host podwiozl mnie na wylotowke z miasta, gdzie stanalem z tabliczka „Signagi” i juz po 2 minutach jade.

Moim kierowca okazal sie plynnie mowiacy po angielsku neurochirurg, ktory jechal na urodziny znajomego 40 km w moim kierunku. Pogadalismy o wojnie, polityce, poopowiadal mi kilkanascie zartow o Ormianach (nie wiem czemu, ale cala Gruzja opowiada zarty o nich) i wysadzil z informacja, ze jak utkne , to mam dzwonic i sie mna zajma. Klasyk

Kolejny autostop znowu po 2 min. I znowu to samo.Wojna, polityka, przyjazni, rodzina i wysadzil mnie 6km przed Signagi

W ogole nie pisalem o tym jeszcze, ale teraz sobie przypomnialem, wiec napisze. Czesc z Was myslac o Lechu Kaczynskim pewnie nie ma specjalnie duzo pochlebnych mysli, ale wypowiada sie z szacunkiem, bo zginal tragicznie. W Gruzji go kochaja. Doslownie. Wszyscy otwarcie mowia, ze gdyby nie zorganizowal przyjazdu prezydentow do Tbilisi, to Rosja nie zawahalaby sie zaatakowac stolicy.A tak dzieki jego interwencji nie zaryzykowali i gruzini mieli czas na zorganizowanie obrony. Mowcie co chcecie,ale w Gruzji jest bohaterem dla wszystkich.

W pierwszym momencie mialem plan przejsc sie do Signagi na piechote, ale wybil mi to z glowy gruzin, ktory nie proszony sie zatrzymal i zaproponowal, ze podwiezie do centrum. Klasyk.

Signagi okazalo sie przeuroczym miastem odrestaurowanym kilka lat temu. Jego usytuowanie bylo po prostu nieziemskie. Na szczycie wzniesienia z widokiem na cala doline i gory Kaukazu odlegle o 30km.

Centrum Signagi

Rozbilem namiot przy murach miejskich i ruszylem w kierunku Monastyru sw. Nino, ktory jest najwieksza atrakcja w okolicy. Wedlug wszystkich bylo to nie wiecej niz 2km, ale oczywiscie slepy Przemek nie zobaczyl drogowskazu wielkosci stodoly i zrobil 6kilometrowy spacer dookola. W klasztorze znajduje sie zrodlo, w ktorym mozna sie wykapac i ktoremu przypisuje sie wiele cudow. Jak dotarlem brudny i spocony, bylem pewny, ze osiagne nirwane jezeli splucze to wszystko z siebie. Niestety gigantyczna kolejka mnie zniechecila i po zrobieniu kilku zdjec wrocilem do miasta(tym razem zauwazylem znak)

Monastyr sw. Nino

Wracajac wpadlem na glupi pomysl. Wejde na dach budynku i zrobie zdjecie miasta i doliny. Zaczalem sie rozgladac i znalazlem. Problem byl w tym, ze zostalem przylapany w trakcie wspinaczki. Na szczescie przez dwie dziewczyny z plecakami. Jak im wytlumaczylem co mam zamiar zrobic, to sie podzielilismy. One na czatach, a ja wchodze. Pozniej zmiana.

Widok z dachu budynku

Po wszystkich, gdy juz bylismy wspolnikami w zbrodni, przedstawilismy sie sobie nawzajem. Okazalo sie, ze Paulina i Manuela pochodza z Szwajcarii i podrozuja po Gruzji autobusami(cieniasy). Szukaly rowniez miejsca na namiot, wiec zaproponowalem, ze moga sie rozbic obok mnie, bo zawsze razniej i bezpiczeniej. Tak tez zrobily, a nastepnie zaprosily mnie na degustacje win.

Idac miastem spotkalismy mojego kierowce z zona, a nastepnie ich znajome z Batumi, wiec taka wesola gromadka poszlismy na degustacje i przez blisko 2 godziny rozmwialismy o naszych doswiadczeniach zwiazanych z Gruzja i rownizcami pomiedzy naszymi krajami.

Degustacja

o 23 dziewczyny wpadly na pomysl, zeby nasi przypadkowo spotkani znajomi wpadli do nas do namiotow na makaron. Moj kierowca odmowil, ale kolezanki z Batumi sie zgodzily i tym samym wieczor spedzilismy przy murach zamkowych gotujac makaron w miedzynarodowym towarzystwie.

Kolacja przy butli z gazem

Dzien 30

Jak zwykle wstalem rano tego samego powodu. Skrwar okrutny. Tak sobie mysle, ze nie pamietam pochmurnego dnia. Owszem burze sie zdarzaly, ale dwie godzinki i znowu czyste niebo.

Pozegnalem sie z dziewczynami i ruszylem na trase. Glownym problemem byl absolutny brak ruchu na trasie. Niedziela, godzina 7 rano, wiec nikt normalny o tej porze nie jedzi autem na wsi. Tak czy inaczej po40 min jedno auto zwiazlo mnie do miasta, gdzie sie przeszedlem i stanalem na wylotowce. Tam znowu 40 min czekania, az zabralo mnie sportowe auto na granice z Azerbejdzanem. Okazalo sie, ze mnostwo osob z okolicznych wiosek jezdzi tankowac do sasiadow, bo jest po prostu duzo taniej. Tak czy inaczej, z zalem pozegnalem Gruzje i pewnym krokiem wszedlem do kraju nazywanego Brama Orientu.

Przejscie graniczne

Na granicy pierwsze slowa jakie uslyszalem to pytania po polsku – „No prosze, Polak! Co tam slychac i po co jedziesz do Azerbejdzanu?”. Najsmieszniejszy jest fakt, ze wypowiedzial je straznik graniczny! Chwile z nim pogadalem i okazalo sie, ze przez rok studiowal w Polsce. W sumie tylko dzieki niemu uniknalem nieprzyjemnosci, bo kolejny straznik zaczal mnie wypytywac o Armenie i o moja wize. Robil to, delikatnie mowiac, niezbyt przyjaznym tonem. Na szczescie moj „polski” kolega interweniowal i powiedzial, zebym sie nie przejmowal i znikal. Pozegnal mnie slowami, uwaga, „Pomyslnosci!”. I nawet mu to wyszlo.

Usiadlem sobie na plecaku z tabliczka „Seki” i czekam. Zatrzymaly sie dwa auta, ale kierowcy chcieli pieniadze, wiec po ludzku sie nie zgodzilem. Trzecim samochodem kierowal Gruzin, ktory jak na gruzina przystalo zawiozl mnie nie 5km do najblizszego miasta, a 50 na najblizsza autostrade. Przysiegam, jak spotkam Gruzina w Polsce to mu swoje lozko oddam.

Nastepnego stopa zlapalem dosc szybko, a moim kierowca okazal sie usmiechniety od ucha do ucha zlotozebny „Czamur”, ktory nie rozumial nic po angielsku czy rosyjsku, ale nawijal jak najety. No i doszlo miedzy nami do drobrego nieporozumienia, powniewaz wysadzil mnie w zlym miejscu i musialem maszerowac w pelnym sloncu jakies 5km. I wtedy utknalem. Owszem zatrzymywalo sie duzo aut, ale wszyscy, WSZYSCY pytali sie ile im zaplace. Po 2 godzinach tlumaczenia ciagle tego samego zirytowalem sie i po prostu wsiadlem w autobus jadacy do Seki, ktore okreslane jest jako najpiekniejsze zaraz po Baku.

W autobusie okazalo sie, ze nie jestem jedynym turysta. Oprocz mnie byla w nim jeszcze nauczycielka z Holandii. W sumie zaczelismy rozmawiac dopiero jak wysiedlismy na dworcu i zostalismy oboje otoczeni chmara taksowkarzy.

Paulina, bo tak miala na imie, mowila tylko po angielsku co w krajach Kaukazu jest warte tyle co nic. Ja i moj rosyjski postanowilismy jej pomoc, bo wygladala na typowa blondynke z dowcipow. Okazalo sie, ze ma zrobiona rezerwacje w hotelu, wiec po prostu zamowilismy taksowke i pojechalismy. Hotel okazal sie byc umiejscowiony w dawnym karawanseraju, czyli miejscu w ktorym kiedys spotykali sie kupcy.

Ogrod w Karawanseraju

Karawanseraj jest charakterystyczna budowla dla tego regionu swiata, poniewaz kilkaset lat temu przebiegal tutaj Szlak Jedwabny i potrzebne byly miejsca, gdzie kupcy mogli przenocowac i bezpiecznie handlowac. W piwnicy budynku znajdowal sie magazyn, na parterze kupcy handlowali, a na pietrze spali. Hotel, w ktorym spala Paulina znajdowal sie wlasnie na pietrze. Za jedna noc 60$.

Osobiscie mialem plan spac w namiocie, ale zaczepil mnie starszy jegomosc, z ktorym po krotkich negocjacjach dobilem targu. Nocleg w kwaterze prywatnej za 4$. Stac mnie, a co!

Umowilem sie z Paulina, ze jak sie juz oboje zadomowimy, to spotkamy sie w centrum, wiec poszedlem zobaczyc jak wyglada moja kwatera.

Byl to drugi raz gdy zaplacilem za nocleg, ale pierwszy byl nieco drozszy i warunki byly srednie, dlatego szedlem nie spodziewajac sie szalu. A szal byl. Jak zobaczylem miejsce, gdzie mam spac, to obudzilo sie we mnie dziecko. 26 lozek i wszystkie dla mnie!

Moja sypialnia

No ale zwiedzac trzeba. Wzialem prysznic i ruszylem do centrum. Paulina byla spozniona, wiec po prostu poszedlem do kawiarenki internetowej sprawdzic wiadomosci. Okazalo sie, ze w miejscu gdzie mialem byc za 4 dni, bylo spore trzesienie ziemi z setkami ofiar. Pierwszy przeblysk swiadomosci, ze jednak calkiem sporo ryzykuje jadac w te regiony. No ale nic.

Po godzinie spotkalem sie z Paulina i poszlismy na herbate, gdzie duzo rozmawialismy o Gruzji i o kulturze tego regiony. Musze przyznac, ze zwrocila mi uwage na dosc istotna rzecz, ktorej nie zauwazalem do tej pory. A mianowicie role i pozycje kobiet w Gruzji.

Herbata z Paulina

I doznalem olsnienia. Rzeczywiscie ani razu nie spotkalem samotnie spacerujacej po ulicy kobiety(Tbilisi jest wyjatkiem). Zawsze byly one w towarzystwie mezczyzn i z reguly nie wypowiadaly sie na zaden temat jezeli sie ich nie zapytalo o opinie. To faceci zawsze dyskutowali. Moja nowa holenderska znajoma powiedziala mi rowniez, ze nawet ona jako samotnie podrozujaca europejka, jest owszeni, traktowana milo, ale zaden facet nie bierze jej powaznie, tylko usmiecha sie w stylu „tak, tak, cokolwiek chcesz, to sobie mow, mnie to i tak nie obchodzi”

Pijac herbate, ktora jest chyba wszechobecna w Azerbejdzanie, przygladalem sie mieszkancom, ktorzy zawziecie grali w smieszna planszowke.

Nie znam regul tej gry, ani sensu, ale jest ona nierozlaczna czescia calego rytualu picia herbaty.

Herbaciany rytual i planszowka

Jako, ze zaczelo sie juz sciemniac, wiec zaproponowalem Paulinie, zebysmy zobaczyli tutejszy meczet, a reszte zobaczyli jutro, bo bylem naprawde padnietym dniu podrozowania. Zgodzila sie zaskoczona, ze maja tu meczety.

Dzien 31

Wstalem dopiero o 9, bo pomieszczenie mialo klimatyzacje, wiec nie bylo mi ani za goraco ani za zimno. Tak czy inaczej postanowilem zobaczyc Palac Chana jaden z najcenniejszych zabytkow Azerbejdzanu.

W przewodniku mialem napisane, ze jest to jeden z trzech (obok tego w Bakczysyraju i Baku) palacow tego typu na swiecie, wiec bylem ciekawy co zobacze. A nie zobaczylem za duzo.

Palac Chana

Oczywiscie glowny problem to brak mozliwosci robienia zdjec, ale i tak sam palac nie zrobil na mnie duzego wrazenia po tym co widzialem na Ukrainie. W skrocie 6 komnat z pieknymi malowidlami, ale nic poza tym. Doslownie nic oprocz podlog.

W drodze powrotnej(godzina 13) natknalem sie na Pauline wychodzaca z hotelu, wiec powiedzialem jej gdzie ma isc, zeby zobaczyc cos ciekawego, a nastepnie spakowalem plecak i ruszylem na trase w kierunku Baku.

Zolnierze azerbejdzanscy

Wpierw 8km na piechote do wylotowki i stoje. Po chwili zatrzymal sie samochod. Kierowca powiedzial, ze moze mnie podwiezdz tylko 10km. W sumie czemu nie? Oplacilo sie. Jak tylko wsiadlem zaproponowal obiad. W sumie wykorzystalem sytuacje, zeby porozmawiac o dosc drazniacym problemie – Gorny Karabachu.

Azerbejdzanski obiadek

Czym jes Gorny Karabach? Jest to region na pograniczu Armenii i Azerbejdzanu, ktory jest przedmiotem sporu pomiedzy tymi dwoma krajami. Po rozpadzie Zwiazku Radzieckiego, Gorny Karabach zostal przyznany Azerbejdzanowi mimo, ze przygniatajaca wiekszosc jego mieszkancow stanowili Ormianie. Tak czy inaczej Ormianie przegnali Azerow i obecnie wladaja nad Gornym Karabachem, ale jest to bardzo niebezpieczny region, poniewaz stale dochodzi tam do wymiany ognia na posterunkach granicznych.

Po obiedzie zostalem wysadzony na autostradzie w kierunku Baku. Stalem przy posterunku policji, wiec dosc szybko zostalem zauwazony i zasypany gradem pytan. I znowu ten sam problem. Autostop jest tutaj praktycznie nieznany. Na szczescie zrozumieli, ze podrozuje za darmo i mi pomogli. Jak? Ano zatrzymali autobus, a kierowca powiedzial, ze wezmie mnie za darmo. Bajka.

Moj autobus do Baku

W autobusie jak to w autobusie. Nic ciekawego. Kolejne przygody zaczely sie na dworcu w Baku.

Oczywiscie juz w 5 sekund po opuszczeniu autobusu zostalem otoczony przez kilkunastu taksowkarzy, z ktorych kazdy oferowal to samo, ale zwrot – „Nie nada” odpedzal ich skutecznie.

Zadzwonilem do mojego hosta w Baku i okazalo sie, ze z dotarciem w okolice jego domu musze sobie radzic sam. Wyglada to mniej wiecej tak: w obcym miescie, w nocy, bez mapy i gdzie na szczescie wiekszosc ludzi mowi po rosyjsku.

Pierwsze co to musialem znalezc autobus jadacy w strone metra (o rozkladach czy planach nie pisze, bo ich po prostu nie ma), wiec zaczalem pytac ludzi. Okazali sie tak pomocni, ze nie tylko wsadzili mnie do autobusu, ale rowniez za niego zaplacili. W autobusie, w miejscu gdzie mialem wysiasc dwoch panow rzucilo sie, zeby mi pomoc z wynoszeniem plecaka i pokazaniem kierunku gdzie mam isc. W metrze to samo. Pomocni ludzie, ktorzy zaplacili, za moj bilet i pokazali gdzie mam wysiasc, a na wlasciwej stacji policjant, ktory zadzwonil do mojego hosta, powiedzial gdzie jestem i oddal w jego rece. No bajka!

Moim hostem w Baku okazal sie Tayrun, 29latek pracujacy w przemysle naftowym( tak jak 30% ludzi w Baku). Niestety nie mogl mnie oprowadzac po miescie, bo pracowal od 9 do 19, ale zaopatrzyl mnie w mape, przewodnik i karte do metra. Dodatkowo okazalo sie, ze wiekszosc mojego pokoju zajmuje wielkie krolewskie loze! Jednya obsesja mojego hosta byla woda i prad. Wyobrazacie sobie wylaczac korki w mieszkaniu za kazdym razem jak wychodzicie? No i to samo z woda. Zakrecal wode w calym mieszkaniu na noc i jak wychodzil. Bylo to o tyle problematyczne, ze nie powiedzial mi jak to wszystko wlaczyc, wiec gdy wrocilem z zwiedzania pierwszego dnia. Spedzilem 20 min na poszukiwaniu korkow i glownego zaworu.

Tak czy inaczej powiedzial mi co warto i co koniecznie musze zobaczyc i poszedlem spac nie mogac doczekac sie kolejnego dnia.

Dzien 32

Wstalem razem z moim hostem i razem wyszlismy z mieszkania poczym ruszylem na miasto. Baku okazalo sie byc sliczne. W calosci zachowana starowka i mury obronne. Dodatkowo szerokie deptaki i ulice. Moj plan na dzisiaj – zwiedzic starowke, a wieczorem przejsc sie deptakiem nad morzem.

Uliczki starego miasta Baku

Jak pomyslalem tak zrobilem. W pierwszej kolejnosci zobaczylem jeden z symboli Baku nazywany Wieza Dziewicza, ktora jest niczym innym jak wysoka wieza z XII w. z ktorej rozciaga sie wspaniala panorama na cala starowke. Nastepnie ruszylem uroczymi uliczkami co chwile skrecajac do meczetow, karawanserajow, aby w koncu dotrzec do Palacu Szirwanszachow, sredniowiecznego kompleksu na terenie ktorego znajduje sie obecnie muzeum przedstawiajace historie miasta.

Widok z Dziewiczej Wiezy na starowke

W ogole spacerujac przez 5 godzin po starowce nie spotaklem, zadnych innych turystow! Zero! Null! Nic! Mialo to swoje plusy i minusy. Plusem oczywiscie byl fakt, ze spacerowalem po pustym miescie i nie meczylem sie w tlumie innych robiacych zdjecia, krzyczacych i wpadajacych na siebie turystow. Minusem bylo to, ze dla lokalnych sprzedawcow bylem jedynym potencjalnym kupcem, wiec co chwile mnie jakis zaczepial i probowal wprowadzic do siebie do sklepu. Pierwszemu sie udalo, ale pozniej juz wiedzialem co mnie czeka, wiec staralem sie grzeczenie odmawiac.

Lokalny biznesman

W spacerujac po starowce znalazlem jeszcze jedna ciekawa rzecz – muzeum miniaturowych ksiazek z calego swiata, a mila pani, ktora byla jego opiekunka pokazala mi rowniez czesc wystawy poswiecona Polsce

Muzeum miniaturowych ksiazek

Po 5 godzinach postanowilem wrocic do domu i zrobic sobie obiad oraz odpoczac.

Wieczorem umowilem sie na spacer z kolejna osoba z couchsurfingu – Narmina. Przeurocza dziewczyna, z ktora przespacerowalem sie wzdluz morza i podziwialem Baku noca, ktore okazalo sie byc zupelnie innym miastem. Tysiace ludzi na ulicach, tysiace swiatel, a calosci dopelnialy imponujace „Ogniste wieze”, czyli nowoczesne budynki imitujace plomienie i jedna z najwiekszych flag na swiecie.

Narmina:)

Rozmawiajac z Narmina poruszylem temat religi w Azerbejdzanie, poniewaz zdecydowana wiekszosc mieszkancow stanowia muzlumanie, ale panstwo samow sobie jest laickie i nie narzuca, zadnych odgornych regul dotyczacych ubioru czy tez zachowac. Okazalo sie, ze owszem zdecydowana wiekszosc jest muzlumanami, ale za wyjatkiem mieszkancow poludnia nikt nie odwiedza meczetow czy tez nie modli sie trzy razy dziennie.

Bulwar nadmorski i ognieste wieze w tle

Do domu wrocilem o 0.00 pogadalem jeszcze chwile z Teymarem o jego sposobie postrzegania religii i zaleglem spac.

Plan na jutro – „Plonace skaly” i kompleks przygotowany na tegoroczna Eurowizje.

Dzien 31

Wstalem dopiero o 9 z paskudnym bolem glowy i generalnym bolem plecow. Teoretycznie moglbym opisac jeszcze kilkanascie dolegliwosci, ktore dokuczaly mi tego ranka (bo jak powszechnie wiadomo faceci nigdy nie choruja, tylko za kazdym razem walcza o zycie), ale sobie podaruje. Podnioslem obolale cielsko i zabralm sie za pakowanie.Plan na dzisiaj – wycieczka za miasto.

I znowu. Spacer, metro i poszukiwanie autobusu, ktory jedzie w moim kierunku, co bez znajomosci lokalnego jezyka zawsze jest przygoda. Ale w koncu po 20 min szukania w koncu znalazlem rozklekotana marszrutke jadaca do Janar Dah.

Janar dah w przewodniku zostalo oznaczone gwiazdka, jako miejsce, ktore koniecznie trzeba zobaczyc. W przypisie dodatkowe wrazenie robil opis „plonace skaly, ktore od wiekow budzily przerazenie najezdzcow”. Jechalem, wiec z nastawieniem, ze zobacze cos niesamowitego i poteznego. Niestety rozaczarowanie bylo spore.

Po godzinie podrozy marszrutka i kilkudziesieciominutowym spacerze w pelnym sloncu, okazalo sie, ze owe gornolotnie nazwane „plonace skaly” to nic innego jak kilka miejsc, w ktorych pali sie ogien nie wiekszy niz ten z mojej turystycznej kuchenki gazowej odkreconej na maxa.

Zly na przewodnik, marszrutke, skwar i bolaca glowe postanowilem wrocic do domu. I koniec koncow dobrze zrobilem, bo juz w drodze powrotnej czulem, ze mam goraczke, ktorej nabawilem sie prawdopodobnie wczoraj, wchodzac na zmiane na 40 stopniowy upal i do klimatyzowanych pomieszczen.

Reszte dnia spedzilem w lozku robiac wszystko, zebyjutro byc w stanieruszyc dalej w kierunku Iranu.Niestety choroby zdarzaja sie tez podroznikom.

Tayrun wrocil z pracy dopiero o 22, ale byl tak mily, ze przygotowal mi tradycyjna azerbejdzanska obiadokolacje. Nazwy nie pamietam, ale generalnie sa to rozgotowane na pulpe pomidory z przyprawami podsmazone na patelni. Na to wylewa sie rozbite jajka i troche masla poczym robi cos w stylu rzadkiej jajecznicy. Calkiem smaczne

Tayrun i kolacja.

W trakcie rozmowy okazalo sie, ze koniecznie chce mi pokazac wschod slonca w miejscu, z ktorego widac platformy naftowe na Morzu Kaspijskim, nazywane rowniez platformami Jamesa Bonda, poniewaz nakrecono tutaj duzo scen z „Jutro nie umiera nigdy”

Dzien 32

Pobudka o 5 rano i usmiech na twarzy. Nic mnie nie boli, paracetamol zrobil swoje. Zapakowalem bagaze do auta mojego hosta i pojechalismy nad morze podziwiac platformy o wschodzie slonca. I wygladalo to naprawde nieziemsko. Jest to ponad 300km mostow drog, placow, parkow(sic!) na ktorych zyje okolo kilkutysiecy ludzi, ktorzy moga sie dostac na lad wylacznie za pomoca lodzi lub helikopterow.

Widok na platformy Jamesa Bonda

Jako, ze mielismy jeszcze sporo czasu moj host zdecydowal, ze podwiezie mnie jeszcze do Gobustanu, czyli miejsca gdzie znajduja sie pamiatki z epoki kamienia lupanego i wulkany blotne.

Generalnie gdyby nie Tayrun to pewnie nigdy bym tam nie dojechal, bo jest to absolutna pustynia, a poszczegolne malowidla sa oddalone od siebie o kilka kilometrow. Ruch zerowy.

Tak czy inaczej owe archaiczne malowidla przypominaly mi te ze szkolnych lawek. Proste, wydrapane z trudem i majace wiecej wspolnego z przypadkowym skrzyzowaniem kresek niz ze sztuka.

najstarszy komiks na swiecie

Chcialem jeszcze zobaczyc wulkany blotne, ale niestety Tayrun musial jechac juz do pracy. Mialem prosty wybor. Zostac na pustyni, gdzie nie widzialem nikogo i poszukac wulkanow blotnychz nadzieja, ze pozniej mnie ktos z nich zabierze, albo je sobie podarowac i wyskoczyc na trase w kierunku Iranu. Wybor oczywisty.

Moj host, po meskim pozegnaniu, zostawil mnie na stacji benzynowej, gdzie przy ogolnym zainteresowaniu pracownikow, zaczalem sie rozgladac za transportem. Na pierwszy ogien TIR i sie udalo. Transport az do Lenkoran, gdzie mialem zamiar spedzic noc.

5 godzin drogi przez Azerejdzan w towarzystwie wesolego kierowcy, ktory zasypywal mnie opowiesciami typowymi dla kierowcow – dziewczyny, papierosy, samochody.

W Lenczeranie postanowilem w pierwszej kolejnosci znalezc kafejke internetowa, zeby uaktualnic bloga, poniewaz w Baku niemialem takiej mozliwosci. Mialem szczescie, bo jak tylko skonczylem, to w cale miasto od pradu odcieli. Postanowilem, ze czas na zasluzony odpoczynek po zwiedzaniu Baku i poszedlem nad plaze.

Pierwsze mysli to brudna woda i piasek, ale z drugiej strony ciepla kapiel i opalanie. Decyzja – zostaje do wieczora. Kupilem sobie jeszcze piwko i snikersa i zaleglem na 4 godziny.

Morze Kaspijskie

O 20 wrocilem jeszcze do kafejki, zeby sprawdzic ile osob kliknelo „Lubie to” (taki moj nalog) i po sprawdzeniu Google Maps poszedlem w kierunku wylotowki z miasta, wywolujac spora sensacje.

Lenkoran to dosc mala miejscowosc, wiec blondyn spacerujacy glowna ulica o 22, z dwoma wielkimi plecakami i bananem na twarzy, wzbudzal podobne zainteresowanie do tego co wielki murzyn jadacy na koniu w Trabkach Wielkich.

Tak czy inaczej po 40 minutach marszu dotarlem nad rzeke, gdzie planowalem spedzic noc. Problem ten sam co zawsze – za goraco, wiec wpadlem na pomysl, ze po prostu wyciagne karimate, plecak pod glowe i spac. I to byl glupi pomysl. Cala noc sie budzilem, bo cos szelescilo, stukalo czy tez chrumkalo.

Nocleg pod mostem

Za pierrwszym razem, po mniej wiecej godzinie snu, lezalem oko w oko z jezozwiezem( nie zebym kiedys go widzial, ale wydawalo mi, ze wlasnie tak powinien wygladac jezozwierz – krzyzowka borsuka/bobra i jeza). Spojrzalem mu gleboko w oczy i juz wiedzialem, ze on bedzie pierwszym z nas dwoje, ktory ucieknie. Mialem racje.

Po kolejnej godzinie snu znowu halas. Otwieram oczy, biore kamienia i rzucam w ruszajace sie krzaki. Kot.

Nastepne dwie godziny snu i czuje cos na kolanach. Otwieram oczy, a tam w najlepsze siedzi sobie nietoperz. Po moim „wojowniczym” okrzyku oboje wyrwalismy sie do gory i jestem na 100% pewny, ze pierwsza faze lotu mialem zdecydowanie szybsza niz on. Wracam spac dalej zly na siebie, ze nie rozstawilem namiotu. Oczywiscie do pobudki juz tylko dwie godziny, wiec nie ma sensu tego robic.

Ledwo usnalem i znowu. Syrena przeciwlotnicza. Tzn. to byla moja pierwsza mysl. Po chwili okazalo sie, ze gardlowe okrzyki przypominajace syrene przeciwlotnicza to po prostu dzwieki z pobliskiego minaretu, ktorego wczesniej nie zauwazylem. Myle sobie – „nie ma sensu wstawac, bo zaraz skonczy. Przeciez ile mozna wolac ludzi, zeby wstawali?”. Okazalo sie, ze mozna i to bardzo dlugo. Przysiegam, 10-15 min gardlowych okrzykow. Po calej nocy jedna mysl – zastrzelcie mnie jesli kiedykolwiek znowu bede chcial spac sobie pod chmurka.

Strony:
1 2 3 4 5 6 7

1 komentarz dodany:

Dodaj komentarz