Kaukaz i Bliski Wschód 6

Dzień 38

Wstaliśmy o 9 i zjadłem chyba najmniejsze śniadanie ever. Jako, że Sonia nigdy ich nie jada, to prawdopodobnie nie zdawała sobie sprawy, że jedno jajko, kawałek chleba i suchy pączek, to troche mało. Oczywiście ze szczerym uśmiechem powiedziałem, że się zapchałem.

Po śniadaniu ubraliśmy się(W Iranie mężczyźni mają obowiązek zawsze nosić długie spodnie) i pojechaliśmy spotkać się z Kijanem w centrum.

Zamek w Shiraz

W pierwszej kolejności zwiedziliśmy zamek w Shiraz, w którym w sumie nie było nic ciekawego, ale miałem jedną śmieszną sytuacje.

Gdy przechadzałem się z moimi hostami podeszła do mnie lokalna dziewcznya z pytaniem czy może ze mną pomówić na osobności. Zdębiałem i popatrzyłem na Sonie i Kijana, ale oni w sumie też nie wiedzieli o co chodzi.Dalej rozmowa wyglądała nastepująco:

„Cześć, skąd jesteś?
Z Polski…
ŁAŁ! to super! Kocham Polskę! Chcę pojechać do Polski! Co robisz wieczorem?”

W tym momencie spojrzałem się na Sonie, która dosłownie rżała ze śmiechu, a Kijan dotrzymywał jej w tym kroku. Nie wiedząc specjalnie co odpowiedzieć pożegnałem się z ową dziewczyną z obietnicą „Odezwę się”.

Po zwiedzaniu zamku trafiliśmy na bazar gdzie spróbowałem ich lokalnego przysmaku, który opisali mi jako mrożony makaron z polewą cytrynową.

„Mrożony makaron w polewie”

Poźniej ruszyliśmy w strone meczetu, ale mieliśmy pecha, bo byliśmy tam w okolicach 1, czyli godziny modłów i na ulicach było mnóstwo ludzi idących lub wracających z meczetu. Postanowiliśmy przesiedzieć największy skwar w jakiejś restauracji i zjeść tam lunch.

I zaczeliśmy iść. Nie miałem pojecia, gdzie jestem ani gdzie idziemy, ale byłem zafascynowany trasą. Maleńkie i puste uliczki, zrobione z piaskowca, mnóstwo zakretów, zejść i daszków aż po którymś zakręcie ukazał się nam ogród jak z baśni tysiąca i jednej nocy. Otoczony budynkami sprzed 2000 lat ogród z drzewami, fontannami i klasycznymi irańskimi dywanami i poduszkami gdzie jadło się i piło, a następnie można było zdrzemnąć.

Baśniowy ogród

Sonia z Kijanem zamówili dla mnie tradycyjny ryż i kebab, a następnie swojego rodzaju kefir, który można kupić w każdym sklepie. Jest to nic innego jak rozwodnione mleko z solą i pieprzem, ale pite na potęgę w całym Iranie.

Irański przysmak pitny

W trakcie obiadu dodzwoniliśmy się do innych couchsurferów obecnych w Iranie i umówiliśmy się na małe spotkanie w parku Hafeza.

Park Hafeza

I tutaj warto wspomnieć o kolejnej ważnej rzeczy związanej z Iranem, a mianowicie poezji. Dosłownie każda osoba, którą spotkałem znała na wyrywki fragmenty poezji Hafeza czy Saadi`ego. Dużo prawdy jest też w stwierdzeniu, że „Nieważne do jak ubogiego domu trafisz, to zawsze znajdziesz tam Koran i tomik poezji Hafeza”.

Ogród Hafeza okazał się również miejscem jego pochówku, gdzie ludzie modlili się za niego przykładając trzy palce do jego grobu i wypowiadając magiczne formułki. Oczywiście moi prześmiewczy hostowie nauczyli mnie tej modlitwy. Polegała ona na podejściu do grobu z natchnioną miną, położeniu trzech palców na grobie i udawaniu, że coś sie mamrocze.

Grobowiec Hafeza

I wtedy poznaliśmy Odela, który był 29-letnim podróżnikiem z Tunezji i jego hosta Marian. Odel okazał się być typowym arabem, komplementującym dziewczyny w taki sposób, że z trudem powstrzymywałem się od śmiechu, gdy rzucał teksty do Sonii typu „Czy padało kiedy się urodziłaś?” – tutaj zdziwiona mina Sonii i odpowiedz „Nie wiem, a co?”. A następnie powalająca kwestia Odela – ” Na pewno padało, bo niebo musiało się wypłakać po stracie najpiękniejszej gwiazdki” – tutaj konsternacja Sonii i mój ledwo tłumiony wybuch śmiechu. I tak w kółko.

My i stopa Odela robiącego zdjęcie

Usiedliśmy sobie na trawie w parku i aż do zmierzchu rozmawialiśmy o wszystkim w Iranie, co raz niezręcznie zmieniając temat, gdy Odelowi włączał się tryb bajeranta.

Rozmowy na trawie

Po zachodzie słońca podjechaliśmy jeszcze zobaczyć park, w którym był pochowany Saadi. I znowu to samo. Drzewka, krzaczki budynek na środku, trzy palce i memranie ustami.

Grób Saadiego

Koniec końców zgłodnieliśmy i postanowiliśmy przejśc się na kabab. Kebab okazał się być pięcioma kawałkami Bog wie czego na metalowym pręcie z chlebem do zagryzki. Na koniec Marian pokazała mi jeszcze jeden irański zwyczaj – jedzenie limonki z solą po zakończeniu posiłku. Obiecałem sobie, że w podróży nie odmawiam, wiec spróbowałem i szczerze byłem zaskonczony jak fantastycznie może się wykrzywiać moja twarz.

Kebab!

Po posiłku się pożegnaliśmy i wróciliśmy do domu.A w domu spokoju nie było.

Najstarsza siostra Sonii miała pojutrze wyjeżdżać do Korei Południowej na 5 lat na jakieś studia, wiec zjeżdżała się cała rodzinka na impreze pożegnalną, która miała się odbyć jutro. Najbardziej urocza, ale i również upierdliwa była córka jednej z siostr Sonii, bo cały czas chciała się ze mną bawić. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby nie fakt, ze między 2 a 4 w nocy moja cierpliwość do dzieci mówiących gaga i rzucających we mnie plasteliną jest ograniczona.

Hanna, always crying never sleeping girl

Tak czy inaczej ustaliliśmy, że jutro musimy się wyspać i nigdzie nie idziemy, bo szykuje się zjazd rodzinny i wielkie pożegnanie, wiec czekała mnie prawdziwa irańska domówka. No ale o tym w kolejnym wpisie już jutro;)

Dzień 39

Wczoraj Sonia uprzedziła mnie, że nigdzie się raczej nie ruszymy, bo trzeba przygotować dom na przybycie gości. Miała racje. O 14 zjedliśmy obiad i zaczęły się wielkie przygotowania do wieczornej imprezy pożegnalnej.

obiad na podłodze

Osobiście nie chciałem się im plątać pod nogami, wiec postanowiłem uaktualnić wpisy na blogu. Niby nic takiego, ale za każdym razem przygotowanie nowego wpisu zajmuje mi blisko dwie godziny, dlatego za każdym razem jak mam chwile wolnego czasu, to staram się pisać.

W pewnym momencie zawołała mnie Sonia. Okazało się, że na couchsurfingu napisały do niej dwie polki z prośbą o nocleg. Oczywiście Sonia musiała odmówić, ale wyręczyłem ją w odpowiedzi pisząc w dość podniosłym tonie(coś o ranieniu ich gołębich serc itp.), że niestety nie ma takiej możliwości, ale jutro mogą się z nami wybrać stopem do Persepolis.

Około 16, jak jak już została ustalona kolejka pod prysznic, postanowiliśmy się przejść na spacer do pobliskiego parku. Lubie takie spacery, bo podczas rozmowy można się dowiedzieć naprawdę wielu ciekawych rzeczy.

Spacer w parku

Spacerując po parku naszą uwagę zwróciła awanturująca się kobieta z policją. Podeszliśmy bliżej i się okazało, że policja zatrzymała ją za spotykanie i nieodpowiednie zachowanie(czyt. trzymanie się za ręce) ze swoim chłopakiem w miejscu publicznym. I tutaj ciekawostka. Takie schadzki są zabronione przez prawo, ale młodzi radzą sobie w prosty sposób. W Iranie istnieją bardzo duże i liczne rodziny, wiec najczęściej gdy policja kogoś złapie na takiej schadzce, to młodzi zapierają się, że są kuzynami. I w tym miejscu następuje krótki sprawdzian. Policjant zadaje pytanie o np. wiek czy też imię, któregoś z innych kuzynów i zatrzymana para musi po w ciągu kilku sekund jednocześnie odpowiedzieć na pytanie. W razie pomyłki grozi im albo chłosta, albo kara pieniężna.

A propos kuzynów, to też jest ciekawa sprawa. Otóż w Iranie całkiem popularne są małżeństwa w rodzinie. I to rodzinie najbliższej. na przykład siostra Sonii wyszła za swojego kuzyna pierwszego stopnia, co nie dość, że jest w pełni legalne w Iranie, to jeszcze pochwalane, bo doprowadza do zacieśnienia więzi rodzinnych.

Po powrocie do domu szybki prysznic prasowanie jedynej porządnej koszuli jaką miałem na właśnie takie okazje i byłem gotowy na domówkę. W międzyczasie przyszedł do mnie ojciec Sonii i w wielkiej konspiracji zapytał „Pasza, do you drink whisky ?”. W środku śmiałem się nieziemsko, ale odpowiedziałem w podobny sposób rozglądając się na boki i szepcząc „Only with ice sir!”

O 20 przyszedł Kijan, którego zaprosiła Sonia w trosce, że nie będę mógł z nikim innym się dogadać, bo znajomość angielskiego pozostałych członków rodziny pozostawiała wiele do życzenia.

Tak sobie stoimy i rozmawiamy. Ja w koszuli, która nawet po 20 min prasowania wyglądała jak psu z gardła wyjęta, a on w t-shircie. I wtedy przyszła Sonia z tatą odwaleni jak na bankiet. Ojciec garnitur, lakierki, krawat, a Sonia suknia wieczorowa. Spojrzeliśmy na siebie z Kijanem i głowę dam, że zrozumiał to samo co ja – wyglądamy jak flejtuchy i trzeba coś wymyśleć. Mieliśmy jeszcze chwile, wiec ja wyciągnąłem żelazko i wróciłem do prasowania, a Kijan biegiem wrócił do domu po koszule.

O 21 razem wkroczyliśmy do salonu, gdzie wszyscy(nawet dzieci) byli w garniturach lub sukniach wieczorowych. Na początku była nieziemska stypa, ale z biegiem czasu, czy raczej ilością wypitego alkoholu, robiło się luźniej. Znajomi ojca Sonii poszli pić i rozmawiać do ogrodu, a młodzi zostali w domu. No i się zaczęły tańce jak w przedszkolu. Każdy się wygłupiał, podskakiwał, a całokształtu dopełniały irańskie przeboje i okrzyki „kelellelelelelele”, które ponoć są typowymi okrzykami irańskimi, ale mi bardziej przypominały okrzyk bojowy Indian.

Oczywiście wszyscy zawzięcie próbowali mnie upić czymś co według nich i osoby, która im to sprzedała było „whisky”, ale średnio im to wychodziło, a sami z biegiem czasu padali jak muchy. Tak czy inaczej robiło się wesoło i w końcu dałem się na mówić na skakanie, „kelellelee” i „Aha boogu” i inne śmieszne tańczenie pod pachy itp.

Tańce

Po 30 min od włączenia trybu „impreza-beka” nie miałem spokoju. Ze wszystkich stron „Mister Pasza, come here!”, „Mister Pasza, wanna smoke szisza?!”, „Drink mister Pasza, drink!”. I tak do rana. Było śmiesznie.

Jeden z weselników, kuzyn Sonii, strasznie mnie polubił i non stop chciał ze mną tańczyć i śpiewać. Niestety nasz kontakt ograniczał brak jego znajomości angielskiego, dlatego pomagała mu Sonia. Ale robiła to dość dowcipnie.

W pewnym momencie zapytałem się jej czy jej kuzyn jest gejem, bo non stop mnie obejmuje, klepie w sposób, który w europie byłby postrzegany jako podrywanie. Jak się jej zapytałem, to śmiała się okrutnie, ale zaprzeczyła informując, ze kuzyn ma żone i dzieci. Nie mniej jednak poinformowała kuzyna o moich spostrzeżeniach i ten się tak przejął, ze postanowił mi to wszystko wyjaśnić po angielsku. Poprosił wiec Sonie, żeby powiedziała mu po angielsku „Nie jestem gejem”, ta uczynnie przetłumaczyła „I am very gey and i like your ass”. Jej kuzyn cały szczęśliwy podbiegł do mnie i dosłownie to wykrzyczał. Ja mało co sie nie oplułem, a Kijan siedzcy obok ze śmiechu zaczął się krztusić. Sonia podobnie.

Dzień 40

Osobiście wstałem już o 10, ale w domu panowała kacowa cisza, przerywana jedynie westchnięciami i odgłosem gniecionej plastikowej butelki z wodą.

Sonia zwlekła się z łóżka dopiero o 13 po moim lekkim ponagleniu, bo chciałem mieć pewność, ze tym razem uda mi się zobaczyć Persepolis. W między czasie pojawił się Kijan i co dziwne, zaczęła do nas wydzwaniać Sahar z przypomnieniem, że obiecaliśmy jej, że zabierzemy ją ze sobą. Z dziewczynami z Polski umówiliśmy się, że dojadą do nas busem i spotkamy się na miejscu.

Wyskoczyliśmy taksówką na obrzeża miasta i zaczęliśmy łapać. Dwie dziewczyny i dwóch chłopaków. Złapanie stopa dla takiej ekipy nie należy do prostych zadań chyba, że się oszukuje. Oczywiście machały dziewczyny, a ja z Kijanem usiedliśmy sobie na chodniku i czekaliśmy. Po dwóch minutach mieliśmy stopa. Mina kierowcy, gdy po dwóch dziewczynach wskoczyło do auta jeszcze dwóch facetów, mówiła wszystko.Zadowolony to on nie był. No ale 60 km to tylko parę minut, wiec jakoś przecierpiał i wyrzucił nas pod samą bramą.

O Persepolis chyba każdy słyszał. Potężna siedziba królów starożytnej Persji, którą spalił Aleksander. Generalnie historycy kłócą się o to czy spalił to specjalnie czy może był to wypadek, ale nie zmienia to faktu, że zniszczył coś pięknego. Persepolis nawet jako ruiny robi imponujące wrażenie. Pałac jest zbudowany na powierzchni, która odpowiada ponad trzem pełnowymiarowym boiskom piłkarskim, z czego 1/3 zajmował skarbiec. Z ciekawostek – Aleksander potrzebował ponad 3000 wielbłądów, żeby wywieźć wszystkie skarby Persepolis.

Brama wejściowa

Gdy odpoczywaliśmy w cieniu, to sobie tak rozmawialiśmy z Sonia, Kijanem i Sahar, że wyprawa z Macedonii do Iranu w tamtych czasach to było coś niesamowitego. Już pomijam sam czas podróży, ale zaopatrzenie potężnej armii w wodę i jedzenie na tych pustynnych terenach to naprawdę wyzwanie.

Persepolis

W końcu dołączyły do nas Sylwia i Weronika dziewczyny z Polski, z które skontaktowały się z nami dzień wcześniej. I poświecę trochę miejsca na opisanie każdej z osobna, bo kolejny tydzień spędziliśmy podróżując razem autostopem po Iranie.

Osobiście jedną i drugą określiłbym mianem „równej babki”. Po pierwsze przygotowane i obeznane z ryzykiem jakie stwarza podróżowanie kobiet po krajach bliskiego wschodu. Obie miały obrączki i listę niezbędnych słów takich jak „Mam męża i jestem cnotliwą chrześcijanką”. Dodatkowo były niesamowicie zaradne już pomijam takie rzeczy jak twarde negocjacje z naciągaczami, ale na przykład poradziły sobie z problemem codziennych kąpieli wykorzystując ubikacje turecką.

Weronika i Sylwia

I tutaj czas na opis dość wstydliwej, ale zarazem śmieszniej rzeczy jaką są ubikacje tureckie. Część z Was mogła się z nimi spotkać podczas wizyt w Turcji czy też jakiś zapadłych dziurach w górach. Generalnie jest to dziura w ziemi z miejscem na nogi. Obok tej dziury na ścianie zawsze jest kran z podczepionym wężem, ale już papieru toaletowego to nigdy nie widziałem. I teraz zacząłem sobie zadawać pytanie – „Czy ze mną jest coś nie tak, jeżeli za każdym razem na dłuższe posiedzenie, biorę ze sobą papier?”. Wyglądało na to, że albo nie używają papieru, albo tyłki każdorazowo podmywają sobie tym wężem. Ryzyko lewatywy całkiem prawdopodobne, ale wszystko bardziej higieniczne, to prawda.

Tak czy inaczej dziewczyny właśnie tego węża używały do kąpieli, gdy byliśmy w trasie. Tym samym w jednym miejscu można było wszystko załatwic na raz. Genialne!

No ale wracając do dziewczyn. Obie studentki psychologii z Uniwerku Jagiellońskiego. Weronika(24) i Sylwia(23) podróżowały autostopem po Bliskim Wchodzie już trzeci raz, dlatego sie dogadywaliśmy. Jak ktoś chciał spokoju to po prostu sobie szedł gdzieś dalej i miał spokój. Jak ktoś komuś dogryzał to się z tego śmialiśmy, a nie obrażaliśmy itp. Spędziłem z nimi cały tydzień podróżując i obyło się bez spinek za to z setką przygód. W sumie jedynym problemem był mój plecak, który ważąc ponad 30kg był dość uciążliwym elementem przy pakowaniu się w trójkę do aut, ale dziewczyny dzielnie to znosiły.Dziewczyny, jeśli to czytacie to jeszcze raz przepraszam za niego!: )

Po przegadaniu tego jakie mamy plany ustaliliśmy, że Sonia, Kijan i Sahar zostają na dole, a my w trójkę wspinamy się na góry, żeby zobaczyć panoramę Persepolis o zachodzie słońca.

Dziesięć minut wspinaczki w sandałach(i w przypadku Sylwii w klapkach) dotarliśmy na szczyt wzniesienia, u podnóża, której położone było miasto. Tam czekając na zachód,przez 40 min rozmawialiśmy o naszych przygodach, doświadczeniach i planach na przyszłość.

Persepolis o zachodzie słońca

O 19 spotkaliśmy się wszyscy przy wyjściu i postanowiliśmy wspólnie wracać do Shiraz.

Po drodze byłem jeszcze świadkiem powalającej znajomości języka angielskiego przez lokalnych przedsiębiorców, a mianowicie tych, którzy oferowali konne przejażdżki. Jeden z nich podjechał do mnie i zapytał „wanna ride my horse?”

Pierwszym stopem spod Persepolis okazał się pick-up, na którego bez problemu sie wszyscy załadowaliśmy, ale później już było trudniej.

Na pick-upie

Postanowiliśmy się rozdzielić. Ja pojechałem z Sonią i Sahar, a Kijan z Sylwią i Weroniką. Oni złapali pierwsi stopa i myśleliśmy, że zobaczymy ich dopiero w Shiraz, ale okazało się, że spotkaliśmy ich pare kilometrów dalej, ponieważ podobnie jak nas, ich kierowca zawiózł ich tylko na wylotówkę. I znowu stoimy w sześć osób zastanawiając się co robimy dalej, bo już ciemno. Na szczęście Kijan zaczepił kierowcę ciężarówki i ten zgodził się nas zabrać na pace aż do miasta. Tym samym pierwszy raz w życiu jechałem stopem na pace ciężarówki.

Pierwszy stop na pace ciężarówki

Podczas podróży nie dość, że śpiewaliśmy, to jeszcze postanowiliśmy pojechać do parku, żeby porozmawiać i spotkać się z Odelem oraz hostem Sylwii i Weroniki.

Na miejscu okazało się, że Sahar zaprasza nas na domówkę jakiś swoich znajomych, ale ani Sonia ani Kijan nie wyrazili zainteresowania tą opcją, dlatego po godzince spędzonej w parku rozjechaliśmy się do domów.

Jutro kolejny wpis poświęcony podróży do Yazd oraz noclegu w domu chłopaka aresztowanego za Couchsurfing; )

 

 

 

Dzień 41

Wstałem o 8 rano, spakowałem się i wraz Sonią ruszyłem na spotkanie dziewczyn, z którymi poznałem się wczoraj. Równo o 10 spotkaliśmy się, pożegnaliśmy z naszymi hostami i taksówką ruszyliśmy na wylotówkę z miasta. Poprośliśmy jeszcze naszych hostów o ustalenie ceny i miejsca gdzie ma nas dowieźdź kierowca i jazda.

Gdy wysiedliśmy oczywiście okazało się, że kierowca chce wiecej, bo „używaliśmy bagażnika”, ale Weronika zaczeła się z nim kłócić o to co nasze i dosłownie wyciągała mu pieniądze z ręki.

Obładowani plecakami idziemy na wylotówkę i łapiemy stopa. Jedynym problemem były tłumy gapiów, którzy zaczepiali oraz tłumy taksówkarzy liczących na zarobek. Na szczęście już po 10 min mieliśmy stopa w naszym kierunku.

Autostopem do Yazd

Kierowcą okazał się „Tłuścioszek” (dziewczyny zaraziły mnie nadawaniem ksywek, a nie korzystaniem z imion), który początkowo miał nas podwieźć tylko na autostrade ale koniec końców przejechaliśmy z nim ponad 400km.

W podróży zaczeły wychodzić nasze pierwsze błędy wynikające z tego, że się jeszcze nie znaliśmy i nigdy razem nie łapaliśmy. Dziewczyny miały swoje sposoby, a ja swóje. Nie mniej jednak wszystki wychodziło w praniu. Klasycznym przykładem błędu, który popełniliśmy był brak ustaleń czyim meżem jestem, albo w jaki sposób jesteśmy spokrewnieni, co by miejscowi nie robili sobie nadziei na ożenek. Dlatego w pierwszym momencie na pytanie czy jesteśmy rodziną oczywiście przytakneliśmy i całkiem zgrabnie skłamałem, że jestem mężem Sylwii, a Weronika to moja siostra, której mąż jest budowlańcem w Polsce. To było słaba ściema, bo do Weroniki nijak byłem podobny, a i do małżeństwa nie byłem przygotowany, bo obrączki nie miałem.

Z „żoną i siostrą”

Tak czy inaczej, po mniej wiecej godzinie jazdy nasz „Tłuścioszek” kupił nam owoce i zatrzymał się na stacji benzynowej, gdzie przygotował herbatę. I tam pierwszy raz musiałem użyć zawartości apteczki na sobie. Sierota jestem, wiec podosząc plecak zahaczyłem o coś wystającego i z całej siły pociągnąłęm w górę. Ałć i połowa paznokcia złamana. Własnie tego potrzebowałem przed podróżą na pustynie, gdzie piasek wchodzi wszędzie. Tak czy inaczej gaza, plaster, nożyk i jakoś przeżyłem.

W irańskim aucie

No i w drogę dalej. Miałem pecha, bo jako facet byłem skazany na siedzenie obok kierowcy i zabawianie go rozmową na poziomie „I like very much Iran. Iran wonderful country, I love people in Iran” podczas gdy dziewczyny po wyczerpaniu zasobów irańskich zwrotów z ich podręcznych notatników, wzieły się za czytanie książek, albo drzemki. Żeby rozmowa się jakoś kleiła zacząłem pokazywać zdjęcia z Iranu i to był mój błąd, bo po chwili się ogarnąłem, że jeżeli zacznie przeglądać wiecej zdjęć, to się zorientuje, że na żadnym nie ma mojej „żony i siostry”.

Pod koniec podróży zadzwonił jeszcze do swojego kolegi z pracy, który wytłumaczył mi, że byłoby bardzo miło, jeśli pomógłbym im zdobyć wize do Polski. Oczywiście, że pomogę! Jak tylko wrócę do kraju, to odrazu idę do MSZ i będę im wszystko załatwiał, tylko niech nas wyrzuci na trasie na Yazd. Wyrzucił.

Tam ledwo staneliśy, to zatrzymał się jakiś „Nauczyciel” z zaproszeniem do domu itp. ale postanowiliśmy, że dzisiaj dojedziemy, więc grzecznie odmówiliśmy.

Nauczyciel

Po mniej wiecej 15 min zatrzymało się pierwsze auto, które zgodziło się nas wziąc bezpłatnie. TIR z trzema osobami w środku. Oczywiście, żadna z nich nie mówiła ani po angielsku ani po rosyjsku, wiec po prostu tłumaczyliśmy im wszystko po polsku. I najśmieszniejsze jest w tym wszystkim to, że dało radę, chociaż podkoniec podróży od mówienia bolały mnie ręce.

W trasie

W Yazd odebrał nas „Balal” generalnie znajomy znajomego Sylwii i Weronikii, który również był couchsurferem. I to nieprzeciętnym.Okazało się, że przenocował już ponad 230 osób z całego świata. Miejsce, gdzie przenocowywał ludzi było w piwnicy,w której było widać obecność większości z nich. Wszystkie ściany w podpisach i rysunkach, na tablicach pocztówki i banknoty z całego świata, a na dodatek zdjęcia legitymacyjne niektórych osób na lodówce.

Jeden z malunków na ścianie

Podczas podróży do domu okazało się, że był aresztowany za couchsurfing, bo jakiś sąsiad doniósł na niego na policję, że przenocowuje obcokrajowców. Właśnie dlatego w okolice jego domu podjechaliśmy powoli, a gdy zobaczył sąsiada, to wycofał i pojechaliśmy pokrążyć po mieście. Gdy w końcu dowiedział się, że na ulicy jest czystko poinstruował nas, że gdy tylko się zatrzyma to mamy wyskoczyć z auta i wejść do domu.

Wszystko wyglądało mega poważnie itd. ale poźniej utwierdziłem się w przekonaniu, że chłopakowi się troche na łeb palenie rzuciło. A palił sporo i nie tylko papierosów i shishy ale również popularnego w Iranie haszyszu. Zapaliłem i ja.

Przed podróżą postanowiłem mowić tak na wszystko co lokalne i normalne, czy to do jedzenia, picia czy palenia, wiec apeluję do kochanej rodzinki, nauczycieli i wychowawców – spokojnie, wszystko jest dla ludzi, zwłaszcza jeżeli mówimy o próbowaniu, a nie o uzależnieniu.

Nasz host miał cały rytuał przygotowania haszu z tzw. „butli”. Do zabawy trzeba było mieć czajnik z wodą, plastikową butelkę, sreberko i żarową zapalniczkę.

Najpierw w spodzie butelki robił dziurkę nie większą niż paznokieć. Odkręcał korek i nalewał do butelki wody. Następnie na gwint butelki nakładał sreberko, które dziurawił lekko wykałaczka i kład na nim hasz. Kolejnym krokiem było równoczesne rozpoczęcie spuszczania wody przez małą dziurkę na spodzie i wypalanie haszu, żarową zapalniczką. W ten sposób cały dym zostawał w butelce, a woda spływała przez dziurkę do czajnika. I już! Dym gotowy do wdychania.

Balal w trakcie robienia „butli”

Weronika i Sylwia trochę się po chichrały, ale na mnie w sumie nie ruszyło specjalnie. Tak czy inaczej opaliliśmy jakieś filmiki na youtubie i w towarzystwie Balala i jego kumpla Alego, który do nas dołączył poźniej, oglądaliśmy je do 3 w nocy a następnie poszliśmy spac.

W stroju irańskiej armii

Dzień 42

Wstaliśmy dopiero o 13 (nienawidzę marnować czasu na spanie, ale dziewczyny tego potrzebowały, wiec sie dostosowałem) i znowu do 16 marnowaliśmy czas siedząc, oglądając youtuba i jedząc śniadanie. W końcu ustaliliśmy, że Balal zadzwoni po jakiegoś swojego znajomego, który nas zawiózł do hotelu, w którym ponoć mieliśmy nocleg za darmo.

Hotel umiejscowiony był w samym centrum, więc jak tylko zostawiliśmy plecaki, ruszyliśmy na spacer uliczkami Yazd. I było pieknie. Idealne pustynne miasto. Małe wąskie uliczki, niskie budynki przerywane tylko co jakiś czas meczetem i „Wiatrowymi wieżami”

„Wiatrowe wieże”, są jedną z pierwszych rzeczy, które rzucają sie w oczy w Yazd. Zostały wymyślone ponad 3000 lat temu i do dzisiaj pełnią swóją funkcję schładzania wody. Działa to na podstawie podstawowego prawa fizyki – ciepłe powietrze jest lżejsze, a chłodne cięższe. Gdy z jednej strony wpadał chłodny wiatr do wieży, to wypychał znajdujące sie tam cieplejsze powietrze i chłodził w ten sposób wodę, z której korzystali mieszkańcy.

Wiatrowe wieże w Yazd

Podczas zwiedzania męczył mnie jeden pomysł – wejść na dach, któregoś z budynków i zrobić zdjęcie panorami miasta przy zachodzącym słońcu. I w końcu się udało. Chodziłem sprawdzałem i znalazłem zielone drzwi prowadzące na jeden z wyższych punktów w mieście. Tam spędziłem z dziewczynami ponad godzinę rozmwiając o wszystkim i o niczym.

Weronika i Sylwia na tle panoramy starego miasta Yazd

Podczas naszego posiedzenia na dachu zaczął do nas wydzwaniać inny couchsurfer z Yazd, który koniecznie chciał nas zaprosić na swoje wesele. Tak wesele! Oczywiście zgodziliśmy się i tym samym mieliśmy już zaplanowany jutrzejszy dzień.

Gdy słońce już zaszło, to posiedzieliśmy jeszcze chwilę i postanowiliśmy pojść coś zjeść. W sumie, to nawet nie coś tylko „Falafele”, która była zadziwiająco tania i smaczna. Trochę to trwało zanim znaleźliśmy odpowiednie miejsce, ale było warto.

omnomnom

Była już 23, wiec zbieraliśmy się w kierunku hotelu, gdy na naszej drodze spotkaliśmy Odela. Tak, Odela Tunezejczyka z Shiraz. Nie umawialiśmy się z nim, ani nic. Tak po prostu spotkaliśmy go po dwóch dniach 700km od Shiraz na środku ulicy. Okazało się, że był na spotkaniu innych chouchsurferów w pobliskim hotelu i aktualnie zmierza na dworzec w kierunku Esfahanu. Pożegnaliśmy się, wiec z nim i postanowiliśmy dołączyć do innych.

Pozostałymi couchsurferami w Yazd okazała się sympatyczna 21-letnia Saghi i 27-letni surfer z Czech, Michał. O ile Saghi była lokalnym hostem, to Michał okazał się być osobą zupełnie zwariowaną.Ponad rok temu rzucił wszystko i zamiast wracać z wakacji w Indonezji do kraju, to postanowił zwiedzić świat autostopem. I jakimś cudem trafił do Iranu. Stwierdziłem, że takiej okazji nie mogę przegapić i postanowiłem przeprowadzić z nim wywiad i zapytac czym jest dla niego szczęście i jakie ma teraz marzenia. Było jednak już trochę późno, więc postanowiliśmy nakręcić wywiad juto o wschodzie słońca.

CS meeting

Po pożegnaniu ruszyłem z dziewczynami do hotelu, gdzie po prysznicu i szybkim praniu zalegliśmy spać.

Strony:
1 2 3 4 5 6 7

1 komentarz dodany:

Dodaj komentarz