Kaukaz i Bliski Wschód 7

Dzień 44

Z Michałem umówiłem się, że przyjdę po niego o 6.00 i przejdziemy się na miejsce, które wczoraj odkryłem z dziewczynami, żeby nagrać wywiad przy wschodzącym słońcu. Samo wstawanie było mega ciężkie, bo zegar biologiczny miałem zupełnie rozstrojony i zasnąłem dopiero o 2 w nocy, ale stawiłem się punktualnie.

Wschód słońca w Yazd

Następnie poszliśmy owego miejsca. I nie było łatwo, bo każda uliczka wyglądała tak samo i dopiero po kilkunastu minutach trafiliśmy na miejsce. Idealnie na wchód słońca. Idealne miejsce i moment, żeby zapytać człowieka, który przemierzył świat autostopem, jakie są jego marzenia i definicja szczęścia.

Posiedzieliśmy i pogadaliśmy jeszcze o naszych austostopowych doświadczeniach, a gdy zaczeło się robić zbyt ciepło, ruszyliśmy na śniadanie. Po drodze zaszliśmy jeszcze zapytać dziewczyn czy też coś chcą, ale smacznie spały.

Z Michałem poszliśmy zjeść kebaba, a następnie się pożegnaliśmy z nadzieją ponownego spotkania w Pradze.

Mułła

Wróciłem do hotelu, gdzie dziewczyny już się powoli zbierały i postanowiłem ustalić jaki plan na dzisiaj. A plan był ciekawy. Otóż od wczoraj wydzwaniał do nas jeden Irańczyk, który serdecznie nas zapraszał na wesele. Tak na wesele! I to nie na zasadzie – „jak chcecie to przyjdzicie”, tylko „Mogę po Was przyjechać! Cała moja rodzina na Was czeka!”. Dzwonił od 8 rano.

W końcu dziewczyny oddzwoniły i ustaliśmy, że „Weselnik” odbierze nas o 10. W miedzyczasie spakowaliśmy manatki i generalnie po krótkiej niejasności okazało się, że rzeczywiście mieliśmy nocleg za darmo. Czekając na naszego kierowce zaszliśmy jeszcze na pocztę kupić znaczki na pocztówki.

W drodze zauważyłem ciekawą rzecz. Otóż wiele drzwi w mieście miało dwie kołatki w różnym kształcie. Okazało się, że zostały stworzone w celu zminimalizowania kontaktów damsko-męskich.Jedna była dla mężczyzn, a druga dla kobiet. Kołatki wydawały różne dźwięki i w ten sposób obecni w środku wiedzieli, kogo się spodziewać za drzwiami i kto powinien je otworzyć.

Kołatki w Iranie

„Weselnik” – Ali okazał się być całkiem miłym facetem, na swój sposób śmiesznym i strasznie zakręconym. Mimo tego, że miał wesele, to przyjechał po nas osobiście ze swoją przyszłą żoną i zawieźli nas prosto do domu panny młodej.

Kuzyn, „Weselnik” i żona „Weselnika”

A tam chciałoby się powiedzieć, że beton religijny. Wszystkie kobiety albo w czadorach albo w szczelnych hidżabach. Ciekawa odmienna po tych wszystkich „wyzwolonych” Irankach. Nie mniej jednak gościnność pozostała iście irańska.

Jak tylko przyszliśmy to oczywiście herbatka owoce i słodycze, z których słynie Yazd.

Słodycze z Yazd

Kolejne miasto i kolejni faceci w dość ekspresyjny sposób okazujący swoją sympatie do mnie. Tym razem moim fanem okazał się być 30-letni kuzyn „weselnika”, który ożenił się 6 lat temu z 16latką. Powiem szczerze, dość nieswojo się czułem jak „weselnik” trzymał rękę na moim kolanie, a jego kuzyn mnie obejmował. Jakby tego było mało, to widziałem rozbawione miny Weroniki i Sylwii, które siedziały naprzeciwko.

Irańska ekspresja

Tak czy inaczej po jakimś czasie dołączyli do nas kolejnni goście i wspolnie zjedliśmy obiad na ziemi. Byliśmy również świadkami ciekawego sposobu rozbawiania dziecka. Zabawa polegała na dosłownym przerzucaniu dziecka przez pokój w objęcia innego członka rodziny. Ubaw po pachy.

Obiad w domu „Weselnika”

Po obiedzie „weselnik” podjął decyzje o przetransportowaniu nas do domu innego członka rodziny. I tym samym trafiliśmy do kogoś kogo imienia nie pamiętam, ale naszego głównego opiekuna pozwoliłem sobie nazwać „kamerdynerem” ze z względu na jego wiecznie wyprostowane plecy i opanowanie.

Mieszkanie do którego trafiliśmy było nie dość, że duże, to jeszcze urządzone na bogato i ze smakiem. Mogliśmy się tam wykąpać w iście królewskich warunkach i przygotować do wesela. W moim przypadku przygotowania ograniczyły się do wyprasowania ciuchów, a dziewczyny musiały się przebrać w ubrania, które dostarczyły im ciotki „weselnika”. Było śmiesznie, bo o ile Weronika miała szczęscie co do wyboru, to Sylwia musiała przyodziać delikatnie mówiąc pstrokaty gorsecik i spódnice.

Pozwolę sobie jeszcze napomknąć o rozmowie jaką prowadziłem z Sylwią, „Kamerdynerem” i „Zgredkiem”. Generalnie rozmawialiśmy o różnicach miedzy ludźmi z innych krajów i Sylwia powiedziała coś co mi utkneło w pamięci. Otóż zwróciła uwagę, że owszem, gdzy się spotykamy tak jak teraz, to wszyscy wydajemy się być tacy sami, mimo różniących nas religii, tradycji i historii. Jednak istnieje coś takiego jak trzy stopnie poznania danej kultury i na każdy kolejny wchodzi się po jakimś czasie obcowania z daną kulturą. O ile na tym najniższym ograniczającym się do krótkotrwałego kontaktu ludzie mogą wydawać się tacy sami, to na kolejnych różnice stają się coraz bardziej widoczne. W ogole Sylwia wcześniej też mi zaimponowała na sposób w jaki nikt nigdy mi nie zaimponował. Prowadziliśmy jakąś całkiem normalną rozmowę, a ona w jednej wypowiedzi użyła słowa „martyrologia” i „mesjanizm”. Szał.

Cały dzień żyłem myślą, że wesele okaże się czym ciekawym i wartym zobaczenia, ale okrutnie sie rozczarowałem.

Wyobraźcie sobie, że na tradycyjnym irańskim weselu kobiety i mężczyźni świetują osobno. I nie mam tu namyśli osobnych stołów, ale osobną sale bez możliwości transferu osob. Jednynym mężczyzną, który może odwiedzić kobiety jest pan młody oraz jego ojciec.

Kolejną rzeczą jest absolutny brak zabaw. Wesele u mężczyzn ogranicza się do jedzenia i rozmów. U kobiet ponoć są tańce i śpiewy, ale Weronika i Sylwia zerelacjonowały, że u nich tez była stypa.

Jedzenie też jest inne. W pierwszej kolejności na stole lądują słodycze (które są tutaj przepyszne), później sałatki, a dopiero na koniec kurczak i ryż.

Irańskie słodycze

Najśmieszniejszy w tym wszystkim jest fakt, że wesele, na które jest zaproszonych 400 gości uważa się tutaj, za średnie. Standardem są wesela na co najmniej 500 osob.

Wesele(a raczej darmowa wyżerka) trwa około 3 godzin i kończy się w momencie, gdy zjesz już wszystko co miałeś do zjedzenia. Wtedy wszyscy wychodzą, a Państwo młodzi zostają z długami za kolacje dla kilkuset osób.

Dodatkowo w męskiej części nie pojawia się panna młoda.

Nie mniej jednak postanowiłem skorzystać z okazji i pociągnać za język chłopaków i dowiedzieć się czegoś wiecej o życiu. I najśmieszniejsze jest, to że kobiety mimo, ze nie maja praw w życiu publicznym, to w domu sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Wszyscy faceci, z którymi rozmawiałem potwierdzili, że w domu rządzi kobieta i nie ma zmiłuj.

Generalnie to oni mieli wiecej pytań do mnie niż ja do nich. Pytania były w sumie banalne typu ” Czy to prawda, że dziewczyny podrywa się w klubach, gdzie wszyscy piją alkohol” itp. Ale jedno rozbawiło mnie nieziemsko. Chłopaki wzieły mnie na bok i nieśmiało zapytali czy skoro mam blond włosy na głowie i na rękach, to czy wszedzie są one takie same? Dyplomatycznie odpowiedziałem, ze „są czarne tam gdzie słońce nie dociera”

Po wyjściu z wesela porównaliśmy nasze wrażenia z wesela i poszliśmy do domu, gdzie o 24 już wszyscy grzeczenie spali.

Dzień 45

o 9 zjedliśmy sniadanie i zaczeliśmy kombinować co tu zrobić, żeby nasi gospodarze odwieźli nas do centrum. Klasyczna zagrywka
- Czy są stąd jakieś autobusy do centrum?
- Nie ma, ale przecież możecie wziąć taxi
- Taxi jest dla nas za drogie. Po prostu się przejdziemy. Przecież to tylko 5km, a my mamy takie lekkie plecaki.

Zawsze działa.

Zostaliśmy podrzuceni w okolice naszego hotelu, gdzie postanowiliśmy popytać o nasze rzeczy (każdy z nas coś zostawił u Balala), które miał nam ktoś podrzucić do hotelu. Okazało się, ze musimy poczekać i rzeczy będą w innym hotelu, wiec po prostu położyliśmy nasze bagaże i ucieliśmy sobie drzemke.

Popołudniu ruszyliśmy na autobus. W sumie mieliśmy trzy przesiadki i w końcu po godzinie dotarliśmy na wylotówkę, gdzie zaczeliśmy łapać. Planowo chcieliśmy dojechać na pustynie jeszcze dzisiaj, ale zaliczając po drodze Chack-chack, czyli święte miejsce zoroastrian.

Weronika i Sylwia

No i się zaczeło. Pierwszy autostop, drugi, trzeci na pick-upie i wylądowaliśmy na trasie do Chack-Chack. Był tylko jednek problem – nie jechało tam absolutnie nic, wiec postanowiliśmy iść. po mniej wiecej 30 min usłyszeliśy samochód, wiec zaczeliśmy machać i się udało.

Chack-Chack

Na miejscu zrozumieliśmy czemu nikt tu nie jechał. Okazało się, że droga prowadzi tylko i wyłącznie do tego miasta-światyni, a tam na stałe mieszkał tylko jeden mnich.

O ile nasz kierowaca z żoną poszli w kierunku świątyni, to ja postanowiłem się powspinać, żeby zrobić zdjęcia z jakiś fajnych miejsc. I w sumie na wspinaczce straciłem dobrze ponad 40 min, aż kierowca zaczął się niecierpliwić, ale było warto.

Pustynne góry Iranu

Postanowiłem jeszcze napełnić butelki z wodą, wiec podbiegłem szybko w kierunku światyni, gdzie mnich nie dość, ze nalał mi wody, to jeszcze dał mi klucz, żebym samodzielnie zobaczył święte miejsce, które okazało się jaskinią z ustawionymi miskami, w miejscach gdzie kapała woda.

Po 30 min znowu staliśmy na drodze, ale tym razem już w kierunku pustyni. I znowu łapanie stopa dość łatwe. Rodzinka, która nas zabrała nie dość, że podjechała po nas na wstecznym po przejechaniu kilkuset metrów, to jeszcze zaprosiła do siebie na kolacje i na noc.

Ich dom okazał się być jednopokojowym mieszkaniem, z kuchnią, przedpokojem i ogrodem, po którym latały kury i gęsi. Przez cały wieczór oglądaliśmy jakąś telenowele turecką, z irańskim lektorem, przerywaną non stop reklamami pasty do zębów.

Kolacja

Na kolacje dostaliśmy tuńczyka z puszki podsmażanego na patelni z ryżem, który okazał się zaskakująco smaczny.

o 23 już spaliśmy.

Dzień 46

Wstaliśy dość wcześnie, bo pani domu zaczeła się już kszątać o 7.00, a jej mąż już był w pracy. Jak tylko wstaliśmy zaczeliśmy czuć presję. Zamiast najmniejszego choćby śniadania dostaliśmy tylko herbatę(człowiek robi się dość wymagający po spotkaniu tylu wspaniałych ludzi).Po wypiciu herbaty bylismy dosłownie popędzani i co śmieszniejsze okazało się, że kobieta chce od nas pieniędzy za nocleg mimo, że dzień wcześniej podkreślaliśmy, że takowych nie mamy i sypiamy w namiotach.

Po dość oschłym pożegnaniu o putych żołądkach ruszyliśmy na wylotówkę. Jednak Iran ma to do siebie, że koniec końców jeśli jesteś podróżnikiem, to śniadanie samo do Ciebie przyjdzie.

Gdy tylko staneliśmy na trasie podszedł do nas kierowca ciężarówki, który zaprosił nas na wspólny posiłek z kolegami. Okazało się, że niestety panowie jadą w przeciwnym kierunku, ale nie przeszkodziło to im w przygotowaniu nam smacznej jajecznicy oraz podarowaniu melona na drogę.

Śniadanie

Najedzeni zaczeliśmy łapać i już w sumie po 10 min mieliśmy podwózkę w naszym kierunku. Naszym kierowcą okazał się starszy kierowca TIRa, który nie dość, że poczęstował nas plackami ziemniaczanymi(które de facto Weronika uwielbia) ale również pozwolił posłuchać naszj muzyki co było miłą odmianą po kilkunastu dniach słuchania non-stop irańskich hitów.

Nie mniej jednak znowu doszło do małego nieporozumienia, ponieważ kierowca oczekiwał pieniędzy. Od tej pory już za każdym razem pokazywaliśmy karteczkę, na której mieliśmy zapisane, że zwiedzamy ich wspaniały kraj „bez pieniędzy” i podobne problemy już się nie powtarzały.

Instrukcja obsługi autostopowicza w Iranie

Po drobnych kłopotach spowodowanych niedokładnością mapy, którą posiadaliśmy(skrzyżowanie zaznaczone na mapie w centrum miasta okazało się być położone 10km za nim) wysiedliśmy na trasie prowadzącej teoretycznie bezpośrednio do kolejnego naszego punktu podróży.

Pustynia i wielbłądzi znak

Jednak łapanie stopa na pustyni ma to do siebie, że mało kto tamtędy jeździ i tym samym dopiero po 30 min zatrzymaliśmy auto jadące do Khur. Znowu TIR.

Dziewczyny dość szybko ucieły sobie drzemkę, a ja podziwiałem pustynie (czyt. piasek, kamienie i góry), która ciągneła się nieprzerwanie przez setki kilometrów.Po jakimś czasie okazało się, że nasz kierowca lekko zboczył z trasy, ale w sumie niespecjalnie nam to komplikowało sprawe.

Pustynia

Po mniej wiecej dwóch godzinach jazdy zrobił przerwę na posiłek podczas którego miała miejsce dość śmieszna sytuacja. Otóż nasze auto mialo wypaśny monitor do odtwarzania filmów, w razie gdyby ekscytacja pustynią się w końcu znudziła. I o ile w trakcie podróży leciały z niego jakies teledyski do irańskich hitów, tak w przerwie na posiłek zmieniła się płyta. Nowym hitem okazał się bardzo stary film dla dorosłych. Najśmieszniejsze jest to, że o ile ja siedziałem na fotelu pasażera i niewiele widziałem, to dziewczyny siedziały na przeciwko i widziały wszystko. Chcąc uniknąc krępującej sytuacji dziewczyny po prostu starały się udawać, że nie zauważają filmu, ale było im niezmiernie trudno zachować powagę. W końcu kierowca zorientował się, ze wskoczyła mu prywatna płyta i szybko wyłączył film.

Po trzech godzinach jazdy wysadził nas tam gdzie się umówiliśmy. Byliśmy najedzeni, wypoczęci i staliśmy na dość uczęszczanej (jak na warunki pustynne) trasie.

W oczekiwaniu na stopa

Po 10 minutach mieliśmy kolejny transport z dość dziwnym facetem w starym mercedesie, który non stop gapił się na dziewczyny z głupio otwartymi ustami.

Stary mercedes

W trakcie jazdy przejeżdżaliśmy kontrole policyjną, która oczywiście widząc na siedzeniu cztery osoby, zgarneła nas do kontroli. Mało tego. Oprócz kontroli jednemu służbiście zachciało się przetrzepać plecaki dziewczyn. Ja osobiście widząc jak wyciąga z plecaków dziewczyn lakier do paznokci czy też chusteczki higieniczne z takim namaszczeniem jakby spodziewał się tam znaleźć broń, nie mogłem się powstrzymać od śmiechu. Całości dopełnił młody chłopak stojący obok służbisty, który z rozbawieniem mrugnął do mnie okiem.

Okazało się, że policjanci nie mogli pojąć po co trójka europejczyków z Lachistanu jedzie autostopem na pustynie. Nie próbowaliśmy nawet tłumaczyć.

Posterunek

Później okazało się, że znowu nas zawiodła niedokładna mapa i znowu przegapiliśmy zjazd do Mesh, który jest ostatnią wiochą przed pustynią, ale na szczęście zgarnął nas facet, który nie dość, że dowiózł nas na skrzyżowanie, które mineliśmy, to jeszcze zawiózł nas do Mesh, które było odalone od drogi o 45km. Tym samym o 16.30 dotarliśmy do ostatniej wiochy przed marszem na pustynie.

Tam uzupełniliśmy zapasy wody i wzieliśmy kąpiel korzystając z węży zamontowanych przy dziurach toaletowych, a następnie po upewnieniu się, że w sklepie nie ma totalnie nic, ruszyliśmy na pustynie.

Nasz marsz trwał niecałe 20 min, bo maszerowanie po rozgrzanym i zapadającym się pod naszym ciężarem piasku, nie należało do najłatwiejszych. Znaleźliśmy miejsce otoczone przez wydmy, rozbiliśmy namioty,zebraliśmy drewno na ognisko, a następnie każdy z nas poszedł w swoim kierunku, żeby odpocząć od pozostałych i delektować się wszechobecną cisza.

Weronika i chillout

Ogólnie na pustyni spędziliśmy noc PRAWIE idelaną. Prawie, bo wszystko prawie było idelanie. Mieliśmy prawie prawdziwe ognisko tylko, że zamiast kiełbaski i ziemniaczków, mieliśmy melona od TIRowców z rana. Na niebie była prawie pełnia(brakowało dwóch dni), a pustynia była prawie prawdziwa, bo było na niej za dużo krzewów.

Obozowisko

Tak czy inaczej gdy już słońce znikło z horyzontu spotkaliśy się wszyscy przy ognisku, gdzie dyskutowaliśmy o naszych definicjach szczęścia i miłości oraz o życiu generalnie.

Rozmowy przy ognisku

Dzień 47

Z namiotów wyciągneło nas słońce. Jak to zwykle bywa, po prostu było za gorąco, żeby spać dłużej. Spakowaliśmy plecaki i postanowiliśmy jeszcze podejść kawałek dalej, żeby zobaczyć absolutną pustkę. Dotarliśmy po 15 minutach i zrobiliśmy kilka zdjęć. Niestety, robiło się już zbyt gorąco, a piasek zaczynał palić stopy, więc postanowiliśmy znikac jak najszybciej.

Pustynia i góry w tle

I znowu po 20 minutach marszu trafiliśmy do wioski, gdzie znowu wzieliśmy prysznic i upewniliśmy się, ze w sklepie ciągle nic nie ma. Następnie mieliśmy chyba jedyną sytuacje podczas całego naszego wspólnego podróżowania, w której doszło do małego sporu.

Wioska była naprawdę zapadłą dziurą, gdzie były chyba jedybnie dwa czy trzy auta i autobus, który jechał do głownej trasy. Oczywiście kierowca widząc turystów nie zawahał się ich naciąć. Normalnie bilet autobusowy na 40km kosztuje maksymalnie około 50 groszy, ale nasz kosztowało to 3 złote.

busik

O ile ja byłem gotowy zapłacić te 3 złote bez namysłu, to dziewczyny się targowały – bezskutecznie i zdecydowały się na łapanie stopa(co w tym miejscu naprawdę graniczyło z cudem). Oczywiście koniec końców wzieliśmy busa, który zatrzymał się koło nas gdy szliśmy na trase.No ale dziewczynom chodziło o zasady, czyli niesprawiedliwość naciągania turystów.

Na wylotówce dość szybko zabrał nas kierowca ciężarówki, który nie dość, ze zafundował nam śniadanie(pamiętajcie – w Iranie śniadanie przyjdzie do Was same), to jeszcze chciał nas zaprosić do siebie do domu w Esfahanie, ale nie było to nam po drodze. Dziewczyny miały plan jechać w przeciwnym kierunku, a ja na północ do Armenii.

Dobroczyńca

Kieroca wyrzucił nas w Nain gdzie wiedziąc, że się dzisiaj rozstaniemy dziewczyny postanowiły znaleźć kawiarenkę internetową, w której będą mogły przerzucić wszystkie zdjęcia i filmy, które miałem na swoim aparacie i kamerze z ich udziałem. Kawiarenka internetowa okazała się być zamknięta, ale lokalny kierowca, który nam pomagał wyrzucił nas w centrum. Dziewczyny dość szybko sobie poradziły z przerzucaniem zdjęć w pobliskim biurze, a ja siedziałem na zewnątrz przygotowując tabliczkę „Tehran.No money”.

W pewnym momencie przed moim nosem zatrzymał się motor, a jego kierowca zaczął mówić po angielsku. Okazałało się, że był nim właściciel kawiarenki internetowej i jednocześnie przewodnik opisany w przewodniku „Lonley Planet”. Nie dość, że pozwolił nam na szybkości skorzystać z internetu(dosłownie 15 min po czym nas wygonił), to zrobił nam krótką wycieczkę po Nain, uwzględniającą zwiedzanie podziemnych warsztatów, w których ręcznie przygotowuje się perskie dywany(albo wycieraczki).

Pracownia w podziemiach

Po wszystkim wyrzucił nas na wylotówkę, gdzie po 5 minutach zatrzymaliśmy stopa. Niestety okazało się, że ma zawalony bagażnik, wiec postanowiliśmy, że w tym miejscu po siedmiu dniach wspolnej podróży pożegnamy się.

W trasie

Dziewczyny poleciały, a ja łapałem dalej sam. Po 10 minutach zatrzymała się ciężarówka jadąca bezpośrednio do Tehranu. Moim kierowcą okazał się niepozorny ciapciak, który poźniej był sprawcą najniebezpieczniejszej sytuacji z jaką kiedykolwiek miałem do czynieni i która rozpoczeła mój najgorszy dzień w historii autostopowania.

Niepozorny ciapciak

No ale o tym już w kolejnym wpisie, który opublikuję już jutro;)

 

 

 

Dzień 48

Wczoraj dojechaliśmy do obrzeży Tehranu, gdzie mój kierowca miał mieć rozładunek. Niestety dojechaliśmy tam dopiero o 23, wiec wszystko było pozamykane. Po upewnieniu się, że jutro po rozładunku będzie się kierował w stronę centrum postanowiłem zostać z nim na noc, ponieważ europejczyk spacerujący nocą po południowym Tehranie wzbudzałby co najmniej sensację i niezdrowe zainteresowanie spacerujących czy też leżących w kątach uzależnionych od opium.

Kierowca zatrzymał się miedzy wielkimi hangarami i bramami wjazdowymi na tereny różnego typu przedsiębiorstw. Na początku myślałem, że będziemy spać w kabinie, ale okazało się, że plan jest inny. Irańczyk wyciągnął dywan, dwa koce i poduszki i przygotował posłanie na ziemi pod murem. W pierwszym momencie byłem nieco zdziwiony, ale w sumie w Iranie, spanie na ulicach jest całkiem normalne, wiec postanowiłem zaryzykować kładąc się w pełnym ubraniu i z gazem na wierzchu. Przykryłem się i spać.

I o 1 w nocy rozpoczął się najgorszy dzień mojego autostopowego życia.

W pewnym momencie coś mnie obudziło. Otwieram oczy i czuje, że facet mnie obejmuje. Wstaje jak oparzony odwracam się i widzę, że facet leży rozebrany do rosołu dłonią przykrywając swoje berło. Wyrwała mi się wiązanka przekleństw w ojczystym języku i widzę jak typ wstaje. Myślę sobie „Co za pederasta!Trzeba wyrwać chwasta!” dlatego obaliłem typa na ziemie i zgarnąłem kluczyki do maszyny.

Otwieram drzwi do kabiny, wchodzę i biorę plecak. W tym momencie usłyszałem za sobą dzwięk osoby wchodzącej po schodkach do kabiny. Odwracam się, a tam moj kierowca wciąż nagi, wspina się wściekły do kabiny z typowym nożem kuchennym. Szybko ustawiłem się tak, ze między nim a mną znalazł się mój plecak i po prostu wypchnąłem go z kabiny razem z plecakiem, którego ciężar sprawił, że mój przeciwnik potknął się i wypadł z kabiny. Zyskałem dokładnie dwie sekundy w ciągu, których sięgnąłem po gaz. Gdy tylko zobaczyłem, że Irańczyk ponownie zaczął wskakiwać do kabiny, wyciągnąłem rękę z gazem i z odległości dosłownie 50 centymetrów strzeliłem mu gazem po oczach. I Wtedy wydarł się tak przerażająco, że aż mnie ciarki przeszły. Ponownie go wypchnąłem używając tym razem nogi, zatrzasnąłem drzwi i wyskoczyłem z drugiej strony. Obiegłem przód ciężarówki, żeby wziąć plecak i uciekać, ale mój przeciwnik mimo, że darł się w wniebogłosy i pocierał oczy, to wciąż trzymał w ręku nóż. Gdy tylko usłyszał, że zabieram plecak zamachnął się nim na ślepo i mało co nie trafił. Nóż dosłownie o centymetry minął rękę, którą sięgałem po plecak. Cofnąłem się szybko i znowu użyłem gazu. Tym razem z większej odległości i opróżniłem puszkę do samego końca. Wtedy mój przeciwnik wypuścił nóż i desperacko krzycząc wycierał oczy i zaczął zbliżać się do drzwi do kabiny. Korzystając z okazji szybko zarzuciłem na siebie plecak, kopnąłem nóż z całej siły pod naczepę, kabine zamknąłem pilotem i kluczyki wyrzuciłem za pobliską bramę. I wtedy zacząłem biec jak najszybciej potrafiłem, bo kwestią czasu było, jak krzyki mojego byłego kierowcy wzbudzą zainteresowanie.

Biegłem z duszą na ramieniu dobre 10 minut. Nie miałem pojęcia gdzie biegnę, ani w jakim kierunku. Jedyne co miałem w tym momencie w głowie, to uciec jak najdalej od ciężarówki i ukryć się gdzieś do świtu. Było to o tyle proste, że kryjówek nie brakowało i jedyne ryzyko, to trafić na taką co jeszcze nie będzie zajęta przez lokalnego ćpuna lub bezdomnego.

W końcu znalazłem ciemny zaułek otoczony krzakami i kartonami, gdzie usiadłem na plecaku i z otwartym scyzorykiem czekałem świtu.

Teraz wszystko brzmi nieco śmiesznie, ale powiem Wam, że jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak przestraszony. Facet miał nóż, którego gdyby wcześniej użył, to pewnie nie miałbym szans. Gdy dobiegłem do mojej kryjówki nogi miałem jak z galarety, a adrenalina bez problemu utrzymała mnie aż do rana. No ale to nie koniec tego paskudnego dnia, a jedynie jego początek.

Gdy tylko na ulicach pojawili się ludzie wyszedłem z ukrycia i dotarłem do głównej ulicy. Tam wziąłem taksówkę i po krótkiej rozmowie okazało się, że do centrum jest ponad 40km, wiec postanowiłem podjechać tylko do jakiegoś większego skrzyżowania i tam łapać stopa.

I się w sumie szło całkiem łatwo mimo, że były to tak naprawdę obrzeża wielkiego miasta.

Już po nieco ponad godzinie Tehran miałem za sobą i byłem na trasie do Armenii, która miała być kolejnym przystankiem mojej podróży.

Gdy dojechałam do Karaj, to postanowiłem sobie zrobić przerwę na śniadanie. Kupiłem wodę, chleb i pomidory i położyłem sie w cieniu, żeby odpocząc.

W pewnym momencie dosiadł się do mnie młody Irańczyk, który był strasznie ciekawy tego co robię w jego mieście. Oczywiście nie mówił po angielsku, więc nasza rozmowa ograniczała się do rysowania i pokazywania tego co robię. Na pewnym etapie tego całego tłumaczenia postanowiłem ubrać plecak i pokazać mu jak łapię stopa. Schylam się po plecak i podnoszę się zarzucając go na plecy i wtedy bum! Jak żem łbem przydzwonił, to mi sie ciemno przed oczyma zrobiło. Ale stoje. Upewniam się, ze generalnie nie boli, aż tak mocno i patrze w co uderzyłem. Moim kolejnym przeciwnikiem tego dnia okazał się znak „ustąp pierwszeństwa”. Zły na swoje niechlujstwo i ślepotę poczułem coś na nosie. Zrobiłem zeza zbieżnego i zobaczyłem, że na nosie mam krew. Po chwili to samo uczucie na skroniach. Zez rozbieżny i okazało się, że krew cieknie mi po skroniach. Dotykam lekko ręką włosów i okazuje się, ze są całe we krwi.

W pierwszym momencie panika, bo krwi naprawdę dużo, a fakt, że leciała mi z głowy nie napawał optymizmem. Na szczęście już kiedyś miałem rozwaloną głowę i wiedziałem, że generanie w tego typu ranach, jest po prostu dużo krwi i jeżeli uderzenie było mocne, to grozi wstrząs mózgu.

Szybko uklęknąłem przed plecakiem i wziałem sie za wyciąganie apteczki. Chciałem, żeby obecny przy mnie Irańczyk mi pomógł ale generalnie był blady na twarzy i z tego co tłumaczył bał się krwi. Kląłem pod nosem. Dałem mu aparat, żeby zrobił zdjęcie i mi pokazał jak źle to wygląda.

Po spojrzeniu na zdjęcie nie wyglądało to dobrze ale szybko stłukłem lusterko i użyłem dwóch zwierciadeł, żeby rozgarnąć włosy z rany. Następnie obficie spłukałem rane wodą utlenioną,nakleiłem prowizoryczne szwy i próbowałem zatamować krwawienie. Po 5 minutach ciągle krwawiło, więc się zapytałem czy może zadzwonić po karetkę, ale okazało się, że nie funkcjonują tu takowe i w takich wypadkach jeździ się taxi. Przekląłem i zadzwoniłem do taty, który jest chirurgiem. Na szczęście po kolejnych 5 min krwawienie ustało. Umyłem twarz i lekko spłukałem włosy, ale bałem się dotykac cokolwiek w okolicach rany, żeby znowu jej nie otworzyć dlatego cały czubek głowy miałem czerwony od krwi.

Tak czy inaczej gdy opanowałem już sytuacja postanowiłem sobie zrobić zdjęcie z jeszcze lekko ufajdaną twarzą. Biorę aparat od chłopaka i staneło mi serce. Irańczyk, prawdopodobnie przypadkiem, skasował mi wszystkie, WSZYSTKIE zdjęcia z wyprawy. No myślałem, że się rozpłacze. Ubrałem plecak i uważając, żeby go nie zwyzywać poszedlem na trasę.

Totalnie załamany stwierdziłem, że wykorzystałem już swój limit szczęścia na tą wyprawę i postanowiłem kierować się w kierunku domu zanim stanie się coś jeszcze gorszego. I miałem racje.

Dzień 49

Podróż za mną na granice prawdopodobnie nie należała do najprzyjemniejszych ponieważ nie dość, że byłem zmęczony, to jeszcze okrutnie wściekły i zły na wydarzenia ostatnich kilkunastu godzin.

400km przed granicą zabrał mnie kolejny kierowca TIRa, który okazał się znać sześć języków: angielski, niemiecki, hiszpański, rosyjski, francuski i arabski. Najbardziej fascynujący w tym jest fakt, że nauczył się tych języków samodzielnie korzystając jedynie z filmów i kaset dostepnych w internecie. Średnio nauka jednego języka zajmuje mu 8 miesięcy, a miał dopiero 31 lat.

Postanowiłem zapytać go jakie ma marzenia i to właśnie to co powiedział zaważyło na wydarzeniach, które miały miejsce na granicy. Okazało się, że mój poliglota ma delikatnie mówiąc negatywny stosunek do rządu i panującego systemu politycznego, który uniemożliwia mu zrealizowanie marzenia, którym jest zwiedzenie krajów, których języki już zna.

Wysadził mnie 100km przed granicą, na którą dotarłem już po kolejnej godzinie.

Na teren granicy dotarłem o 2 w nocy i wtedy zaczeły się problemy. Okazało się, że moje krwistoczerwone włosy wzbudziły zainteresowanie celnika, który postanowił wziąć mnie na szczegółową kontrole.

Byłem o tyle spokojny, że przechodziłem przez to samo gdy wjeżdżałem do Iranu, ale tym razem było gorzej. Okazało się, że wypakowali cały mój plecak, calutki. Każdą rzecz położyli osobno na wielkim stole. Oprócz tego pojawiły się pytania co mi się stało w głowe itp. I wtedy stało się najgosze. Jeden z celników (jak na ironie płynnie mówiących po angielsku) włączył kamere, na której ostatnią nagraną rzeczą był wywiad z moim kierowcą. Gdy tylko go odsłuchali zaczała się nerwowa rozmowa. Kto to był? Skąd? Gdzie go spotkałeś? Jak się nazywał itp? Skłamałem w odpowiedzi na każde pytanie, bo wiedziałem, że jedyne co mam związane z nim, to kilka ujęć z wywiadem. I wtedy oznajmili mi, że muszą mi skonfiskować kartę. Mało tego zaczeli mnie wypytywać o różnego typu zgody potrzebne na działalność dziennikarską. Oczywiście waliłem głupa, że nie jestem żadnym dziennikarzem, a te wywiady są robione na potrzeby moich studiów.

Chciałem się skontaktować z ambasadą, bo w pewnym momencie zaczeli mi mówić, że za brak takiej zgody można wylądować w więzieniu. Oczywiście w miejscu gdzie mnie przetrzymywali nie było zasięgu. Gdy powiedziałem, że żadam się z ambasadą celnicy stali się jeszcze bardziej szorstcy i po prostu zostawili mnie w pokoju i wracali mniej więcej do 15-20 min, żeby dalej pytać o wywiad z moim kierowcą.

Koniec końców „skonfiskowali” mi całą kartę pamięci, na której miałem wszystkie wywiady przeprowadzone w ramach projektu „Miłość,szczęście i marzenia” i prezent dla mamy i brata w postaci ręcznie robionych przedmiotów. Po 10 godzinach kończąc zmiane wcisneli mi pieczątke do paszportu i wyrzucili na strone turecką.

Przez dobrą godzinie siedziałem na ziemi i wciąż nie mogłem uwierzyć jak tyle złych rzeczy może się przydarzyć jednej osobie w ciągu jednego dnia. Byłem zmęczony po dwóch nieprzespanych nocach pod rząd.

Oczywiście gdy się w końcu dodzwoniłem do domu, to okazało się, że większośc zdjęć da radę odzyskać, dlatego to był jedyny promyk nadziei w tym beznadziejmym dniu.

W tym momencie do głowy przyszła mi złota myśl, którą kiedyś gdzieś usłyszałem – „Podróż to czas, gdy głupota zbiera żniwa”. Całkiem sporo w tym prawdy.

Dzień 50, 51, 52, 53, 54

Po ostatnich dwóch dniach postanowiłem się ogarnąć i szczęśliwie dojechać do domu. Stanąłem przy wyjeździe z granicy i zacząłem się rozglądać za ciężarówkami. Plan miałem prosty dotrzeć jak najszybciej. I w tym momencie pojawia się pytanie jak, bo są dwie opcje.

Pierwsza wydawało by się szybsza – osobówkami. Tylko musiałbym mieć mega szczęście, żeby znaleźć auta, które będą jechały bezpośrednio do Istambułu, wiec zdecydowałem się na ciężarówkę. Wolniej, ale bez przesiadek do celu.

Facetem, który mnie zabrał okazał się być przyjazny Turek, który przez dwa dni robił mi śniadania i kupował obiady, w związku z czym przejeżdżając przez Turcję nie wydałem ani grosza. Mimo, że próbowałem wciskać mu kasę do ręki.

Turecki sponosor

Tak czy inaczej wieczorem drugiego dnia podróży dojechaliśmy przed Istambuł gdzie się pożegnaliśmy.

Zostałem wysadzony na pierwszorzędnej stacji. Internet, McDonald, BP i mnóstwo aut na niemieckich, francuskich, i angielskich rejestracjach. W pierwszym momencie myślałem, że mam szanse na tzw. „złoty strzał” i dojechanie jednym stopem do Niemiec, ale byłem w błędzie.

Każde auto na zagranicznych numerach było pełne Turków. I nie dorosłych, ale dzieci w wieku wszelakim. Po trzech godzinach na stacji byłem pewny, że jak coś nas zaleje w najbliższym czasie to będą to Turcy. Nigdy w życiu nie widziałem tylu aut zapakowanych po dach.

W końcu zaprzestałem łapania stopa na granice Bułgarską i skupiłem się na przeskoczeniu przez Istambuł. I to był dobry pomysł. Po 15 min znalazłem młodego gościa, który dukając po angielsku zgodził się mnie zawieźć na wiekszą stację za miastem, an autostradzie.

Typ okazał się niezłym wariatem i przez miasto jechaliśmy ze średnią prędkością 190km/h. W duszy modliłem się, żebyśmy się nigdzie nie rozwalili, bo była by to naprawdę głupia śmierć.

To była średnia prędkość

Kolejna stacja również okazała się spora i mimo poźnej pory (23.30) postanowiłem szukać stopa na granice. I się udało! Dwójka chłopaków z Rumuni jadąca TIRami za Bukareszt. Zapytałem się, o której planują tam być i powiedzieli, że o 13 powinniśmy być. Pomylili się tylko o 12 godzin.

Już pomijam kolejkę na stronie Tureckiej, bo to normalne na każdej granicy przy wjeździe do Europy, ale jakim cudem Bułgaria i Rumunia są w Unii Europejskiej to nie wiem. Drogi FA-TAL-NE! A moi kierowcy sami mówili, że ich kraj nie powinien być w Unii, bo może i geograficznie są w Europie, ale mentalnie nie. Wszedzie korupcja. Na granicach, żeby przejść, trzeba było zapłacić po 5 euro kazdemu strażnikowi „na kawę”. I na każdym kroku byłem ostrzegany, że złodzieje i oszuści.

To nie jest mentalna Europa

No ale dojechałem z nimi za Bukareszt o 22 i postanowiłem spróbować jeszcze coś złapać. I znowu się udało! I znowu irański kierowca mówiący w sześciu językach. Pierwszy raz w życiu widziałem irańskiego kierowcę w Europie. Okazuje się, że mimo sankcji i ograniczeń w przydzielaniu paszportów profesjonalni kierowcy ciężarówek mogą podróżować.

Gdy zatrzymaliśmy się na nocną pauze postanowiłem zostać na noc, bo byłem już padnięty podróżą. Oczywiście na propozycję spania w kabinie odpowiedziałem negatywnie i rozbiłem namiot w pobliżu stacji benzynowej.

Takie tam z owcami

Wstalem z samego rana i wziąłem się za łapanie. Tabliczka z napisem Budapeszt/ POLAND zadziałała, bo obok mnie z piskiem opon zatrzymał się kolejny kierowca ciężarówki, który podwiózł mnie pod granice Wegierską. Okazał się być mega w porządku człowiekiem ze Śląska z lubością wymawiający słowo „ziemnioki” i „Kiebasa”, którą mi przygotował, gdy usłyszał, że nie jadłem jeszcze śniadania. Dodatkowo grywa również na weselach w kapeli, więc uroczył mnie kilkoma piosenkami w jego wykonaniu.

Pierwszy polski akcent

I znowu kolejna stacja i kolejny autostop. Rumun w BMW pracujący na stałe w Czechach. Pojawiła się realna szansa na dotarcie do Polski jutro. Jechałem z nim aż za Budapeszt, rozmawiając non stop na naprawdę ciekawe tematy związane zarówno z polityką jak i historią, wiec czas minął nam raz dwa.

O 19 miło się pożegnaliśmy i postanowiłem zaryzykować i poszukać dalszego stopa. I się udało. Parka Polaków wracająca z Sycylii i jadąca do Krakowa. Bajka. W dodatku mieli LCD i oglądali „Przyjaciół”, więc było całkiem śmiesznie.

Do Krakowa dotarliśmy o 23. Wysadzili mnie na wylotówce za miastem, gdzie postanowiłem łapać stopa w ciemnościach. Ubrałem wszystkie odblaskowe ciuchy i kamizelke. Wyprostowałem taką śmieszną zwijaną taśmę odblaskową i trzymając w jednej rece tabliczkę, a w drugiej odblaskową taśmę łapałem stopa. Nie wierzyłem, że to może się udać, ale zadziałało dość szybko. Po 5 minutach zatrzymał się młody koleś jadący do Ostródy. Poźniej przyznał mi się, że zatrzymał się tylko dlatego, że w pierwszym momencie myślał, że policja stoi i łapie.

Praktycznie całą drogę przespałem, bo byłem już naprawdę padnięty po 4 dniu autostopowania, ale wiedziałem, że jutro będę w domu. I byłem. O 10 odebrała mnie mama z siostrą i po dwóch miesiącach szczęśliwie dojechałem do domu.

Strony:
1 2 3 4 5 6 7

11 komentarzy dodanych:

  1. Podziwiam. Po lekturze aż się nakręciłem się na Gruzję. Jestem zachwycony ich otwartością. Iran, mało który Polak/Polka wyobraża sobie w taki sposób ten kraj. Ludzie z Shiraz niesamowicie sympatyczni. Nieraz się uśmiałem czytając tę relację, ale wiadomo, że nie może być cały czas tak kolorowo. Mam nadzieję, że kiedyś się spotkamy w trasie. Pozdrawiam.

  2. Twoja opowieść pochłonęła mnie na długi czas.Niesamowite są te opowieści, bo każdy dzień jest osobną opowieścią. Muszę jednak przyznać, że kilka Twoich lakonicznych komentarzy potwierdza moją opinię. Mężczyźnie jest dużo łatwiej podróżować w taki sposób po świecie.

  3. Świetna relacja i dobrze, „po inżyniersku” napisana, bez zbędnych ceregieli i opisów przyrody i emocjonalnych :) Zazdroszczę niesamowicie przygód. Potwierdzam, że bycie mężczyzną w tej sytacji wiele ułatwia.
    Pozdrawiam serdecznie i życzę większego szczęścia we wszystkiech podróżach.

  4. Naprawdę świetna relacja. Przeczytałem całą z wielkim zainteresowaniem. Powodzenia w kolejnych wyjazdach i być może kiedyś do zobaczenia!

  5. Super relacja, zarówno ta, jak i z wyprawy do Indii. Masz lekkie pióro, może kiedyś wydasz własną książkę? Pozdrawiam.

  6. Dzięki za super ciekawą relację! Za niecały tydzień wybieram się singlowo na podbój Azerbejdzanu i Iranu – stąd taka lektura tym bardziej jest mi potrzebna przed wyprawą. Powodzenia w dalszych wojażach po świecie!

  7. Opisujesz w przepiękny sposób. Czytałam z dosłownie otwartą buzią :) dziękuję za tą podróż :) Życzę dobroci od ludzi miłości od Boga. Powodzenia i kłaniam się nisko Twojej odwadze!

Dodaj komentarz