Kaukaz i Bliski Wschód 2012

Dzien 1

Pierwsze za co przepraszam, to za brak polskich znakow, ale niestety nie specjalnie mam mozliwosc ich sciagniecia:)
To moj pierwszy wpis, wiec jak cos mam zmienic, dodac, odjac, to piszcie w komentarzach i sie dostosuje:)
Zdjecia wrzuce na dniach:)

Niedziela – dzien wyjazdu. Od 4 miesiecy przygotowywalem sie, ze 16 lipca chce byc juz we Lwowie, wiec aby byc tam na czasu musialem wyruszyc z Gdanska dzien wczesniej.

Pobudka o 9 rano, sniadanie z rodzinka i spisywanie wszystkich kontaktow oraz hasel, tak na wszelki wypadek. O 11 bylem juz spakowany i jedyne co pozostalo do zalatwienia, o pojechac do sklepu po markery i baterie, ktorch nie zdazylem kupic dzien wczesniej. Dzieki uprzejmosci Taty, stopa zaczalem lapac az w miejscu gdzie konczy sie Obwodnica Poludniowa. Znalazlem karton, pozegnalem sie i zaczalem lapac. Pierwszy samochod juz po 15 min. Czarne BMW. Pelen watpliwosci i lekko zdziwiony (takie auta z reguly nie zabieraja autostopowiczow) wsiadam. Jak tylko otworzylem drwi poczulem glowny powod dobrego serca kierowcy. W powietrzu unosila sie won skislej wodki z domieszka swiezo otwartego piwa i dymu papierosowego. Okazalo sie, ze jeden z pasazerow byl dzien wczesniej na weselu i musial podskoczyc do Gdanska na egzamin, a jego kumpel go podwozil. W sumie to wesolo i w porzadku, ale wysadzili mnie w dosc srednim miejscu. Musialem lapac praktycznie na autostradzie, co nie jest latwe. Na szczescie po 25min zatrzymal sie kolejny samochod. Mariusz z Mlawy, zakochany w dziewczynie z Elblaga, byly wojskowy, a obecnie zawodowy kierowca. Mega szczery i wesoly facet, ktorego druga miloscia byla wlasnorecznie zlozona BMWica z 345 koniami pod maska. Wysadzil mnie w Mlawie, ktora juz kilkukrotnie odwiedzalem w przeslosci, poniewaz mieszka tam moj dobry kumpel ze studiow. Oczywiscie zadzwonilem do niego z pytaniem czy podjedzie na chwile pogadac. Malo tego, ze przyjechal to jeszcze wzial mnie do siebie do domu na imieniny taty. Po przyjechaniu okazalo sie, ze Marcin jak to Marcin, slowa nie powiedzial rodzinie, ze mnie przywiezie, wiec bylem dla nich sporym zaskoczeniem(Wszyscy twardo do konca utrzymywali, ze byla to mila niespodzianka). Zostalem przywitany iscie po krolewsku – udzcem i wodka, w takich ilosciach, ze bylem pod wrazeniem wytrzymalosci mojego paska do spodni. Po ktoryms kieliszku z rzedu, Marcin rzucil haslo, ze jedziemy spotkac sie z Bartkiem, jego wspolokatorem z Gdanska, z ktorym tez juz nie jedno przeszedlem. W miedzyczasie okazalo sie, ze Marcin zalatwil mi transport do Warszawy z chlopakami, ktorych poznalem rok wczesniej odwiedzajac go.
Wszyscy sie spotkalismy, zrobilismy pamiatkowe zdjecie z rejestracjami „WML” w tle i ruszylem do stolicy z Barym i Malym.

Z chlopakami w Mlawie

Przed Warszawa korki takie, jakby polowa miasta wracala z wczasow nad morzem. Tak czy inaczej dotarlismy o 21, a Polskiego Busa do Reszowa mialem dopiero o 24, wiec Bary zaproponowal, ze podjedziemy do niego, a nastepnie zabierze mnie na tzw. pokazowe drift`ownie.
Randez-vous odbywalo sie na parkingu przy lotnisku Chopina. Wygladalo to jak zlot wszystkich warszawskich „blachar” i mnostwa chlopakow z doslownie wylizanymi autami, ktorzy ogladali popisy kozakow, ktorych stac na kilkukrotna wymiane opon jednej nocy. Abstrahujac od tandetnej otoczki „Need for Speed” polaczonej z lekka nuta polskiego prowincjonalizmu, naprawde bylo tam kilku chlopakow co rowno palili gume i pieknie slizgali sie na zakretach.

Postalismy tam jakie 30 min i Bary zawioz mnie do centrum, skad dostalem sie na Wilanowska i wsiadlem do busa w kierunku Rzeszowa.

Dzien 2

Cala droge przespalem. W Rzeszowie mialem godzine czasu na przesiadke w PKP, wiec powtorzylem sobie podstawy rosyjskiego. O 7.30 jestem juz w Przemyslu, ktory sprawia dosc przygnebiajace wrazenie. Dworzec, ktory jest miejscem przez, ktore przewija sie wiekszosc turystow jest ladny i zadbany, ale juz jego okolice to brud, syf i ubostwo. Znalazlem busa do Medyki, uiscilem oplate wysokosci 2zl za bilet i po godzinie, jak sie zebral komplet pasazerow, ruszylem.

Pierwsze co mnie uderzylo, to mnostwo „babuszek” z litrowymi butelkami wodki, ktora przenosily przez granice na sprzedaz. Sama granice przekroczylem bez przeszkod i po 500m bylem na Ukrainie. Przeszedlem kolejne 500m, zeby odczepili sie ode nie nagabujacy taksowkarze i zaczalem lapac. Po 10 min zgarnal mnie Ukrainiec na polskich „blachach” Mega w porzadku facet, z ktorym praktycznie cala droge przedyskutowalem o roznicach miedzy Polakami, a Ukraincami, ktorych wedlug mediow jest sporo, a w rzeczywistosci stanowia one po prostu nieodlaczna czesc naszej histori, z ktora musimy sie pogodzic.

Kojejka „mrowek” na granicy

Wysadzil mnie 40km przed Lwowem, gdzie stalem kojejne 10 min i zatrzymal sie tzw. „gluchy transport”, czyli niespecjalnie rozmowny jegomosc, ktory podwozi z nieznanych mi przyczyn. Tak czy inaczej o 11.30 bylem w centrum.

Z Olechem, ktory byl moim hostem w miescie umowilem sie na 18, wiec mialem mnostwo czasu na zwiedzanie. W pierwszej kolejnosci musialem wykombinowac miejsce dla mojego plecaka. Kilkogodzinna przechadzka, z 29kg na plecach nie nalezy do przyjemnosci. Udalo mi sie dogadac w informacji turystycznej i ruszylem na miasto. W planie mialem zostac dwa dni, wiec pierwszego postanowilem zwiedzic starowke i wszystkie jej przyleglosci.

Opera we Lwowie

Lwow, uwazany jest za najpiekniejsze miasto Ukrainy. Mnie osobiscie nie specjalnie urzeklo. Owszem starowka piekna i zauwazalna jest podobna architektura do tej w Krakowie, czy Sankt Petersburgu, ale wciaz mnostwo budynkow z odpadajacym tynkiem, czy tez spiacych po rogach bezdomnych. Osobiscie odwiedzilem wszystkie koscioly, cerkwie i katedry na starowce. Dodatkowo zwiedzilem Muzeum Farmacji, w ktorym mozna zobaczyc jak wygladaly apteki blisko 300 lat temu. Sporo czasu spedzilem rowniez odpoczywajac na deptaku obok Opery, gdzie chyba wszyscy starsi z miasta grali w szachy i warcaby, a dookola nich gromadzily sie tlumy obserwatorow.

Szachy na deptaku

o 18 czekalem w umowionym miejscu na Olecha. Zaczelo sie niezbyt ciekawie, bo spoznil sie 20 min. Poczatkowo bylo milo i w porzadku. Zabral mnie na herate do knajpy swojego kumpla, gdzie chwile z nim pogadalem,a pozniej przyszla jego dziewczyna.
Od tej chwili moge na palcach jednej reki policzyc ile razy sie do mnie odezwal. Czulem sie jak niechciany przydupas.Malo tego. Popelnilem blad i nie sprawdzilem zawczasu, gdzie dokladnie mieszka. Droga zajela nam 20 min tramwajem, 30 min busem, a nastepnie 20 min na piechote. Koniec swiata i jeszcze dalej. Okazalo sie, ze jego „dom” jest bardziej budynkiem w stanie surowym niz domem w pelnym tego slowa znaczeniu. W calosci najbardziej urzekl mnie prysznic – czarny od wlosow przylejonych do wszystkiego lacznie z grzybem. Poszedlem sie przejsc po okolicy, ktora okazala sie najzwyklejsza w swiecie wioska. Jedynym plusem bylo polozenie, zaraz obok obwodnicy miasta. Po powrocie do „domu” podjalem decyzje. Nie wracam do Lwowa, bo szkoda czasu na dojazdy, tylko jade zobaczyc Ternopil.

Moj pierwszy nocleg

Zszedlem jeszcze do kuchni z proba zagajenia rozmowy, ale kilkukrotne proby spalily na panewce, gdyz Olech byl zajety malowaniem modeli samolotow, a jego dziewczyna czytaniem ksiazki. „Gosc w dom, Bog w dom”. Stwierdzilem, ze nic na sile i ide spac do pokoju, ktory okazal sie ciemnia do wywolywania zdjec.

Moj host w trakcie malowania modeli samolotow

Dzien 5

O 7.00 obudzila mnie Oksana, ktora robila sporo halasu, krzatajac sie po domu. Stwierdzilem, ze w sumie szkoda dnia i wstalem. Wychodze z pokoju i oniemialem. Na przeciwko pokoju znajduje sie kuchnia, a tam bystrym okiem porannego glodomora, ujrzalem wielka sterte swiezych nalesnikow z nutella! Upewnilem sie, ze to nie sen i razem z Oksana wzielismy sie za jedzenie. Dzien nie mogl zaczac sie lepiej.

sniadanie i nalesniki po ukrainsku

Oksana wychodzila do pracy o 8.30, wiec stwierdzilem, ze wyjde z nia i jak bedzie wracac do domu, to da mi znac. Zaopatrzony w przewodnik ruszylem w kierunku autobusu.

W ogole komunikacja miejska na Ukrainie , to temat na ksiazke. W Kijowie jest metro, trolejbusy i tramwaje. I w sumie tylko one jezdza po stalej trasie. Kursy i trasy pozostalych pojazdow jakimi sa autobusy i marszrutki, zaleza od nastroju kierowcow i obecnej sytuacji na drodze.

Marszrutka

W Marszutkach obowiazuje prosty system platnosci, polegajacy w glownej miere na uczciwosci i uprzejmosci wspolpasazerow. Jezeli wsiadasz z tylu, a jest zbyt duzo ludzi, zeby sie przepychac, to po prostu podajesz pieniadze osobie obok, mowiac jej ile biletow potrzebujesz. I w ten sposob, od jednej osoby do kolejnej, pieniadze trafiaja do kierowcy, a ten wydaje bilet i reszte, ktora po chwili do Ciebie wraca.

W autobusach jest nieco inaczej. Biletow nie kupujesz u kierowcy tylko u kontrolerow, ktorzy siedza w wiekszosci autobusow. Z reguly sa to tegie kobity po 50 z gardlem nie do zdarcia, bo co przystanek wykrzykuja – „Bilety u mnie do kupienia”, „Prosze kupowac bilety”. 30 min na siedzeniu obok niej i naprawde, w calej mojej dobroci, szlag mnie trafil.

Kontroler biletow

Moim pierwszym przystankiem w trakcie zwiedzania byla Katedra Wlodzimierza. Jest to cerkiew, ktora uwazana jest za najpiekniesza w calym miescie. Nie bede sie rozpisywal nad jej stylem i porownywal jej do innych, bo sie na tym nie znam i prawda jest taka, ze wiekszosc cerkwi (po za paroma wyjatkami) wyglada dla mnie tak samo. Katedra Wlodzimierza wlasnie do takich wyjatkow sie zalicza. To co uderza po wejsciu do srodka, to freski na scianach. O ile w prawie kazdej cerkwi postacie przedstawione na malowidlach nasciennych, bardziej kojarza mi sie z emotkami w roznego typu komunikatorach, tak tutaj bylem w szoku. Kazda postac miala unikatowe cechy, ktore wyroznialy ja sposrod innych i na kazdej malowaly sie jakies emocje, ktore mozna bylo zauwazyc dopiero po blizszym przyjzeniu.

Chrzest ksiecia Wlodzimierza

Nastepnie skierowalem sie ul.Chmielnickiego (mowie Wam, nazwisko Chmielnicki i Szewczenko jest wszechobecne) w kierunku Zlotych Wrot, czyli rekonstrukcji murow obronnych sprzed najazdu Mongolow. W sumie nic ciekawego, bo tylko kilka metrow w gore i na boki. No ale fotki warte.

Zlote Wrota

Prosto od tej uroczej bramy skierowalem sie do Sofijakij ploszy, czyli wielkiego palacu, z ktorego widac 3 interesujace rzeczy. Pierwsza to oczywiscie pomnik Bogdana Chmielnickiego. Dwie pozostale to Sobor Sofijski i cerkiew sw. Michala o Zlotych Kopulach. Do pierwszej nie wszedlem, bo mialem pecha i trafilem na dzien kiedy jest zamknieta. Druga natomiast robi wrazenie nie tyle wnetrzem, ktore specjalnie sie nie rozni od innych, co calkiem zgrabna konstrukcja i kolorami.

Sobor Sofijski

cerkiew sw. Michala o Zlotych Kopulach

Po przejsciu wszystkiego wzdluz i wszerz podreptalem w kierunku Majdanu Niezaleznosci. Wiele sie o nim nasluchalem podczas Pomaranczowej Rewolucji. Bylo to miejsce gdzie w kulminacyjnym momencie protestu zebralo sie blisko milion osob, ktore sprzeciwily sie falszowaniu wynikow wyborow prezydenckich. O ile sam plac (ukr. majdan) mnie niczym nie powalil, bo to nic innego jak tylko deptak z neonami, setkami rekalm do okola i centrum handlowym pod ziemia, to droga do niego byla usiana pieknymi budynkami. Wiekszosc z nich przypominala mi te, ktore widzialem w Sankt Petersburgu, poniewaz charakteryzowaly sie one bogatymi zdobieniami i pastelowa kolorystyka.

Jeden z wielu takich budynkow w Kijowie

W centralnym punkcie Majdanu Niezaleznosci znajduje sie pomnik Niepodleglosci, ktory zostal postawiony na upamietnienie pierwszej dekady niezaleznosci od Zwiazku Radzieckiego. Jeden z miejscowych, do ktorego sie dosiadlem, zlosliwie zauwazyl, ze z jego budowa pospieszyli sie przynajmniej o dwadziescia lat.

Pomnik Niepodleglosci

Mniej wiecej o 14, wraz z narastajacym malym glodem, zorientowalem sie, ze mialem ze soba jedynie 20 hrywien na caly dzien(ok.8zl) i nie mam karty. Jak to moja babcia zwykla mowic – szalaput. W trakcie podrozy mam porozdzielana gotowe i karty w roznych czesciach bagazu i tak sie zlozylo, ze karty nie wypakowalem jeszcze.

Moim najwiekszym zmartwieniem byl nie brak jedzenia (tu jak zwykle niezawodna okazala sie bagietka z kielbasa), ale brak wody. Chetnie bym sie napil z kranu, ale swiadomosc, ze 100km od Kijowa znajduje sie swiecacy w nocy reaktor, znany blizej jako Czarnobyl, skutecznie mnie do tego zniechecil.

Spod Pomnika przeszedlem tam gdzie kazdy szanujacy sie kibic powinien zawitac, czyli na stadion Olimpijski. Tak samo jak w Warszawie znajduje sie on praktycznie w samym centrum, z ta roznica, ze go w ogole nie widac. Doslownie. Z kazdej strony otoczony jest albo przez wiezowce, albo wzniesienia. W dodatku ani konstrukcja ani kolorystyka nie powala. Szaro i buro.

Stadion Olimpijski

W Kijowie fascynujaca jest ilosc parkow i placow zabaw. a doslownie wszedzie, a najwiecej ich nad rzeka Dniepr, ktora dzieli miasto na dwie czesci. Po 7 godzinach chodzienia bylem juz dosc padniety, wiec postanowilem, ze udam sie do najslynniejszego z nich – Hidroparku. Oczywiscie na piechote, bo na autobusy nie mialem pieniedzy.

Po drodze zahaczylem jeszcze o palac prezydencki, przy ktorym znalazlem jeden z najpiekniejszych budynkow jakie kiedykolwiek widzialem.Przewodnik niby rekalmowany przez National Geografic, ale slowem o nim nie wspomina. Nie wiem co to jest, ani jak nazywa sie ten styl, ale jaram sie nieziemsko:

takie tam

Okazalo sie, ze droga do parku jest dluzsza niz myslalem. Oczywiscie w moim „super” przewodniku nie ma skali, ale dosc dziarskim tempem szedlem ponad godzine. Po dotarciu do parku marzylem tylko o dwoch rzeczach: kapieli i opalaniu/drzemce. Oczywiscie z tego pierwszego zrezygnowalem z tego samego powodu co nie pilem wody z kranu, ale drzemke mialem pierwszorzedna.

o 19 napisala do mnie Okasana, ze juz jest w domu, wiec zebralem sie i pachnacy tak, jak sie pachnie po 10h w pelnym sloncu, wrocilem do domu. I znowu niespodzianka mojego super hosta. Wchodze, a tam kolacja i tyle soku z swiezych pomaranczy ile zechce.

kolacja <3

Zyc nie umierac!

Jutro czeka mnie zwiedzanie Lawry Kijowsko-Peczarskiej i wyjscie na miasto ze znajomymi Oksany

Dzien 6

Znowu wstalem o 7.00 i znowu sniadanie. Tym razem kolorowe kanapki i herbata. Jako, ze bylem nieco zmeczony wczorajszym zwiedzaniem, postanowilem dzisiaj odwiedzic tylko Lawre Kijowsko-Peczarska, czyli kijowski klasztor w jaskniach.

Oksana zapowiedziala, ze wieczorem wychodzimy z jej znajomymi,wiec dogadalem sie z nia, ze da mi klucze i wroce nieco wczesniej, zeby sie ogarnac i podzialac troche na Couchsurfingu – noclegi noclegi w Odessie i na Krymie same sie nie zalatwia.

Wyszlismy z domu o 8.45 po czym wsiadlem w autobus jadacy bezposrednio do klasztoru. Bez przygod. Nuda.

Za wejscie do klasztoru zaplacilem 30zl, ale wg. przewodnika – warto. Jak tylko wszedlem zaczalem sie ogladac za opcja zwiedzania „na pasozyta”. Jest to nic innego jak podlaczenie sie do wycieczki z oplaconym przewodnikiem. Ku mojemu szczesciu znalazlem jedna gupe z angielskim przewodnikiem i zwiedzilem z nimi caly obszar klasztoru. Dodatkowym plusem byl fakt, ze normalnie za mozliwosc robienia zdjec trzeba zaplacic, a moja grupa taka mozliwosc wykupila.

Cerkiew Zasniecia Bogurodzicy

Sam klasztor wyglada calkiem imponujaco. Jest to olbrzymi kompleks cerkwi o bialych murach z zielono-zlotymi dachami i od stuleci jest centrum duchowym kraju, ktore co roku odwiedza kilkaset tysiecy pielgrzymow. Czemu jest to miejsce swiete? Ano dlatego, ze poczatkowo znajdowaly sie tam jaskinie pustelnicze, ktore wykul sw. Antoni w poszukiwaniu samotnosci i pustelniczego trybu zycia. Jednak stopniowo, z roku na rok, jego wspolnota sie rozrastala i tworzono kolejne tunele i kolejne groty. Obecnie w tych grotach pochowani swieci. Nie bylo by w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, ze ciala tych swietych wystawione sa w tunelach na widok pielgrzymow, a ich ciala, mimo, ze nie zostaly poddane mumnifikacji, sa w idealnym stanie. Malo tego. Zgodnie z tym co powiedzial grupie przewodnik, naukowo udowodniono, ze w cialach niektorych z nich wciaz bije wyczuwalny puls. W to juz akurat nie uwierzylem, ale ciala widzialem na wlasne oczy.

Wielka Dzwonnica

O klasztorze przeczytalem dzien wczesniej w przewodniku. Bylo tam napisane, ze jezeli chce sie dostac do miejsc zastrzezonych wylacznie dla pielgrzymow, a co za tym idzie, o wiele bardziej atrakcyjnych, nalezy zaopatrzyc sie w dlugie spodnie, koszule z dlugim rekawem, swiece, butelke na swieta wode i wizerunek Matki Boskiej w jakiejkolwiek postaci. Tak przygotowany ruszylem w strone jaskin. W srodku niestety nie mozna bylo robic zdjec.

Wejscie wygladalo niepozornie, poniewaz znajdowalo sie w malej kaplicy. Zejscie do bylo dosc strome, a moja anglojezyczna grupa skladala sie z wylacznie ludzi starszych zdrowo po 70, wiec jako pasozyt, postanowilem sie odwdzieczyc i wraz z przewodnikiem pomagalem wszystkim schodzic.

Same korytarze mogly przyprawic o klaustrofobie i gesia skorke. Gdybym nie wzial swiecy, to prawdopodobnie mialbym problemy z zauwazeniem czegokolwiek. Korytarze byly mniej wiecej na 190cm wysokie i nie szersze niz 80-90cm. W miejscu gdzie dzielily sie one na czesc turystyczna i dla pielgrzymow, odlaczylem sie od mojej grupy. Po krotkiej prezentacji swojej osoby, mlodemu mnichowi, ktory robil za selekcjonera, wszedlem. Pierwsza grota, na ktora sie natknalem nie byla wieksza niz sredniej wielkosci sala lekcyjna.Wszedzie pod scianami w malych niszach znajdowaly sie trumny, a na scianach nad nimi freski sprzed kilkuset lat. Jesli doda sie do tego delikatne oswietlenie swiec i kilkanascie osob, ktore kolejno calowaly kazda trumne mruczac przy tym modlitwy, powstaje niesamowicie dziwna atmosfera. Nie jest to jednak nastroj z horroru, na co moze wskazywac wizualizacja groty, ale atmosfera zadumy i zarliwej modlitwy ludzi, ktorzy wierza.

Podszedlem kolejno do kazdej z trumien i naprawde. Cud czy nie cud, wiem co widzialem. Ciala ludzi w roznym wieku, niskiego wzrostu, wygladajacych tak jakby spali, mimo, ze wiekszosc z nich „drzemala” juz od co najmniej kilkuset lat.

Udzielila mi sie atmosfera zadumy i udalem sie w dalsza podroz pieczarami. Podczas gdy szedlem tunelami powoli bylo slychac coraz glosniejszy spiew. W pierwszym momencie myslalem, ze dotarem juz do wyscia, bo tunel od dluzszego czasu kierowal sie ku gorze, ale bylem w bledzie.

Trafilem do duzo wiekszej groty niz poprzednie. Cala byla wymalowana freskami, ozdobiona swiecami i ikonami.Na jej srodku znajdowal sie maly, prosty oltarz, gdzie mnich odprawial msze. Wszyscy ludzie w niej uczestniczacy, mieli pozapalane male swieczki i glosno spiewali. Wyobrazcie sobie! Grota ozdobiona, freskami sprzed kilkuset lat, pozlacane ikony, i kilkdziesiat osob z malymi swieczkami, donosnie spiewajacych piesn w niskiej tonacji. Magia, a raczej zarliwa wiara.

Po wyjsciu przycupnalem sobie na lawce, zeby przetrawic, to co widzialem po czym ruszylem w kierunku domu.

Pomnik Matki Ojczyzny

Po dotarciu do domu, zrobilem jajecznice, o ktorej marzylem od tygodnia, uaktualnilem bloga i nadrobilem zaleglosci na Facebooku, a nastepnie przycialem komara na mniej wiecej 2h.

Obudzila mnie Oksana, ktora zadzwonila oznajmiajac, ze mam byc gotowy za 15 min i idziemy na miasto.

Ogarnalem sie raz dwa i razem pojechalismy marszrutka do centrum, gdzie spotkalismy sie z jej dwoma kolezankami. Dziewczyny wziely mnie na spacer do ogrodu botanicznego, a stamtad ruszylismy na popularny wsrod kijowian taras widokowy , aby podziwiac zachod slonca.

Niestety, nieco sie spoznilismy i widzielismy tylko jego koncowke.

Zachod slonca nad Kijowem

Z tarasu poszlismy w strone pijalni czekolady jedna z najbardziej reprezentacyjnych deptakow Kijowa, ktorego ozdoba byla, znajdujaca sie na jego szczycie cerkiew.Cala ulica zostala odrestaurowana na Euro 2012, ale widac bylo spore niedociagniecia w postaci zniszczonych budynkow. na ktorych umieszczono siatke imitujaca elewacje i okana.

Jeden z najpiekniejszych deptakow Kijowa

Po zaopatrzeniu sie w czekolady zatrzymalismy sie na piwo do jednej z pobliskich restauracji, gdzie spedzilismy blisko godzine, rozmawiajac glownie o podrozowaniu i roznicach pomiedzy Polska a Ukraina.

Piwo z Oksana i jej znajomymi

W sumie pewnie bysmy posiedzieli i do rana, ale Oksana byla zmeczona, a ze jest moim hostem, to wrocilem z nia do domu i poszlismy spac.

Jutro sie pakuje i ruszam na Odesse, a po drodze odwiedze pewnie kilka mniejszych miejscowosci.

Dzien 6

Znowu wstalem o 7.00 i znowu sniadanie. Tym razem kolorowe kanapki i herbata. Jako, ze bylem nieco zmeczony wczorajszym zwiedzaniem, postanowilem dzisiaj odwiedzic tylko Lawre Kijowsko-Peczarska, czyli kijowski klasztor w jaskniach.

Oksana zapowiedziala, ze wieczorem wychodzimy z jej znajomymi,wiec dogadalem sie z nia, ze da mi klucze i wroce nieco wczesniej, zeby sie ogarnac i podzialac troche na Couchsurfingu – noclegi noclegi w Odessie i na Krymie same sie nie zalatwia.

Wyszlismy z domu o 8.45 po czym wsiadlem w autobus jadacy bezposrednio do klasztoru. Bez przygod. Nuda.

Za wejscie do klasztoru zaplacilem 30zl, ale wg. przewodnika – warto. Jak tylko wszedlem zaczalem sie ogladac za opcja zwiedzania „na pasozyta”. Jest to nic innego jak podlaczenie sie do wycieczki z oplaconym przewodnikiem. Ku mojemu szczesciu znalazlem jedna gupe z angielskim przewodnikiem i zwiedzilem z nimi caly obszar klasztoru. Dodatkowym plusem byl fakt, ze normalnie za mozliwosc robienia zdjec trzeba zaplacic, a moja grupa taka mozliwosc wykupila.

Cerkiew Zasniecia Bogurodzicy

Sam klasztor wyglada calkiem imponujaco. Jest to olbrzymi kompleks cerkwi o bialych murach z zielono-zlotymi dachami i od stuleci jest centrum duchowym kraju, ktore co roku odwiedza kilkaset tysiecy pielgrzymow. Czemu jest to miejsce swiete? Ano dlatego, ze poczatkowo znajdowaly sie tam jaskinie pustelnicze, ktore wykul sw. Antoni w poszukiwaniu samotnosci i pustelniczego trybu zycia. Jednak stopniowo, z roku na rok, jego wspolnota sie rozrastala i tworzono kolejne tunele i kolejne groty. Obecnie w tych grotach pochowani swieci. Nie bylo by w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, ze ciala tych swietych wystawione sa w tunelach na widok pielgrzymow, a ich ciala, mimo, ze nie zostaly poddane mumnifikacji, sa w idealnym stanie. Malo tego. Zgodnie z tym co powiedzial grupie przewodnik, naukowo udowodniono, ze w cialach niektorych z nich wciaz bije wyczuwalny puls. W to juz akurat nie uwierzylem, ale ciala widzialem na wlasne oczy.

Wielka Dzwonnica

O klasztorze przeczytalem dzien wczesniej w przewodniku. Bylo tam napisane, ze jezeli chce sie dostac do miejsc zastrzezonych wylacznie dla pielgrzymow, a co za tym idzie, o wiele bardziej atrakcyjnych, nalezy zaopatrzyc sie w dlugie spodnie, koszule z dlugim rekawem, swiece, butelke na swieta wode i wizerunek Matki Boskiej w jakiejkolwiek postaci. Tak przygotowany ruszylem w strone jaskin. W srodku niestety nie mozna bylo robic zdjec.

Wejscie wygladalo niepozornie, poniewaz znajdowalo sie w malej kaplicy. Zejscie do bylo dosc strome, a moja anglojezyczna grupa skladala sie z wylacznie ludzi starszych zdrowo po 70, wiec jako pasozyt, postanowilem sie odwdzieczyc i wraz z przewodnikiem pomagalem wszystkim schodzic.

Same korytarze mogly przyprawic o klaustrofobie i gesia skorke. Gdybym nie wzial swiecy, to prawdopodobnie mialbym problemy z zauwazeniem czegokolwiek. Korytarze byly mniej wiecej na 190cm wysokie i nie szersze niz 80-90cm. W miejscu gdzie dzielily sie one na czesc turystyczna i dla pielgrzymow, odlaczylem sie od mojej grupy. Po krotkiej prezentacji swojej osoby, mlodemu mnichowi, ktory robil za selekcjonera, wszedlem. Pierwsza grota, na ktora sie natknalem nie byla wieksza niz sredniej wielkosci sala lekcyjna.Wszedzie pod scianami w malych niszach znajdowaly sie trumny, a na scianach nad nimi freski sprzed kilkuset lat. Jesli doda sie do tego delikatne oswietlenie swiec i kilkanascie osob, ktore kolejno calowaly kazda trumne mruczac przy tym modlitwy, powstaje niesamowicie dziwna atmosfera. Nie jest to jednak nastroj z horroru, na co moze wskazywac wizualizacja groty, ale atmosfera zadumy i zarliwej modlitwy ludzi, ktorzy wierza.

Podszedlem kolejno do kazdej z trumien i naprawde. Cud czy nie cud, wiem co widzialem. Ciala ludzi w roznym wieku, niskiego wzrostu, wygladajacych tak jakby spali, mimo, ze wiekszosc z nich „drzemala” juz od co najmniej kilkuset lat.

Udzielila mi sie atmosfera zadumy i udalem sie w dalsza podroz pieczarami. Podczas gdy szedlem tunelami powoli bylo slychac coraz glosniejszy spiew. W pierwszym momencie myslalem, ze dotarem juz do wyscia, bo tunel od dluzszego czasu kierowal sie ku gorze, ale bylem w bledzie.

Trafilem do duzo wiekszej groty niz poprzednie. Cala byla wymalowana freskami, ozdobiona swiecami i ikonami.Na jej srodku znajdowal sie maly, prosty oltarz, gdzie mnich odprawial msze. Wszyscy ludzie w niej uczestniczacy, mieli pozapalane male swieczki i glosno spiewali. Wyobrazcie sobie! Grota ozdobiona, freskami sprzed kilkuset lat, pozlacane ikony, i kilkdziesiat osob z malymi swieczkami, donosnie spiewajacych piesn w niskiej tonacji. Magia, a raczej zarliwa wiara.

Po wyjsciu przycupnalem sobie na lawce, zeby przetrawic, to co widzialem po czym ruszylem w kierunku domu.

Pomnik Matki Ojczyzny

Po dotarciu do domu, zrobilem jajecznice, o ktorej marzylem od tygodnia, uaktualnilem bloga i nadrobilem zaleglosci na Facebooku, a nastepnie przycialem komara na mniej wiecej 2h.

Obudzila mnie Oksana, ktora zadzwonila oznajmiajac, ze mam byc gotowy za 15 min i idziemy na miasto.

Ogarnalem sie raz dwa i razem pojechalismy marszrutka do centrum, gdzie spotkalismy sie z jej dwoma kolezankami. Dziewczyny wziely mnie na spacer do ogrodu botanicznego, a stamtad ruszylismy na popularny wsrod kijowian taras widokowy , aby podziwiac zachod slonca.

Niestety, nieco sie spoznilismy i widzielismy tylko jego koncowke.

Zachod slonca nad Kijowem

Z tarasu poszlismy w strone pijalni czekolady jedna z najbardziej reprezentacyjnych deptakow Kijowa, ktorego ozdoba byla, znajdujaca sie na jego szczycie cerkiew.Cala ulica zostala odrestaurowana na Euro 2012, ale widac bylo spore niedociagniecia w postaci zniszczonych budynkow. na ktorych umieszczono siatke imitujaca elewacje i okana.

Jeden z najpiekniejszych deptakow Kijowa

Po zaopatrzeniu sie w czekolady zatrzymalismy sie na piwo do jednej z pobliskich restauracji, gdzie spedzilismy blisko godzine, rozmawiajac glownie o podrozowaniu i roznicach pomiedzy Polska a Ukraina.

Piwo z Oksana i jej znajomymi

W sumie pewnie bysmy posiedzieli i do rana, ale Oksana byla zmeczona, a ze jest moim hostem, to wrocilem z nia do domu i poszlismy spac.

Jutro sie pakuje i ruszam na Odesse, a po drodze odwiedze pewnie kilka mniejszych miejscowosci.

Dzien 7

Wstalem o 8.30 zeby odwdzieczyc sie Oksanie i zrobic jej sniadanie. Caly wczorajszy dzien planowalem, zeby zrobic cos wyszukanego. Koniec koncow skonczylo sie na tostach. Zawsze cos. Przedpoludnie spedzilem na planowaniu trasy i pakowaniu, a o 12 ruszylismy na wylotowke z miasta.

Niesamowity jest fakt, ze wg. google maps, trasa na wylotowke to mniej niz 8km, a dotarcie tam komunikacja miejska zajelo nam ponad godzine. Pozegnalem sie z moim wspanialym hostem i ruszylem w poszukiwaniu miejsca gdzie moge zaczac lapac.

Pierwsze miejsce bylo okupowane przez pare polskich autostopowiczow – Paule i Darka, z ktorymi przez chwile pogadalem i ruszylem dalej, zeby im nie przeszkadzac. Kawalek dalej znalazlem bardzo ladna zatoczke, gdzie rowniez natknalem sie na autostopowicza i na policje. Chwile porozmawialem ze wszystkimi, az moje sokole oko dostrzeglo TIRa na polskich numerach. Szybka akcja. Wbiegam przed szybe, desperacko wymachiwac kartonem z napisem Human. udalo sie. Kierowca mnie zauwazyl i przyjal pod swoj dach. Okazal sie nim Olgierd – kierowca z 20 letnim stazem. Po godzinnej podrozy stwierdzil, ze ma dylemat. Musi zadzwonic przez Skypa do zony, ale musi rowniez zdazyc na czas do Odessy. Grzecznie mnie poprosil, czy moglbym poprowadzic przez chwile ciezarowke, a on w miedzy czasie pogadalby z zona. Zdebialem po czym sie zgodzilem, pod warunkiem, ze jak cos to on sie tlumaczy policji. Powiedzial, ze nie ma problemu, bo juz raz to przerabial i zabawa kosztowala go 30 dol. ale mam sie nie bac, bo przez najblizsze 70km nie ma zadnych posterunkow policji. Raz sie zyje. Wsiadlem za kierownice i jade. Na poczatku troche smiechu, ale koniec koncow prosta droga, wiec moja rola ograniczala sie do trzymania prosto kierownicy, podczas gdy Olgierd rozmawial z rodzinka.

Za kierownica TIRa

Wysiadzil mnie w Humaniu. W miesice, w ktorym wg. przewodnika znajduje sie piekny park Sofijiwka, wybudowany ku chwale urody Zofi Potockiej. Budowa parku ma ciekawa historie rodem z telenoweli, zwiazana ze zdrada i miloscia do grobowej deski, ale sam w sobie jakos mnie nie powalil. Ot taki park troche ladniejszy niz ten Oliwiski czy Lazienki w Warszawie.

Park Sofijiwka

Jestem prawie pewny, ze na moja ocene wplywal fakt, ze bylo goraco i duszno. Jak przed burza. Ledwo zostawilem park za soba, a niebo zasnulo sie czarnymi chmurami. Kupilem wiec kolacje – arbuza i poszedlem szukac dogodnego miejsca do spania gdzies blisko trasy na Odesse.

Na dziko z arbuzem

Rozbilem sie obok „autostrady” zjadlem arbuza i sie rozpadalo. Potezna burza, ktora byla sprawdzianem przed wiatrami na Elbrusie. Wialo tak, ze namiot targalo na wszystkie strony, a woda chlupotala na okolo. Po 30 min strachu wiedzialem, ze namiot da rade i zasnalem.

Dzien 8

Wstalem z samego rana, ale bez planu. Okazalo sie, ze zadna z osob, ktore mialy mnie przenocowac w Odessie nie odpisuje, wiec troche bez sensu byloby jechac do miasta, bez noclegu. Postanowilem zdac sie na los.

Po 20 min lapania stopa, zatrzymala sie stara lada z napedem 4×4, bez jednego siedzenia. W srodku poznalem Jule i Juri`ego Bialorusinow, ktorzy jechali do ujscia Dniepru, poplywac na kajakach i poodpoczywac. Zapytalem czy moge jechac z nimi. Zgodzili sie, wiec mialem pomysl na caly dzien.

Lada z napedem 4×4

Jechalismy dosc dlugo, bo fabryka dala zapakowanej ladzie niezbyt wiele pod maska i ani razu nie przekroczylismy 100km/h, wiec do ujscia Dniestru, ktory okazal sie byc rowniez parkiem narodowym, dotarlismy o 16.00.

Znalezlismy pole namiotowe. Srodnio chcialem na campingu, ale powiedzieli, ze beda szczesliwi jak zjem z nimi kolacje, wiec zaplacili za moj nocleg.

Rozbilem sie z namiotem i wzialem za to co foczki lubia najbardziej, czyli opalanie. W pewnym momencie przyszedl Juri z pytaniem, czy chce z nim poplywac na kajakach. Zgodzilem sie bez zastanowienia. I tym samym spedzilismy ostatnie godziny dnia plywajac na kajakach po rzece.

W kajaku na Dniestrze

Wieczorem zaprosili mnie na degustacje owocow. Arbuzy, sliwki, pomarancze, brzoskwnie itd. Wlasnie wtedy odkrylem owoc, ktory jem teraz prawie codziennie – dynie.

Wiekszosc z Was myslac o dyni, zaraz sobie przypomni te, ktore sa popularne na Halloween. Ale nie! Dynia, ktora poznalem tutaj jest inna. Piekniejsza i smaczniejsza. I to co w niej jest najcudowniejszego, to fakt, ze w przeciwienstwie do arbuza, ktory ma pestki rozsiane wszedzie, dynia ma je wszystkie w jednym miejscu.

Jula, Juri i ja

Zachwycony odkryciem tego cudownego owocu poszedlem spac z pelnym brzuszkiem.

Nocleg

Strony:
1 2 3 4 5 6 7

4 komentarzy dodanych:

    1. Niestety nie masz racji. Pojawił się pas dla posiadaczy paszportów UE co znacznie skraca czas wejścia do Polski. Nie trzeba już obawiać się złamania żeber podczas przechodzenia przez bramki

Dodaj komentarz